logo
Sobota, 31 października 2020 r.
imieniny:
Urbana, Krzysztofa, Wolfganga – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Dorota Drewniak
Mój tato odchodzi do Ojca
 


Mój tato odchodzi do Ojca

Rok Jubileuszowy był rokiem łaski, szczególnym, wyjątkowym. Dla mnie był rokiem, którego nigdy nie zapomnę, który głęboko zapisał się w mojej pamięci, w sercu. To rok odejścia mojego taty, przejścia do domu Ojca. Swoje przeżycia zapisywałam w pamiętniku. To pozwalało mi uwalniać się częściowo od ich ciężaru, przechodzić ponad nimi. Nie miałam zamiaru na jakąkolwiek ich publikację, a to, że je tutaj przytaczam, ma na celu oddanie atmosfery, ożywienie tego, co minęło, co się już skończyło. Być może nasuwa się pytanie: Dlaczego do tego wracam? Po to, by pokazać wartość i sens cierpienia, a także dlatego, że kiedyś podobne świadectwo pomogło mi trwać dalej i nie załamać się.

Sobota 9 IX. Tato od dwóch tygodni leży przykuty do łóżka

Jest słaby, chudy, jakby nieobecny. Cierpi. Załamuje się. Ja nie mam z nim kontaktu. Jest bardziej milczący niż zwykle, czyli prawie nic nie mówi. Pytam - nie odpowiada. Boi się być sam ze mną, tak jakby mi nie ufał. Boli mnie to. Dziwnie mnie traktuje. Staram się być, choć to dla mnie trudne, bo czuję się w ogóle nie zauważana, niepotrzebna, jak intruz.

Czwartek 14 IX. Jest noc. Jestem w szpitalu

Jesteśmy tu wszyscy. Tato dwie doby. To już końcówka. Lekarz mi powiedział, że jedyne co może zrobić, to zapewnić mu komfort odejścia. Nie wiem na czym to ma polegać. Tato dostał pierwszej nocy krew. Teraz też: najpierw osocze, a teraz idzie krew. Jest potwornie chudy, słaby, bardzo zmieniony na twarzy, prawie przeźroczysty, oczy zapadłe. Nie ten sam, co kiedyś. Ten rak wygryzł go doszczętnie.

Mama śpi. Tato też. Mama ma na koncie dwie godziny snu, ja niecałą jedną. Ale ona potrzebuje więcej sił. Jest tu już od wczoraj, od rana. Kochana jest. Podziwiam ją, naprawdę. Z tak wielką miłością i czułością opiekuje się tatą. Jest w niego wpatrzona jak w obrazek, na każde skinienie ręki. Jest mi teraz bliższa niż kiedykolwiek. Cierpienie zbliża ludzi. Jestem jej potrzebna, ona mnie też.

Co ja czuję? Dziwnie jest. Jakoś nie może do mnie dotrzeć to wszystko, co się dzieje. Jest Bóg. On mnie trzyma. Pomaga mi też świadomość, że ktoś pamięta o nas w modlitwie. Prosiłam o nią, chyba po raz pierwszy w życiu, tak oficjalnie. I jestem tutaj. Czekamy na Boga, który przyjdzie i weźmie tatę w swoje ramiona. Czekamy na Miłość. Odchodzenie taty odbieram jako szczególną obecność Boga. Jego dotyk. To sam Bóg schodzi na ziemię, by zabrać swoje umiłowane dziecko. Tak długo czekał, tęsknił, a teraz już zbliża się ta chwila. Już kończy przygotowywać dla niego miejsce koło siebie. Wierzę w to. Tylu znajomych jest już z Nim.

Piątek 15 IX. Kolejna noc w szpitalu

Oni śpią, ja czuwam. Zaczynam się bać śmierci. Nie chcę jej. Nie chcę widzieć jak zabiera mi tatę. Nie wiem, jak to będzie, gdy odejdzie, gdy fizycznie nie będzie obecny. Pustka. Bezradność i bezsilność. Wszystko przemija. Jedynie On jest wieczny i większy od moich słabości, lęków. Nie wystarczy jednak wiedzieć, trzeba w to wierzyć. Jest we mnie świadomość bliskiej obecności Boga. Widzę jak bardzo jest obecny w moim życiu, w tym, co się dzieje. Trzyma mnie też modlitwa innych, tych którzy się za nas modlą. Wiem, że nie jestem sama, czuję, że mam silne plecy, silne oparcie - poprzez nich - w Bogu.

Sobota 16 IX. Trzecia noc

To już trzecia noc, a właściwie początek. Mam nadzieję, że będzie spokojna. Jesteśmy na małej sali tylko we troje. Na jednym łóżku leży tato, drugie jest wolne - dla nas. Tato ma zakładane pampersy. Wraz z moczem i kałem schodzą martwe tkanki, rozkładające się ciało. Okropny smród, powodujący odruch wymiotny. Zapach. Po drugie lęk. Bałam się wczoraj. Strasznie. Bałam się śmierci, dalej się boję. Widziałam jak tato ciężko oddycha, jak co chwilę jęczy, wzdycha, patrzy mętnym wzrokiem. Nie może już jeść (bo zwraca), jedynie żywi się kroplówkami i pije przez słomkę. Bałam się, że to się stanie przy mnie, że spanikuję, nie będę wiedziała, co robić. Staram się mówić o tym wszystkim Bogu, nie zatrzymywać w sobie uczuć, lecz oddawać je Jemu. Nazywanie uczuć pozwala je kontrolować, panować nad nimi, a nie nazwane uczucia rządzą mną, mają nade mną władzę. To warto wiedzieć i o tym pamiętać.

Nie wiem, ile jeszcze przede mną. Nie wiem, co mnie czeka. Przez cały czas nie chciałam być przy śmierci taty. Teraz już sama nie wiem. Dalej się boję. Trochę, całkowicie jestem wobec tego faktu bezsilna. To przecież tylko Bóg wie, kiedy i jak tato odejdzie. Ja jedynie mogę zgodzić się z Jego wolą. Proszę, bym potrafiła być, przetrwać to, co On ma dla mnie. Czasem mi się wydaje, że nie mam już sił, że dłużej nie wytrzymam, ale wtedy przypominają mi się fragmenty Pisma Świętego: "Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali". Wiem też, że Bóg nie daje człowiekowi krzyża, którego ten nie mógłby unieść, nic ponad jego siły.

Tato jest całkowicie świadomy, sprawny umysłowo. Wie, co się dzieje dokoła, ile ma być kroplówek, tlenu, jakie leki... Jest trochę spokojniejszy, nie rzuca się już po łóżku jak na początku. Męczy go chyba to leżenie. Nie wiem tylko, czy do końca zdaje sobie sprawę z tego, że już odchodzi. Chyba jednak nie, bo mówił, że jak wróci do domu to... Może nawet lepiej, że nie wie, jaki jest jego stan. Podobała mi się postawa lekarza, który tylko mi powiedział, że już nic nie mogą zrobić, a nie chciał tego mówić przy chorym. Niedziela 17 IX. Już niedługo zacznie świtać

Będzie nowy dzień. Noce spędzam chodząc po sali tam i z powrotem (by nie zasnąć), albo przy łóżku taty, najczęściej siedząc na parapecie. Patrzę na ulicę i na kościół, w którym mieszka Bóg. Dużo się modlę na różańcu. Mijają dziesiątki za dziesiątkami. Czas liczę na zdrowaśki. Myślę o Bogu, staram się z Nim rozmawiać, słuchać, co chce mi powiedzieć.

Wtorek 19 IX. Tato czuje się coraz lepiej

Wraca do zdrowia. Nie wiem, czy się cieszyć, czy smucić. Mam wrażenie, że Bóg bawi się z nami w ciuciu-babkę. Nie podoba mi się mój stosunek do tego, co się dzieje. Wstyd się przyznać, ale momentami chcę, by to się już skończyło. Męczy mnie to, nie daje normalnie żyć. Potem obwiniam się za te myśli, karzę sama siebie. Odpycham Boga od siebie, skupiam się w ten sposób na sobie, a nie na Nim, co odbiera mi siły.

Rozmowa z ojcem duchownym. Próbowałam mówić o tym, co przeżywam, ale nie bardzo mi wychodziło, zatykało. Po prostu byłam, siedziałam przed kimś, kto starał się mnie zrozumieć, być ze mną. Zapewnienie o modlitwie. To dla mnie wiele znaczy. Ta świadomość, że nie jestem sama, że są inni, którzy myślą o mnie, o nas.

Czwartek 21 IX. Tata czuje się coraz lepiej

Zupełnie tego nie rozumiem. Wiem jednak, że to nie jest przypadkowe. Bardzo wyraźnie widzę ingerencję Boga. Widzę, jak On wszystko dokładnie prowadzi, czuwa nad każdym szczegółem. On chce nam wszystkim dać czas, byśmy dobrze przeżyli odejście taty do wieczności, do chwały Ojca. Przestałam myśleć o tym, co będzie, oczekiwać czegokolwiek, szczególnie tego najgorszego. Żyję dniem dzisiejszym, jestem ciekawa jutra. Niczego już nie żądam od Boga, nie stawiam warunków, nie wymuszam. Staram się ufać, że wszystko co się dzieje, ma sens, że On czuwa, że cokolwiek się stanie będzie dobre. Naprawdę staram się ufać, a wtedy czuję się wolna, jest mi łatwiej akceptować to, co przychodzi.

Poniedziałek 25 IX. Są różne dni

Śpiączka, nienaturalna aktywność i znów powrót świadomości. Tato jest słaby, blady, prawie przeźroczysty. Tak jak przedtem żył nadzieją, że wróci do domu, tak teraz się załamał. Mówi, że już chyba z niego nic nie będzie, że jest do niczego. Powoli dopuszcza do siebie te myśli o końcu życia, a ja nie chcę mu w tym przeszkadzać. Wydaje mi się, że lepiej jest odchodzić świadomie niż z zaskoczenia, ze zdziwieniem, że to już. Trudne są te chwile dla nas wszystkich, ale i błogosławione. Na każdym kroku widzę obecność Boga, On jest wszędzie wokół mnie. W tacie widzę Chrystusa przybitego kroplówkami-gwoździami do łóżka-krzyża. Każda szpitalna sala jest małą Golgotą, gdzie cierpi Chrystus, człowiek. Cierpi za mnie i dla mnie.

Środa 27 IX. Wczoraj tato był jeszcze słabszy

Nie mógł stać o własnych siłach, usiąść, przewrócić się z boku na bok, podsunąć wyżej. Tracił świadomość, majaczył. Był cały opuchnięty. Nie mógł mówić, jedynie jęczał i bełkotał. Już nie potrafił pociągnąć wody przez słomkę. Tej nocy na przemian: spał i budził się, nerwowo wodził oczami, leciały mu ręce.

Przez całą noc nie spałam, dużo chodziłam: po korytarzu lub po sali. Bałam się, targał mną lęk, zaczynałam mieć pretensje do Boga, zły chciał mnie z Nim skłócić, ale się nie dałam. Przylgnęłam do Boga i nasiąkałam Jego miłością. Znów zaczął się pojawiać lęk przed śmiercią. Próbowałam wejść w ten lęk, zobaczyć, czego konkretnie się boję i przekroczyć go. Bałam się fizycznej śmierci: jęku, krzyku, szarpania... Tłumaczyłam sobie, że Bóg jest większy od mojego lęku, On jest siłą, mocą. Mówiłam sobie: "Nie bój się mała, Bóg jest mocniejszy od ciebie". To trochę uspakajało, dodawało sił, odwagi, po to, by być, by trwać.

Tato zasnął nad ranem

Bóg przyszedł tak bardzo cichutko, niepostrzeżenie, nawet nie widziałam dokładnie kiedy. Czułam tylko jak odchodzi, zabierając mi tatę. Teraz On będzie mi Tatą: niebieskim i ziemskim.

Wierzę, że tato jest szczęśliwy, w domu Ojca. Trochę mu tego zazdroszczę. A ja jestem smutna, płyną łzy. Płaczę przed Bogiem, w Jego obecności. Przypomniał mi, że cokolwiek się będzie działo - On będzie zawsze ze mną: "Gdy pójdziesz przez wody, Ja będę z tobą, i gdy przez rzeki, nie zatopią ciebie. Gdy pójdziesz przez ogień, nie spalisz się, i nie strawi cię płomień. Nie lękaj się, bo jestem z tobą". To słowo pozwoliło mi przetrwać. Najpierw przygotowało, a później poniosło przez trudne chwile. Bóg nie powiedział "może pójdziesz", ale "gdy pójdziesz". On wiedział o wszystkim, co mnie czeka.

Dorota Drewniak,
studentka Akademii Ekonomicznej w Krakowie.

 
Zobacz także
rozmowa z Bartłomiejem Dobroczyńskim
Na temat zbawienia Kościół używa określeń typu: „będziesz z Bogiem w niebie", „zobaczysz Boga twarzą w twarz". Współcześnie człowiekowi niewiele to mówi. Kiedy kupujemy samochód czy komórkę wiemy, czego się spodziewać. Złośliwie można powiedzieć, że ze zbawieniem jest jak z kupowaniem kota w worku...
 
Aneta Pisarczyk
Choroba dziecka to sytuacja graniczna dla całej rodziny. Życie zostaje podzielone na to, które toczyło się przed diagnozą i to, które rozpoczęło się z chwilą usłyszenia „wyroku”. Cierpienie dotyka niezmiernie mocno całą rodzinę małego pacjenta, szczególnie zaś rodziców. Jak poradzić sobie w takiej sytuacji? Czego się uchwycić? Jaką postawę przyjąć wobec cierpienia? 
 
s. Mariola Kłos FMA
Praca w telewizji ma w sobie coś takiego, że potrafi wyssać z człowieka wszystkie soki, całą energię. Najpierw powoli wchodzi się w to dość ekskluzywne i zamknięte środowisko, następnie, po akceptacji, zaczyna się pracować do upadłego. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Daj Boże, aby chrześcijanie tak zabiegali o zbawienie swojej duszy, jak dziennikarze o swoje kasety i programy!...
 
 
___________________
 
 reklama