logo
Sobota, 05 grudnia 2020 r.
imieniny:
Kryspiny, Norberta, Sabiny, Geralda – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
ks. Jan Sochoń
Miłość i myślenie
Idziemy
 


Bóg zostawia nam wolność wyboru tego, kim możemy być. Podsuwa jednak myśl, żebyśmy się starali być sobą, czyli wciąż odkrywali swoje prawdziwe ja.
 
Dla zwierząt czy roślin ta kwestia nie istnieje. Bóg czyni je tym, czym są, bez pytania ich o zgodę i ku ich zupełnemu zadowoleniu. Z nami, jak przypomniał Thomas Merton, jest jednak inaczej. Bóg zostawia nam swobodę wyboru, kim chcemy być. Ale jeżeli Bóg zna tajemnicę naszej prawdziwej osoby, tylko On może uczynić nas tym, kim będziemy, kiedy nareszcie zaczniemy w pełni istnieć.
 
Przez całe więc życie powinniśmy porzucać (a to jest stały proces) strzępy tego świata na rzecz Bożej mądrości i dobroci, którą odkrywamy na kartach Pisma Świętego. Naturalnie, świat jest nam potrzebny, jest miejscem zbawienia, lecz nie może więzić naszej wrażliwości i celu, do którego dążymy. Jest nim wieczne szczęście z Bogiem, wywiedzione z miłości, także tej ziemskiej, w miarę niesamolubnej, otwartej na łaskę z nieba. W tym wysiłku natrafiamy jednak na sporo trudności, kiedy budujemy swój sposób życia.
 
Sposób na życie
 
Bogactwem nigdy nie można się nasycić. W ludzkim doświadczeniu przybiera ono wymiar wciąż rozszerzającego się pola, pozbawionego widocznego horyzontu. Kto choć raz posmakował luksusu, z trudem z niego rezygnuje. W takiej perspektywie dążenie do osiągania wszelkich dóbr zamyka drogę do zbawienia. Czyżby Jezus słusznie przepowiadał, że „bogaty z trudnością wejdzie do królestwa niebieskiego”? Jakie racje mogłyby przemawiać za tego typu przekonaniem?
 
Człowiek bogaty jest w niełatwej sytuacji. Bezproblemowe osiąganie tego, czego się zapragnie, niekiedy powoduje dramatyczne skutki. Taka osoba staje się kimś bez zależności, żyjącym we własnej przestrzeni. Chodzi tutaj o pewną mentalność, pewien sposób na życie, który nazywam życiem bez zobowiązań, bez liczenia się z innymi i z ich wolnością. To ważna formuła „sposób na życie”. Bo jakiś przecież trzeba mieć. Każdy z nas, co prawda, jest inny, ma swoją niepowtarzalną wrażliwość i wizję świata, ale sposób na życie jest i musi być tylko jeden. Styl człowieka bogatego koncentruje się na służbie dotyczącej samego siebie. On nie jest w stanie (użyjmy języka biblijnego) być pasterzem, gdyż nabył cech najemnika, chcącego zdobyć jak najwięcej dla samego siebie. Ma przy tym negatywną postawę wobec innych ludzi. W jego widzeniu wszyscy są winni zła w świecie, tylko nie on.
 
Bogactwo powoduje, że taki sposób na życie umacnia pokusę samostanowienia i samowystarczalności. Skoro bowiem wszystkie dobra są w zasięgu mojej ręki, nie potrzebuję niczego ani nikogo, aby być (w swoim rozumieniu) szczęśliwy. W ten sposób człowiek bogaty buduje model kultury konsumpcyjnej, niszczącej pojęcie daru i metafizycznej samotności. Gromadzi, co się da, aby zapewnić sobie sukces rodzinny, towarzyski czy społeczny i polityczny.
 
Wypada jednak powiedzieć, że nic w tym dziwnego. Posiadanie określonych rzeczy jest konieczne, aby nie popaść w upokarzającą nędzę. Lecz Jezus wzywa do przyjęcia bardziej wymagającej postawy: żebyśmy wewnętrznie otworzyli się na dar, którego nie mamy w sobie, i odkryli w głębi samych siebie duszę ubogiego, który, doceniając wartość spraw materialnych, wie, że trzeba je szanować jako własność samego Boga; tak się nimi posługiwać, aby przez nie przeświecało Boże błogosławieństwo. Stąd też Bóg nie będzie nas pytał, czy mamy dom, ale ilu ludziom daliśmy schronienie; nie będzie wypytywał o zajmowane stanowiska, ale o to, czy potrafiliśmy wspomagać innych ludzi, czy byliśmy wrażliwi na ich troski i bolączki; wreszcie, nie zapyta, czy byliśmy osobami szczęśliwymi, lecz czy umieliśmy innych uszczęśliwiać swoim sposobem życia. Każdy z nas ma zatem szansę zbawienia, o ile żyje miłością czynną, wpisaną w życie samego Jezusa.
 
Niezasłużone dary
 
Fundamentem ludzkich decyzji jest wolność. Przypomina o tym Jezusowa przypowieść o robotnikach w winnicy. Jej spontaniczna lektura przyprawia o głęboką irytację. Bo jakżeż to! Jesteśmy przyzwyczajeni, odwołując się do zdrowego rozsądku, że za porządnie wykonywaną pracę należy się sprawiedliwa płaca. Potocznie przecież mówimy: „jaka praca, taka płaca”.
 
Niektórzy interpretatorzy wręcz sugerują, że mało która przypowieść tak bardzo jak ta wydaje się zaprzeczać podstawowemu porządkowi zorganizowanego społeczeństwa. Skoro ktoś z nas dobrze pracuje, spełnia dobre uczynki, to powinien oczekiwać od Boga sowitej, w pełni zasłużonej nagrody. Powinna wszak obowiązywać w relacjach włodarza i pracownika naturalna logika i norma, poszanowanie godzin ludzkiego wysiłku.
 
Myślenie, jakie zaprezentowali robotnicy z pierwszej godziny, jest konsekwencją niewłaściwych wyobrażeń o Bogu. On bowiem działa w sposób suwerenny, pozbawiony kalkulacji. Chce, żeby wszyscy mogli się znaleźć w kręgu promieniowania Jego łaski. Nikogo nie stygmatyzuje ani z góry nie skazuje na gorsze traktowanie, bez względu na jakieś ewentualne „zasługi moralne”. Życzliwości Bożej mogą zatem dostąpić dosłownie wszyscy. Jesteśmy przed Nim niejako równi. Czy to oznacza, że w królestwie niebieskim nie ma i nie będzie żadnej demokracji, stopniowalności zasług, żadnych podziałów? Nie jestem tego pewien, ale z ufnością przyjmuję, że Bóg zsyła niezasłużone dary wszystkim ludziom, kocha ich Boską miłością i pragnie, żeby osiągnęli szczęście nieba. Boski plan zbawienia jest zatem „katolicki”, powszechny, nikogo nie wyklucza.
 
Nieskończona dobroć i Boże miłosierdzie wysuwają się na pierwszy plan w relacji Bóg – człowiek. Tej Bożej dobroci nie powinniśmy zazdrościć innym ludziom, ale raczej ją doceniać i cieszyć się nią. Przypowieść o robotnikach w winnicy to przede wszystkim przypowieść o łasce Bożej, której mogą dostąpić wszyscy ludzie, oraz o nieskończonej dobroci Boga, by ludzie nie zazdrościli innym tej dobroci, ale ją docenili i cieszyli się nią.
 
Zaproszenie na ucztę
 
Natomiast przypowieść o uczcie jest wspaniałym zaproszeniem do tego, by podążać za Bożymi wskazaniami, by chcieć przyjść na „ucztę niebieską”. Ale trzeba zostać zaproszonym i trzeba przyjąć to zaproszenie. Najważniejsze słowo należy do Boga, ponieważ to On zaprasza ludzi do wspólnoty z samym sobą. Jeżeli ktoś zignoruje zaproszenie – nie doznaje z tego powodu żadnych przykrych konsekwencji, gdyż, szanując wolność swojego stworzenia, Bóg niczego nikomu nie narzuca. Często jednak nie przyjmujemy zaproszenia. Z prostej przyczyny. Boga wszak niezwykle trudno rozpoznać jako osobę, jako kogoś, kto troszczy się o nas, czuwa nad nami i dlatego wciąż wysyła w naszą stronę światło łaski, zaprasza na ucztę, choć wie, że do miłości nie sposób nikogo przymusić. Przymus w miłości oznacza jej natychmiastową utratę.
 
Czy jednak Bóg chciałby, żeby ludzie sami siebie potępiali, skoro mogą (w ramach osobistej wolności) nie przyjąć zaproszenia na ucztę? Wydaje się, że nie. On, co prawda, ostrzega, zwłaszcza tych, którzy odtrącili Jego miłość, żeby się opamiętali, gdyż w przeciwnym razie „nie skosztują Bożej uczty”, lecz nie chce ich wiecznego potępienia. Oni zresztą nie dają znaków gwałtownego sprzeciwu wobec Niego; są zapewne ludźmi obojętnymi religijnie, zajmują ich jakieś ważniejsze (w ich mniemaniu) kwestie.
 
Dlatego Bóg proponuje, żeby właściwie określali skalę wartości w swoim życiu, żeby na pierwszym miejscu postawili królestwo niebieskie. Wszystkie wszak miejsca przy stole powinny być zajęte. Podobnie ma być w królestwie Bożym. Dlatego też jakiekolwiek wyłączenie grzesznika z uczty weselnej powinno być wyłącznie tymczasowe. Wypada zatem, w duchu „teologii nadziei”, nie zastanawiać się nad możliwością potępienia (choć jest realna), lecz postawić szlachetniejsze pytanie: „Kto będzie przyjęty pierwszy, a kto ostatni?”. Czyż nie marzymy o tym cudzie w głębi swoich serc?
 
Przykazanie miłości
 
W naszych relacjach z Bogiem liczy się głównie to, że najpierw On nas kocha. Jego więź ze światem ma charakter daru. Gdybyśmy mieli polegać na naszej miłości, gdzie byśmy teraz byli? Mając ten fakt na względzie, zastanówmy się nad miłością człowieka do Boga, pamiętając, że próby zrozumienia samej miłości są zawsze powiązane z religijną samoświadomością kultury i że człowiecza miłość nie ma absolutnych wymiarów, ponieważ jest miłością ludzką, narażoną z natury rzeczy na słabości czy egoistyczne cienie. Dlatego kieruje się w stronę miłości czystej, pozbawionej niedoskonałości, pełnej i bezinteresownej, jaka przysługuje wyłącznie Bogu.
 
Okazuje się, że miłość człowieka do Boga oraz umiłowanie bliźniego są zespolone z porządkiem żydowskiego prawa. Po prostu, miłosna więź ze Stwórcą zyskała charakter przykazania, a zatem nie może w żaden sposób podlegać oddaleniu czy jakiejkolwiek, zwłaszcza religijnie pojętej negocjacji. Bycie człowiekiem religijnym równoważne jest z miłowaniem Boga i miłowaniem bliźniego.
 
Lecz co się z nami dzieje, kiedy uświadomimy sobie, że pragniemy kochać Boga? Najpierw rozpoznajemy, że nasza miłość jest odpowiedzią na uprzedzający gest samego Boga, że zstępuje do nas od Niego. W ten sposób zyskujemy coś, co nazwałbym naturalną akceptacją samych siebie i otwarciem się na kogoś drugiego. Wówczas dzieje się coś niezwykle istotnego: w nasze myślenie wchodzi miłość i nasyca je barwą zaufania, odpowiedzialności i pokory. Zaczynamy myśleć w zgodzie z miłością, żywioł rozumu współdziała z żywiołem wiary.
 
Tak rozwija się miłość do Boga, której inicjatorem, jak już wspomniałem, zawsze jest Bóg. Kochamy przeto Boga jedynie wtedy, gdy On już w nas i wokół nas działał i działa. Oto węzłowy moment tych rozważań. Kochając Boga w innych ludziach, odsłaniamy sam rdzeń swego człowieczeństwa. Mamy otwartą drogę do królestwa Bożego.
ks. Jan Sochoń
Idziemy nr 35 (518)
 
fot. Bessi, Amazing
Pixabay (cc) 
 
Zobacz także
Anna Lasoń-Zygadlewicz
Gdy emocje w nas się gotują, gdy życie płynie nie w tę stronę, którą wybraliśmy, gdy Pan Bóg nie daje szybkich rozwiązań, gdy ktoś wystawia nasze nawrócenie na próbę… jak reagujemy? Zrzędzimy, krytykujemy, kłujemy sarkazmem lub użalamy się nad sobą. Po pewnym czasie staje się to naszą drugą naturą. Ot, taka narodowa choroba cywilizacyjna: Polacy-lubią-ponarzekać. A co na to Jezus? 
 
ks. Edward Staniek
Jesteśmy przyzwyczajeni do przekazywania wiedzy przy pomocy nauczania. Słuchamy od najmłodszych lat różnorakich pouczeń. To jednak, co kształtuje osobowość, rzadko kiedy nabywa się przez słuchanie. O wiele ważniejsze jest naśladowanie. Małe dziecko uważnie obserwuje dorosłych, by kształtować swe postępowanie nie według adresowanych do niego pouczeń, ale według tego, co widzi... 
 
Karol Wojtyna

Muzyka i taniec nie stanowią o istocie naszej wiary, niemniej są bardzo ważnym elementem, często nieodłącznym, towarzyszącym różnego rodzaju nabożeństwom, czy to podczas dni skupienia, rekolekcji, czy też w życiu wspólnoty parafialnej. I nie jest to wymysł naszych czasów.

 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー