logo
Poniedziałek, 26 października 2020 r.
imieniny:
Ewarysta, Lucyny, Lutosławy, Demetriusza – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Alessandro Pronzato
Modlić się gdzie, jak, kiedy, dlaczego
Wydawnictwo Salwator
 


Modlić się gdzie, jak, kiedy, dlaczego...

 

Modlitwa kontemplacyjna

Patrzeć ponad pozorami
Na horyzoncie ukazują się złudzenia
Chciałbym opowiedzieć o moim doświadczeniu z pustyni.
Pewnego dnia w Tunezji znalazłem się w towarzystwie arabskiego przewodnika (jest to obowiązkowe), na tak zwanej pustyni soli. Bezkresna przestrzeń, płaska, paraliżująca, wywołująca dreszcze. Robi wrażenie ogromnego lustra o kolorze trudnym do określenia, w każdym razie w tonacji biało-szarej.
Na tej powierzchni twoje kroki nie pozostawiają żadnego śladu. Orientacja w terenie jest prawie niemożliwa. Bardzo łatwo można się zgubić i nie znaleźć powrotnej drogi. Faktycznie droga nie istnieje.
Jedynym pewnym punktem odniesienia jest przewodnik. Nie pozostaje nic innego, jak całkowicie jemu zaufać.
W pewnym miejscu spostrzegłem miraże. Było to miasto z drapaczami chmur. Zauważyłem też morze. Blisko odkryłem las (prawie nie do opanowania była chęć udania się tam, aby schronić się przed bezlitosnymi promieniami słońca).

 

Klucz odkrywający fałsz
Miraże wykazują swoją oczywistość. Nawet fotografowałem je i mogę przedstawić odpowiednią dokumentację. Z punktu widzenia naukowego fakt ten tłumaczy się jako zjawisko refrakcji światła. Słońce, działając prostopadle na to rozpalone lustro, wywołuje przedziwne efekty optyczne, dzięki którym ziarenko piasku, kropla rosy, suchy krzak, załamane wielokrotnie, stają się konstrukcją, przyjmującą kształt domu, wody, zielonego lasu…
Wielu zbyt śmiałych wycieczkowiczów straciło życie, idąc w ślad za mirażami, które wydawały się być w zasięgu ręki. To, co im wydawało się wybawieniem, bezpieczeństwem, stawało się okrutną pułapką.
Poprosiłem mojego przewodnika o klucz, umożliwiający rozpoznanie tego fałszu. Najpierw się uchylał, zdecydowany strzec swej tajemnicy. Ale w tych stronach kilka dolarów, którymi pomachałem mu przed nosem, posiada cudowną moc; nawet mury zaczynają mówić.
I tak przewodnik ustawił mnie w różnych pozycjach: stałem, siedziałem, leżałem na jednym boku, leżałem na dachu Land Rovera. Dokładnie widziałem miraże.
Gdy jednak kazał mi się położyć na brzuchu, dosłownie spłaszczony na ziemi, zauważyłem, że miraże znikły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki: miasto, morze, las rozpłynęły się.

 

Znaleźć odpowiednią pozycję
Chodzi o przyjęcie właściwej pozycji.
Może to być wspaniałą metaforą modlitwy.
Gdy leżymy na ziemi, adorujemy, utkwiwszy wzrok w Jedynym Potrzebnym, znikają iluzoryczne rzeczywistości, traci wartość to co przelotne, rozpadają się w proch „monumentalne”, najbardziej krzykliwe idole, fałszywe namiastki przybierają właściwy wymiar, jakimi propaganda świeci przed oczyma, uznając je za wartości nieodzowne dla szczęśliwej egzystencji.
Wielu ludzi traci życie w pogoni za ułudą, niszczy kapitał czasu i energii, aby zdobyć urojone skarby, osiągnąć pociągające cele.
I gdy po niekończących się wysiłkach i po zapłaceniu niedorzecznej ceny, doprowadzając do nędzy sumienie i siebie, trzymają w rękach te tak upragnione rzeczy, czują, że pragnienie nadal istnieje, co więcej – wzrasta. I tłumią piekące rozczarowanie, rzucając się na oślep na poszukiwanie innego mirażu.
Adoracja nie pozwala spojrzeniu przyciągnąć się przez fałszywe blaski, przez produkty błyszczące kolorami, ujawnionymi przez handel, gdyż skupia spojrzenie na Absolucie, a więc na wartościach, które nie zdradzają i na których można budować egzystencję.
Modlitwa więc, będąc niezawodną służbą światła, jest dostarczycielką poczucia orientacji.

 

Przenikać skorupę
W tej perspektywie mówienie o adoracji wywołuje z konieczności sprawę kontemplacji, z jaką ściśle jest związana.
Na najbliższych stronach określimy, czym jest chrześcijańska kontemplacja. Zdefiniujemy jej zakres, treści, sposoby, specyfikę.
Na razie ograniczymy się do stwierdzenia, że kontemplować – oznacza „widzieć ponad pozorami”, przenikać skorupę, odkrywać rzeczywistość głębszą od rzeczy i wydarzeń.
Kontemplatyk nie zadowala się badaniem widzialnej powierzchni. Nie godzi się z faktem, że rzeczywistość jest taka, jak się wydaje.
Wyczuwa, podejrzewa, że rzeczywistość taka, jaka się ukazuje, ukrywa inną rzeczywistość: tajemniczą, bardziej prawdziwą i bardziej autentyczną.
Stając w świetle Boga, upiera się „odkrywać” w inny sposób rzeczy, wydarzenia, ludzi.

 

Oczy sowy
Kontemplacja jest więc zasadniczo związana ze spojrzeniem. Spojrzeniem, które staje się przenikliwe dzięki wierze i miłości.
Nie bez powodu starożytni mnisi szczególnie upodobali sobie sowy i puchacze.
W ptakach tych, w stosunku do których odczuwamy rodzaj odrazy i których nocny krzyk wywołuje dreszcze, ludzie oddający się kontemplacji, dopatrują się symbolu własnego życia.
Przede wszystkim z powodu oczu, ogromnych, zdolnych do przewiercania muru nocy.
Zwierzęta te nie ograniczają się do posiadania wielkich oczu. Wydają się być wyłącznie oczyma. Sowa widzi w świetle sto razy słabszym od światła potrzebnego do widzenia człowiekowi.
„Czy nie widzicie, o mędrcy, czy nie widzicie, o roztropni, o oczach zaropiałych, mężczyźni o oczach wąskich i na pół przymkniętych, że Bóg uczynił oczy sów i puchaczy tak ogromne, by mogły widzieć w nocy, gdy rzeczy są tym czym są i niczym innym? Aby przeniknąć ciemności, trzeba mieć oczy przeogromne, oczy Boga samego. Wówczas noc staje się dniem…”
Tego doświadczają kontemplatycy: „Spójrzcie na nich. Upierają się, by przenikać noc swymi okrągłymi oczyma, noc rzeczy, noc Boga, obłok Niepoznawalnego, który w końcu pozwala się poznać. Trwają tam niczym wartownicy na czatach, cierpliwie przykucnięci na swych kruchych łapach, dopóki nie wzejdzie inne Słońce. Jedynie oni mogą nas wyrwać z udręk naszej złej nocy, którą z uporem chcemy nazywać dniem i którą czynimy jeszcze bardziej nieprzeniknioną, posługując się naszymi neonami i innymi fałszywymi światłami” (L.A. Lassus).
Nagle oczy, przyciągane nieprzemyślanymi, jaskrawymi, błyszczącymi rzeczami, które gwałtownie narzucają się uwadze, zamykają się, z wolna zmniejszają się do nędznych wymiarów, stojących w odległości dłoni przedmiotów.
Oczy samotników, na wzór oczu puchaczy, są wyzwaniem dla nocy, roszczą sobie prawo do patrzenia poprzez noc, pragną uchwycić rzeczywistość otoczoną tajemnicą, rzeczy, które się nie narzucają.
Dlatego powiększają się, stają się ogromne, zdolne do uchwycenia Piękna, Prawdy, ponad warstwą rzeczy.
Gdy się modlisz, nie bój się otworzyć sobie oczu przez Boga, cały stać się oczyma.

 

Inne poznanie
Sprecyzujemy dwie rzeczy.
Przede wszystkim kontemplacja stanowi bez wątpienia uprzywilejowaną formę poznania.
Nie chodzi jednak o poznanie typu intelektualnego.
Kontemplatyk widzi lepiej, widzi inaczej, nie za pośrednictwem rozumowania, ale za pośrednictwem intuicyjnego poznania, umożliwionego bliskością z Bogiem, wiarą i miłością i dzięki czystemu sercu, rozpalonemu światłem pochodzącym z Wysokości, gdzie zamieszkuje Słowo.
Kontemplatyk nie tyle zna, co potrafi „rozpoznać”, docierając spojrzeniem poza nieprzezroczystą zasłonę banalności, pospolitości, oczywistości.
Typowa w tym względzie jest postawa św. Jana, w scenie końcowej nad jeziorem: „Powiedział więc do Piotra ów uczeń, którego Jezus miłował: «To jest Pan!»” (J 21,7).

Św. Jan jako autentyczny kontemplatyk, jako człowiek rozmiłowany, odkrywa tożsamość tej dziwnej Osoby, która zapewniła cudowny połów.
Odczuwa obecność, potrafi obdarzyć obliczem, imieniem Tego, który dla jego towarzyszy i dla św. Piotra był nieznany, jeden z wielu.
Pewność kontemplatyka nie wypływa z logicznych dedukcji, ale z niepowtarzalnego, wewnętrznego rezonansu, z tajemniczego współuczestnictwa.
Kontemplatyk dociera do centrum świata i rzeczy nie mozolnymi biegami czy zachłannym przemierzaniem stron tekstu, ale spojrzeniem.
On odbiera tajemnice przez pryzmat światła Bożego.
Tam, gdzie wszyscy dostrzegają linie przerywane, rozbieżne, poplątane, on potrafi wszystko połączyć, zharmonizować i otrzymać logiczny rysunek, stanowiący jedną całość.
Bardziej niż głosem zewnętrznym, kontemplatyk potrafi umożliwić zaistnienie „krzykowi światła”, który wybucha w jego wnętrzu.
Kontemplatyk, taki jak św. Jan, bardziej stara się o wypracowanie umysłem zawiłych argumentów, skierowuje uderzenie własnego serca ku Osobie.
On czyta, słucha oczyma. I widzi dobrze sercem.

 

Od tego, co niewidzialne do widzialnego
Drugie uściślenie.
Kontemplatyk dzięki bliskości ze „światłością niedostępną” (1Tm 6,16), uzyskuje wolność widzenia, „zbliżania się” do światła.
Nie chodzi jednak o przenikanie wyłącznie nadprzyrodzonej przestrzeni.
Wydaje mi się, że w modlitwie kontemplacyjnej realizuje się paradoks. Przebywając w świecie niewidzialnym, oko staje się zdolne do wyplątania się ze świata widzialnego.
Przebywając długo w przestrzeni transcendencji, kontemplatyk jakby „wypróbowuje” własne życie, aby mogło stawić czoło terytorium tymczasowości.
Musimy się zgodzić, że najtrudniej jest dostrzec rzeczy, które mamy przed oczyma, które nas dotykają, które nas potrącają.
Samotnik wprawia się w „znoszeniu” światła Bożego, nie tylko jako przedsmaku i proroctwa wieczności, ale jako odkrycia rzeczywistości obecnych. Powiedziano słusznie, że „stojąc wśród tłumu, zobaczyć tłum”.
Samotnik ucieka w tłum nie dlatego, że nie chce go widzieć, ale by lepiej go zobaczyć.

Kontemplatyk pragnie widzieć jedynie Boga, nic poza Bogiem, gdyż chce dostrzec brata, skupić się na jego obliczu.
Mistyk to osoba, która nie waha się zwrócić oczu w kierunku „światłości niedostępnej”, by być gotowa do wyrażenia zgody na wypalenie ich wobec rzeczywistości, najbardziej niewygodnej na tej ziemi.
Mistyk nie jest kimś wybrednym, esteta piękna niebieskiego. Jest z pewnością osobą zakochaną w pięknie, które jednak zamierza otwierać oczy na wszystko, co jest odrażające, niedostępne, zdeformowane, niesłuszne, nieprzyjemne, co przedstawia życie na tej kuli łachmanów i grzechów.

Jeśli ktoś się usuwa, by się modlić, by nie widzieć nikogo, by nie mieć kontaktu ze zwykłymi, trudnymi do zniesienia osobami, ze zwykłymi nieprzyjemnymi problemami, banalnymi sprawami, ryzykuje utratę wzroku, stanie się niewidomym.
Człowiek usuwa się na modlitwę, by widzieć więcej, by widzieć lepiej. Przede wszystkim, by wzrok zatrzymał się na rzeczach i osobach, których wolelibyśmy nie dostrzegać, na sytuacjach, których chcielibyśmy unikać, na sprawach, które pragnęlibyśmy odsunąć, na spotkaniach, które wolelibyśmy ominąć.
Kontemplatyk jest osobą, która zdała sobie sprawę, że aby „dostrzec” brata, którego się widzi, który przechodzi obok, może depcze nam po piętach albo w autobusie uderza łokciem w żołądek, musi wpierw poszukać Boga niewidzialnego.
Nie wychodzi od rzeczywistości wyczuwalnych do tych niebieskich drogą progresji. Odbywa drogę odwrotną. Od niewidzialnego do widzialnego. Od Boga do brata.
Aby dotrzeć do brata, wstępuje do Boga. Jest pewien, że stamtąd dotrze do brata. A jeśli nie dochodzi do niego, to dlatego, że nie zbliżył się wystarczająco do Boga.
On zatrzymuje się na „innym świecie” przez cały czas, który jest potrzebny na odkrycie ziemskiego świata.

Stara się usilnie widzieć oblicze Boga, dopóki nie objawi mu się oblicze człowieka.
A jeśli Pan pozwala mu osiągnąć szczyt przemienienia, wie, że ta łaska została mu dana, by mógł bezzwłocznie zejść na równinę, gdzie ktoś jest zeszpecony.
Ja ufam człowiekowi modlitwy. Nie ośmielam się przeszkadzać mu, gdy kontempluje Jedynego. Wiem, że gdy przechodzi obok mnie zamyślony, dostrzega mnie.
Lękam się raczej człowieka zajętego, wszechobecnego. Tego, który poklepuje mnie po ramieniu, zauważa nawet szczegóły mego ubrania, mówi, że dobrze wyglądam, którego uwadze nic nie ucieka. Ten, jestem pewien, nie widzi mnie. Chciałoby się mu powiedzieć:
– Jak możesz mnie widzieć, jeśli nie zamykasz oczu? Jak możesz nie spuszczać ze mnie oczu, jeśli nigdy się nie oglądasz? Jak to możliwe, byś interesował się mną, jeśli Bóg nie pochłania cię całkowicie?


Fragmenty książki Alessandro Pronzato "Modlić się gdzie jak kiedy dlaczego"
http://www.katolik.pl/index1.php?st=ksiazki&id=792
Do nabycia w sklepie internetowym Wydawnictwa Salwator:
www.salwator.com


Zobacz także
Dominik Jarczewski OP
Te wszystkie neony, reklamy, światła samochodów, latarni sprawiają, że zobaczymy może pojedynczą gwiazdę. Ale wystarczy wyjechać z miasta, porzucić te wszystkie światełka, a wówczas rozpościera się nad nami rozgwieżdżone niebo. Z Bogiem jest jak z rozgwieżdżonym niebem: aby Go zobaczyć, trzeba się wyrzec pozornego światła. 

Z Leonem Knabitem OSB rozmawia Dominik Jarczewski OP
 
Danuta Piekarz
Gdy dziś jesteśmy świadkami tylu niewybrednych ataków na chrześcijaństwo, niektórzy reagują tak, jakby działo się coś nowego i niesłychanego, tymczasem ataki na uczniów Chrystusa są stare jak… Kościół. Ba, kard. Newman powiedział kiedyś, że boi się Kościoła, który nie jest prześladowany. Bo to oznaczałoby, że Kościół przestał być „znakiem sprzeciwu”, że „rozmył się” w mentalności świata. 
 
Fr. Justin
W naszym dzisiejszym spojrzeniu na człowieka dusza i ciało to nie dwie oddzielne części człowieka; człowiek jest jeden w duszy i ciele. Jak można zatem pojąć naukę, że śmierć oznacza rozdział duszy i ciała, że ciało niszczeje, ale dusza człowieka umierającego w stanie łaski przyjęta zostaje do wiekuistej wspólnoty z Bogiem?
 
 
___________________
 
 reklama