logo
Sobota, 08 maja 2021 r.
imieniny:
Kornela, Lizy, Stanisława – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
ks. Sławomir Kamiński SCJ
Miłość bez wrażliwości jest sztuczna
Czas Serca
 
fot. Suhyeon Choi | Unsplash (cc)


Jeśli chcemy lepiej zrozumieć Jezusową miłość wyłaniającą się zza postaci eucharystycznych, trzeba nam pokornie stanąć w tłumie ludzi słuchających Go po rozmnożeniu chleba. Umożliwia nam to św. Jan Apostoł, przywołując ten właśnie obraz w 6. rozdziale swojej Ewangelii. Dla niektórych ludzi, skądinąd zafascynowanych osobą Proroka z Nazaretu, wypowiedziane wtedy przez Jezusa słowa są nie do uniesienia, dlatego podejmują decyzję o odejściu. Zatopieni w spełnianiu codziennych potrzeb, syci na ciele podchodzą do Jezusowego chleba, tak jak się podchodzi do spożytego pokarmu, nie pamiętając o tym, co było, zadowalając się tym, że wystarczyło, myślami będąc już przy następnej porze nasycenia pustego żołądka. Tymczasem Jezus liczył na coś więcej…

 

Chciał, aby w przyjętym chlebie dostrzec darmo daną miłość, która z inicjatywy miłosiernego Serca Zbawcy, wrażliwego na każdą ludzką potrzebę, a szczególnie na tę najgłębszą, nierzadko nieuświadomioną, może stać się nasyceniem łaknącego, niespełnionego do końca ludzkiego serca. Jaka mądrość bije z tamtego wydarzenia w perspektywie naszej doczesności, a nade wszystko wieczności.

 

Przez wrażliwość na człowieka…

 

Kiedy myślę o Chrystusowych trudnych słowach, które wprawiają niektórych w zakłopotanie owocujące ostateczną ucieczką z drogi proponowanej przez Mistrza, to oczywiście nie mogę nie pamiętać o Eucharystii przesycającej Bożą miłością życie człowieka. Zresztą w ten sposób ów ewangeliczny fragment jest odczytywany w perspektywie wiary przez Kościół. Ale może dobrze byłoby rozpocząć od tego, co naturalne, niejako bardziej dostępne ludzkiemu rozumowi, tak aby potem we właściwym świetle zobaczyć ten niezwykły i najpiękniejszy dar Boży, w którym możemy być razem z Nim jedno.

 

Kiedy więc wracam do ewangelicznej sceny rozmnożenia chleba i jakiegoś przedziwnego zamroczenia ludzkich oczu, a nade wszystko ludzkiego rozumu, to widzę nasze podejście do pokarmu, zwłaszcza do chleba powszedniego. Dzisiaj go na szczęście w Polsce raczej nie brakuje. Można nakupić go do woli w supermarketach i to bez względu na to, czy to dzień powszedni czy świąteczny. Niemal o każdej porze dnia i nocy ciepły, świeżutki, jakby dopiero co z pieca wyjęty. A jeśli się zestarzeje w domu, to przecież nie ma żadnych, nawet wewnętrznych ograniczeń, by go jakoś wyeliminować, bo przecież można mieć zaraz świeższy. Ten dostatek chleba niestety spowodował, że czasami można go znaleźć na ulicy czy szkolnym korytarzu. Co gorsza, powoli do takiego obrazu się przyzwyczajamy, przestaje nas on niepokoić. Można spytać: dlaczego? Być może właśnie dlatego, że dzisiaj nie widzimy na własne oczy, ile zabiegów potrzeba, aby jeden bochenek chleba wyprodukować. Przecież tylko niektórym udaje się podglądnąć pracę piekarza.

 

Świat półproduktów, gotowych potraw przeznaczonych do podgrzania w mikrofali, dla nas, zabieganych, dla których liczy się tylko napełnienie żołądka, może być światem ułudy. I choć zabrzmi to groteskowo, rzeczywiście jabłka mogą w nim rosnąć na sklepowych półkach, zaś mleko może pochodzić z kartonu, a nie od krowy. Egzystowanie w takim świecie, w którym ważniejsza jest konsumpcja, a nie człowiek, najniższa cena produktu, a nie praca włożona w jego wytworzenie, ilość sprzedanego towaru, a nie serce weń włożone, sprawia, że tracimy tę naturalną wrażliwość, aby zza produktu zobaczyć człowieka i jego liczne zabiegi, łącznie z talentem i zamiłowaniem, które doprowadziły do tego, że coś znajdzie się w naszym sklepowym koszyku. Patrząc na wszystko jak na towar, zapominając, że to „owoc ziemi i pracy rąk ludzkich”, dzieło zgodnego współdziałania człowieka i świata, w którym przychodzi mu żyć, dar Boży – znak Jego troski o swoje stworzenia, łatwo ostudzić temperaturę miłości swojego serca, a co za tym idzie – wszystko mierzyć z perspektywy opłacalności. Mało tego, ten sam typ miary zaczyna się stosować w dziedzinie międzyludzkich relacji, nawet małżeńskich albo rodzinnych, co ostatecznie rodzi rozwody, zdrady, samotność oszukanych, poszukiwanie wciąż nowych, bardziej świeżych doświadczeń. Niektórym może się nawet wydawać, że wszystko można wymienić na nowszy model.

 

…do wrażliwości na Bożą obecność

 

Ta ludzka oziębłość, znieczulica tak powszechnie występująca w codzienności, wytłumaczona zostaje w sumieniu dobroczynnym gestem w momencie nadzwyczajnym albo gestem od święta. W ten sposób ostatecznie da się jakoś żyć.

 

Jednak owa utrata wrażliwości wnoszona jest również w naszą osobistą relację z Bogiem. Cóż, Eucharystia może jawić się człowiekowi jako zwykły opłatek, który w następstwie poszczególnych części Mszy św. tradycyjnie się przyjmuje. W takim wypadku łatwo o świętokradztwo, bo ważniejsze będzie to, co o mnie pomyślą inni, jeśli nie przyjmę komunii podczas Mszy św., niż to, że moje relacje z Bogiem napompowane są grzechem i egoizmem, a moja skrucha nie doprowadziła do wcześniejszego przyjacielskiego spotkania w konfesjonale.

 

Utrata albo osłabienie wrażliwości na to, co niedostępne wzrokowi, a dostępne normalnie działającemu ludzkiemu sercu może więc owocować ową „zelżywością”, do której nawiązuje o. Leon Jan Dehon w Koronce do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Właśnie tę kwestię podaje nam do rozważenia, wierząc, że zdemaskuje on w swoim życiu, a także w życiu innych, różnopostaciową zelżywość, do której niestety zdolny jest człowiek, nawet ten najbardziej umiłowany, w swojej chwiejnej relacji z Bogiem. Czwartą tajemnicę spośród tych dotyczących Eucharystii o. Dehon sformułował w ten sposób: „Serce Jezusa zelżone przez ludzi w Najświętszym Sakramencie Miłości”. Owa zelżywość to nie tylko wszelkiego rodzaju świętokradztwa, do których może posunąć się człowiek, mimo że poprzez szczególne więzy w Kościele może być oddany Bogu, ale również obojętność, lekceważenie, zimna, pozbawiona zaangażowania relacja, znudzenie czy wreszcie brak wrażliwości na miłość Chrystusa, objawiającą się w naszej codzienności, czego najbardziej wymownym i szczególnym znakiem jest obecność sakramentalna naszego Pana pod postaciami chleba i wina. Jeśli mnie ona nie przynagla do zjednoczenia z Tym, który tej jedności serc pragnie, jeśli nie wzbudza we mnie przynajmniej tęsknoty za Bogiem, może być to oznaką zarażenia ową chorobą dzisiejszej cywilizacji, która objawia się obojętnością na drugiego człowieka. Uświadomienie sobie tego wszystkiego prowadzi do chęci naprawy relacji i wynagrodzenia, czyli nadpłaty miłości wobec Tego, który pierwszy mnie umiłował. Nie ma zaś lepszego sposobu, jak swoją wolę w tym względzie poddać woli Chrystusa obecnego w Eucharystii, bo jej klimat najlepiej sprzyja temu, by na nowo zacząć łączyć sprawy świata, ludzkie sprawy ze sprawami Bożymi. Eucharystia bowiem sprawia, że uczymy się kochać prawdziwie, a nawet kochamy więcej i coraz więcej.

 

ks. Sławomir Kamiński SCJ
Czas serca

 
Zobacz także
dr Piotr Kwiatek OFMCap
Często słyszy się stwierdzenie „czas to pieniądz”. Autorami tych komentarzy bywają nie tylko osoby skoncentrowane na biznesie i pomnażaniu własnej fortuny. Mówi tak każdy z nas, zabiegany, żyjący w pośpiechu, w pogoni za dwudziestą piątą godziną doby. Czy jednak ta popularna maksyma jest prawdą?
 
Paweł Sawiak SJ
Odświętnie ubrany tłum czeka na rozpoczęcie liturgii. Monumentalne brzmienie organów rozpoczyna procesję ze świecami, powłóczystymi szatami i dostojeństwem. Organy grzmią, aż trzęsą się kościelne ściany i ławki. Ta podniosła atmosfera powoduje spięcie nie tylko u ceremoniarza odpowiedzialnego za przebieg Eucharystii, ale u każdego, kto na nią przybył. Nagle okazuje się, że nie jest to Msza odprawiana na Wawelu w czasach Jagiellonów, ale kilka dni temu, podczas kościelnej uroczystości w jednej z polskich katedr. Tylko dlaczego nie ma tam młodzieży? 
 
Maciej Biskup OP
Każda matka uważnie oczekuje na ten moment, gdy jej dziecko wydobędzie z siebie pierwsze sylaby, a w domu zapanowuje wielkie święto, gdy malcowi uda się złożyć pierwsze, nieporadne słowo. Chrześcijaństwo wyrosło z korzenia tego niepowtarzalnego spotkania w dialogu, w którym Bóg zapragnął rozmawiać z Izraelem. Dzięki temu zaproszeniu, człowiek uczy się słuchać i opowiadać Bogu swoją życiową historię.
 
___________________
 
 reklama