Katolik.pl - Kryzys sensu życia w doświadczeniu choroby i śmierci
logo
Sobota, 24 października 2020 r.
imieniny:
Arety, Marty, Marcina, Antoniego – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Jacek Pleskaczyński SJ
Kryzys sensu życia w doświadczeniu choroby i śmierci
Obecni
 


Szafki przy łóżkach

Jako kapelan szpitala o ponad tysiącu łóżek muszę szybko dostrzegać z kim mogę mieć do czynienia. Może to zabrzmi zabawnie, ale takich informacji dostarczają także szafki przy łóżkach. Sterty jedzenia, ponad miarę obfite, stos kiepskiej literatury i równie tandetnych czasopism, a obok stolik z dobrą książką, różańcem – schludnie i oszczędnie. To zestawienie nie jest przesadnie skontrastowane, ono ukazuje samo życie. Na ogół pacjent ma do zagospodarowania sporo czasu – popołudnie i wieczór. Ujawnia się norwidowski artyzm, gdy artysta mierzy swojego kształt modelu. Wymaga to dużej dyscypliny wewnętrznej, aby nie poddać się rozleniwieniu. Łóżko, osłabienie chorobą nie ułatwiają skupienia. Obok obce osoby. To jest dodatkowy trud, który trzeba przyjąć dobrowolnie, czasem pokonując przeszkody. W wielu szpitalach panuje hałas, głośne rozmowy pacjentów i personelu, radioodbiorniki i telewizory.

Dotkliwie cierpią właśnie ci, którzy najmniej mogą się izolować, najciężej chorzy. Tymczasem im właśnie najbardziej potrzebna jest cisza, aby usłyszeć wewnętrzną rozmowę o sensie życia i śmierci. Bywa, że potrzebują także kogoś zaufanego, aby wspólnie podjąć takie rozważanie. Zdarza się, że chory, mający świadomość zbliżającego się kresu życia, ukazuje w tych rozmowach zachwycające piękno swej duszy. Sam mam takich wspomnień dość sporo. Nie ma już miejsca na zrzędliwą „teologię” – „za co mnie Pan Bóg tak pokarał?” Co może powiedzieć świadek takich wyznań? W interesującym nas aspekcie dokonywany przegląd historii życia daje wszystkie do wyobrażenia odpowiedzi. Na zakończenie rozmowy z umierającym – ale przytomnym – ważnym ongiś dygnitarzem usłyszałem gorzkie stwierdzenie: „Gdy tak ścisnąć całe życie w garści – nic nie zostało!”. To bolesne wyznanie znalazło rozwiązanie w serdecznej spowiedzi, po kilkudziesięciu latach życia. Tym razem syn marnotrawny odnalazł sens powrotu dosłownie w ostatniej chwili. Ale bywa też odwrotnie – obrona przed zdaniem sprawy do samego końca, głośno wypowiadane bluźnierstwa jako ostatnie słowa...

Efekt Mateusza

Każda, zwłaszcza poważniejsza choroba niesie ze sobą kryzys
poczucia sensu dotychczasowego sposobu życia. Decydującym dla dokonania dobrych przewartościowań wydaje się nawet nie tyle dobrze przeżyte życie (nawrócenia w ostatniej godzinie), ile utrwalona postawa otwartości na drugiego. Im bardziej była to autentyczna potrzeba zbliżenia, tym wyraźniej wspomaga samego chorego w doświadczeniu cierpienia. Daje się zauważyć ogromne różnice w przyjmowaniu wsparcia duchowego. Jedni chłoną z całą prostotą i otwartością, nierzadko wyrażając wdzięczność i pomnażając w ten sposób każde otrzymane słowo czy gest wsparcia i otuchy. Inni, zamknięci, skłóceni z otoczeniem, personelem, wszelkie próby zbliżenia odrzucają agresywnie i nieufnie. Można powiedzieć, że ten sam Chrystus obecny przy krzyżu cierpiącego otrzymuje słowa współczucia bądź pogardy, dobry lub zły łotr... To są sytuacje odsłaniające wnętrze człowieka, tego co zgromadził w życiu. Jakże wymownie sprawdza się ewangeliczna zasada : Kto ma, temu będzie dodane, i nadmiar mieć będzie; kto zaś nie ma, temu zabiorą również to, co ma. Ów nadmiar to nie żadna przesada.

Osobliwa moc

 

Przez wiele miesięcy zachwycała mnie pewna chora, młoda kobieta – dla wszystkich była aniołem dobroci, niesłychanie serdecznie otaczała duchową opieką kolejne osoby znajdujące się w jej sali. Sama, cierpiąc na postępujące zwapnienie kości, unieruchomiona w pancerzu z gipsu, raczej wisząc na wyciągach niż leżąc na łóżku, obdarzała wszystkich promiennym uśmiechem i dobrym słowem. Także i ja korzystałem z tej osobliwej mocy – ilekroć byłem zmęczony godzinami biegania po szpitalu, szedłem na kilka minut rozmowy. Wychodząc miałem wrażenie doznanej regeneracji fizycznej. A przecież chora zostawiła w domu pod opieką rodziny dwójkę dzieci; mąż alkoholik odszedł... Zarazem jednak dało się poznać głęboką kulturę modlitwy, dziecięce zaufanie Bogu. Na podstawie rozmów mogę śmiało stwierdzić, iż jej fundamentem było przekonanie, że wszystko, co daje Pan Bóg jest dobre, nawet choroba. Obraz ten nie byłby pełny gdybym nie wspomniał o silnym psychicznym kryzysie. Gdy jednak rozeznaliśmy przyczynę, którą była nader gwałtowna pokusa zwątpienia w opiekę Bożą, wszystko się uspokoiło.

W tak mocno dezorganizujących kryzysach ważna jest otwartość na głos pomagający zobiektywizować sytuację. W powyższej sytuacji pomocna okazała się wspólna lektura Opowieści pielgrzyma - autobiografii św. Ignacego Loyoli, w której ukazywał własną drogę odkrywania podczas choroby różnych poruszeń duchowych. Im głębiej opanowana jest umiejętność rozeznawania swoich uczuciowych stanów, tym bardziej człowiek chory staje się zdolny do odparcia silnych nastrojów emocjonalnych. Jeśli fundament jest utwierdzony, to uderzające w dom wichry i burze nie czynią szkody. U podłoża świadomości trwa bowiem przekonanie o zasadniczym sensie życia. Tu wspomnę o dość licznych porażkach, gdy próba przyniesienia pomocy w sytuacji dotkliwie odczuwanego braku sensu jest odrzucana kategorycznie. Towarzyszy temu podejrzenie ze strony cierpiącego, że chce się w ten sposób pomniejszyć wagę jego cierpienia.

Kosmiczna katastrofa

Choć tak nie jest, to jednak trudno do tego przekonać kogoś, kto swój lęk i ból przeżywa nieomal jak kosmiczną katastrofę. Mówiąc językiem Ewangelii – jeśli wcześniej ziarno nie obumarło, to teraz tym dotkliwiej obumiera. Wydaje się, że ten gorzki rachunek z życia nieautentycznego musi zostać właśnie w tym momencie przedstawiony. W cierpieniu przeglądają się wszelkie zamknięcia, egoizm, egocentryzm, „głupota serca”... Jest to bolesne lecz miewa wszystkie cechy dobrego, choć bardzo gorzkiego lekarstwa. Rzecz nie w krytyce osoby, która w ten sposób cierpi – to w dwójnasób, wszak jest to także swoiste wołanie o pomoc, choć czasem nader odstręczające... Jan Paweł II w Liście Apostolskim Salvifici doloris – o chrześcijańskim sensie cierpienia – wskazuje, że cierpienie jest obecne w naszym ludzkim świecie także i po to, ażeby wyzwalać w człowieku miłość i dodaje zaraz: Świat ludzkiego cierpienia przyzywa niejako bez przestanku inny świat: świat ludzkiej miłości. Cóż bardziej świadczy o nieautentyczności w rozumieniu sensu życia aniżeli niezdolność przyjmowania miłości?


 

 
Zobacz także
Ks. Jerzy Szymik
Czy Bóg cierpi? To, że napisano na ten temat bardzo wiele, wcale nie dziwi. Trudno bowiem o donioślejsze egzystencjalnie pytanie z połączonych punktów widzenia teo- i antropologicznego. Można sobie również z łatwością wyobrazić, jak dalekosiężne będą konsekwencje udzielonej odpowiedzi i jak potężny wywrą wpływ na obraz Boga i człowieka, na kształt religijności i na kulturę...
 
Ks. Jerzy Szymik
Zło spotykamy właściwie wszędzie. Rozmaite krzywdy wyrządzają nam zarówno najbliżsi, jak i zupełnie obcy. Proszących o pomoc podejrzewamy o niecne zamiary… Wszystko to bardzo naturalne i racjonalne! Kto z nas jednak sam nie jest marnotrawcą tego, co otrzymał? Kto z nas nie grzeszy pychą wiedzy o tym, co najlepsze dla drugiego człowieka w potrzebie? Kto pamięta, że aby nie stracić Boga, nie wolno stracić z oczu przede wszystkim ludzkiej krzywdy? 
 
Ks. Jerzy Szymik
Można się zgodzić, że podstawowym motywem wszelkich działań człowieka jest pragnienie szczęścia. Każdy, nawet nieświadomie, dąży do tego, co sprawia mu przyjemność, daje zadowolenie i radość, co jest w stanie zapewnić właśnie poczucie szczęścia. O ile te pierwsze terminy często wiążą się z pozytywnymi stanami cielesnymi i zmysłowymi, sugerującymi przejściowość, to "poczucie szczęścia" sugeruje pewną stałość i trwałość przeżycia...
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー