logo
Czwartek, 04 marca 2021 r.
imieniny:
Adrianny, Kazimierza, Wacława, Eugeniusza – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
o. Mateusz Hinc OFMCap
Logika świata a logika chrześcijańska
Pastores
 


Nie da się ukryć prawdy, że temat szczęścia jest frapujący dla każdego, a już szczególnie dla psychologa zajmującego się człowiekiem i jego przeżyciami. Krzysztof Mądel SJ w artykule C. S. Lewis czyli radość i Bóg przytacza następującą wypowiedź brytyjskiego pisarza: „Na pytanie: Czy mam prawo być szczęśliwym? Bóg odpowiada: «Nie». Grzech do tego stopnia zniekształcił nasz charakter, że Bóg musi nas przechytrzać, musi podbijać, kruszyć i przebudowywać nasze wnętrza, tak by Jemu się podobały, a nie nam”. I dodaje: „Odrzucając Jego zabiegi i nie poddając Mu swej wewnętrznej twierdzy, decydujemy się, jak często mawiał Lewis, aby Bóg kochał nas mniej, a nie bardziej” [1]. Miał on też powiedzieć, że nie wie, czy Bóg chce, żebyśmy byli szczęśliwi, ale – jego zdaniem – z pewnością chce, byśmy umieli kochać i kochali.
 
Logika świata
 
Nie można tak naprawdę w 100% powiedzieć, że to tylko nasze czasy są inne, gorsze od dawnych. Że obyczaje są bardziej rozpasane, a młodzież rozkrzyczana i straszliwie pogubiona. Kiedy ma się w ręku listy rzymskich patrycjuszów, można przeżyć spore zdziwienie, odkrywając, że już w epoce tuż po Chrystusie starsi narzekali na tamtejsze czasy i na zepsutą młodzież. Zatem nihil novi. Jednak obserwując rzeczywistość, trzeba przyznać, że zachodzą oczywiste zmiany choćby w dostępie do nowoczesnych technologii, co bez wątpienia ma wpływ na ewolucję relacji międzyludzkich, a także na sposób postrzegania życia, jak i jego doświadczania. Niekoniecznie to, co było wartością jakiś czas temu, będzie za taką uważane obecnie. Przykładem może być patriotyzm, honor, Bóg, ojczyzna itd. Dla wielu są to wartości bezsporne. Jednak ta „bezsporność” w obecnych czasach nie jest już tak niepodważalna jak kiedyś. Nie wszyscy w naszym społeczeństwie traktują je jako powszechnie pożądane i akceptowane. Jesteśmy świadkami swoistego procesu postrzegania w inny sposób tego, co ważne, dobre, piękne. Dotyczy to również kwestii przeżywania szczęścia. To, co stanowiło jeszcze niedawno podstawy szczęścia, to, czego pożądano, za czym tęskniono, obecnie wcale niekoniecznie znajduje się na pierwszym planie. Oznacza to zmianę hierarchii wartości. Konsekwencją takiego stwierdzenia winno być pytanie: co zatem stanowi o szczęściu?
 
Nie tylko pieniądz...
Często się słyszy powiedzenie, że „pieniądze szczęścia nie dają”. Tymczasem, obserwując życie, można bez cienia wątpliwości stwierdzić, że tego rodzaju wypowiedzi pozostają jedynie w sferze deklaracji. Najprawdopodobniej spora część osób, która tak twierdzi, nie wierzy w to, co mówi. Dla świata, a może też dla nas, wartość ma właśnie pieniądz. I to on zmienia podejście do wartości. Wystarczy przypomnieć sobie kilka osób publicznych, deklarujących się jako katolicy, wierzący. Kiedy weszły w struktury związane z pieniądzem, radykalnie zmieniły życie (i chyba poglądy), wywołując nie tylko zaskoczenie i zdziwienie, ale i zgorszenie. Wydaje się, że wielu ludzi utożsamia szczęście z posiadaniem. Wszystko wskazuje na to, iż są przekonani, że im więcej posiądą, tym będą szczęśliwsi. Liczy się pieniądz, bogactwo. I to nie tylko, by mieć, ale by się pokazać, zaimponować. Zatem dobry samochód, markowe ubrania mają dać poczucie „bycia kimś”, a w konsekwencji namiastkę szczęścia. Zresztą, na krótką metę środki materialne mogą nawet podnieść poczucie własnej wartości u tych osób, które są zależne od opinii innych. Wskazywałoby to na fakt, że czują się one szczęśliwe, jeśli inni im zazdroszczą lub patrzą na nie z podziwem. Oczywiście, nie ogranicza się to jedynie do sfery zewnętrznej. To byłoby za mało. Istotne – a skądinąd dobre – stają się momenty bycia na ważnych, prestiżowych koncertach, proszonych kolacjach w znanych restauracjach itd. Czyli nie ograniczają się ściśle do tego, co zewnętrzne. Głód pieniądza przekłada się również na sferę estetyki, piękna. Można zatem ulec ułudzie, że istotne dla tych osób jest nie tylko przysłowiowe ciało, ale i „duch”. Pozornie, gdyż motywacja, jaką się kierują, wskazuje na swoistą fasadę, pozór zainteresowania czymś głębszym niż pieniądz, zadowolenie, prestiż. Nie chodzi tak naprawdę o przeżycie sztuki w teatrze, w operze, ale by „tam się pokazać”. W konsekwencji rodzi się pytanie: czy tego typu postawa i przeżycia mogą przynieść, pozwolić przeżyć prawdziwe szczęście? Odpowiedź wydaje się logiczna: nie.
 
Gdyby dla świata szczęście redukowało się do kwestii bogactwa i pieniądza, byłoby nie do przyjęcia. Obserwując reklamy, można zauważyć, że media promują jeszcze inną płaszczyznę szczęścia, a mianowicie zdrowie. Wydaje się, że szczęśliwi mogą być tylko uśmiechnięci, posiadający piękne domy i mieszkania, kiedy są zdrowi i nic ich nie boli. A w razie bólu tabletki szybko przywrócą ‚szczęście” i uśmiech. Reklamy zatem kuszą pięknymi włosami, odpowiednimi kosmetykami, próbując – chyba ze sporym skutkiem – wmówić ludziom, że jeśli będą używać takiego koloru do włosów i takich tabletek, to pozostaną młodzi i szczęśliwi. A szczęście nie będzie potwierdzone przez wewnętrzne głębokie przeżycie, ale przez uśmiech wybielonych zębów.
 
Świat promuje też szczęście „krótkoterminowe” pod szyldem kariery. Kariera jest czymś istotnym. Bez pracy nie mamy środków do życia. Tymczasem coraz częściej można spotkać się z przekonaniem, że kariera = szczęście i wielu w to wierzy. Kariera staje się nadrzędną wartością. Im wyżej w hierarchii, tym człowiek szczęśliwszy. Jednak kariera za wszelką cenę do szczęścia nie prowadzi. Bo żeby coś osiągnąć, trzeba inną rzecz poświęcić. I poświęca się żonę, męża, dzieci, rodzinę. Jednak po jakimś czasie okazuje się, że być może ktoś czuje się dowartościowany, podziwiany, chwalony, pokazywany jako przykład zaangażowania, ale czy jest szczęśliwy?
 
Z kwestią kariery wiąże się problematyka tak zwanej samorealizacji, czyli realizacji, w której ja, moje potrzeby, moje pragnienia, moje plany i wizje stawia się na pierwszym miejscu i które, jako takie, mają zostać zrealizowane. Nie da się uniknąć uproszczeń, ale logika świata właśnie na uproszczeniach, szczególnie tych opartych na emocjach, bazuje. Samorealizacja niekiedy prowadzi do egoizmu, do zachowań, gdzie liczy się szczęście jednej osoby, a inni ludzie pełnią jedynie rolę służebną. Dość wyraźnie widać to w przypadkach, gdy jakaś osoba pragnie dziecka za wszelką cenę. Jest to godne i sprawiedliwe. Ale gdy pragnie się dziecka dla swego zadowolenia i swej realizacji, to sytuacja staje się wątpliwa. Bo nie chodzi o to, aby dziecko było szczęśliwe, lecz by szczęśliwa była osoba postrzegająca swe szczęście właśnie w „posiadaniu dziecka”. Czy szczęście jednej jednostki może odbierać szczęście drugiej? Pojawia się pytanie, czy gdy zaczną się trudności wychowawcze i minie zadowolenie z „posiadania dziecka” osoba realizująca siebie będzie chciała dać szczęście dziecku.
 
Nie na zawsze życie doczesne...
 
Nie da się wykluczyć z logiki świata odwiecznej pogoni za młodością. Ludzie potrafią cierpieć katusze, i to na ochotnika, tylko po to, aby wyglądać młodziej. Przecież operacje plastyczne wyłączają na jakiś czas z życia. Ponadto nie gwarantują oczekiwanego wyniku, a niekiedy prowadzą nawet do trwałego kalectwa lub śmierci. Jednak ludzie ryzykują, gdyż nie potrafią dostrzec szczęścia w zmarszczkach, w siwych włosach. Tak jakby mądrość, doświadczenie nic nie znaczyły. Zadowolenie z własnego młodego wyglądu i wspomniany już podziw innych mają być źródłem szczęścia. Można by zgodzić się na zadowolenie, ale wydaje się, iż pojęcie prawdziwego szczęścia do tych przypadków nie pasuje.
 
Istnieje tu ewidentny związek ze swoistym ekshibicjonizmem. Coraz więcej ludzi robi bowiem wszystko, aby stać się sławnym, aby ktoś ich zobaczył, aby zaistnieli w jakikolwiek sposób w mediach. Może odbywa się to zgodnie z zasadą: „Nie ma cię w internecie, nie istniejesz”? Proces ten wskazuje na kolejny element logiki świata obiecującego tak zwane szczęście. Tak zwane, bo myli się tu przeżycie szczęścia jako czegoś głębokiego, trwałego z natychmiastowym zaspokojeniem pragnień czy potrzeb. Co więcej, wydaje się, że istnieje związek pomiędzy tego typu postawami a postawami poszukującymi namiastek szczęścia w alkoholu, narkotykach, w kompulsywnym seksie itd. Teoretycznie takie zachowania mogą sugerować ogromny zawód: nic nie dało szczęścia, więc chociaż to... Może też chodzić o próbę zapomnienia o porażkach, o nieprzeżyciu piękna i radości prawdziwego szczęścia. Ale ukryty jest w tym jeszcze jeden proces: człowiek, gdy żyje w ułudzie szczęścia, będzie szukał coraz silniejszych bodźców, aby coś odczuć, przeżyć. Stąd też zmiany w używkach. Słabe nic nie dają, trzeba silniejszych. Podobnie ma się sprawa w sferze seksualnej. Kiedy szuka się szczęścia własnego, a nie drugiego człowieka, w pewnym momencie nie wystarczają znane już bodźce i zaczyna się poszukiwać innych, silniejszych, choćby bardziej perwersyjnych.
 
1 2  następna
Zobacz także
ks. Piotr Gąsior, Justyna Sowa

Dziś opłatki kupuje się w marketach. No bo przecież to taki miły, polski gest, z którego korzystają nawet niewierzący albo „wierzący inaczej”, którzy nie przychodzą do kościoła przed świętami, więc gdzie mieliby się w nie zaopatrzyć. Dlatego kto wie, czy w obecnej sytuacji w przeciwieństwie do czasów PRL-u odwagą nie byłoby w niektórych firmach, szkołach i klubach zrezygnowanie – po wcześniejszym wyjaśnieniu, dlaczego tak czynimy – z tego jakże głębokiego, lecz już nic niewyrażającego gestu?

 
Leszek Gęsiak SJ
Pan Bóg rzekł do Abrama: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej”. Nie wiemy jakie myśli wówczas towarzyszyły Abramowi, ale możemy przypuszczać, iż mimo wielkiego zaufana Bogu poczuł niepewność o swoją przyszłość i nierozerwalny z tym stres. Bóg bowiem w swoich słowach nie tylko nakazał Abramowi aby opuścił swój kraj, ale równocześnie nie powiedział mu gdzie miałby się udać...
 
Aneta Pisarczyk
Czy chrześcijanin stojący u drzwi terapeuty to chrześcijanin przegrany? Czego wierzący, modlący się katolik może szukać w gabinecie psychoterapeutycznym? Korzystanie z pomocy terapeuty u wielu osób wciąż budzi negatywne skojarzenia. Gdzieś głęboko w nas tkwi przekonanie, że za wszelką cenę powinniśmy sami radzić sobie z własnym życiem psychicznym. Osoby ze źle ukształtowaną religijnością mogą widzieć w terapii zagrożenie dla ich wiary i relacji z Bogiem. Uważają, że wiara i terapia wzajemnie się wykluczają. Czy rzeczywiście tak jest? 
 
 
___________________
 
 reklama