logo
Sobota, 05 grudnia 2020 r.
imieniny:
Kryspiny, Norberta, Sabiny, Geralda – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Elżbieta Kowalewska
Moja droga do wiary
Apologetyka
 


 
 Wychowałam się w rodzinie ateistycznej. Rodzice mówili, że nie wierzą w Boga i dlatego nie chodzę na lekcje religii jak inne dzieci. Gdy w podstawówce moja klasa przeżywała I Komunię, ja także dostałam zegarek jak inne dzieci – na imieniny. Rodzice ubierali choinkę w czasie świąt Bożego Narodzenia i malowaliśmy jajka na Wielkanoc. W moim odczuciu nie różniłam się od innych dzieci. Ale poglądy rodziców na sprawy wiary nie pozostały bez śladu. Uważałam wierzących za nieszkodliwych dziwaków lub prostych ludzi bez wykształcenia. Zwłaszcza że jedyną znaną mi osobą, która regularnie się modliła, była Babcia, która ledwie umiała się podpisać.
 
Dopiero później zaczęło się poszukiwanie sensu życia i uzasadnienia, dlaczego trzeba być dobrym. Od szóstego roku życia działałam w ZHP. Było to środowisko sprzyjające pracy nad sobą i kształtowaniu charakteru. Bardzo się zaangażowałam i pełniłam rozmaite funkcje. Ludzie, których szanowałam i chciałam naśladować, byli moimi przełożonymi.
 
Ale… pierwszy raz alkohol dostałam na obozie harcerskim, na wieczornym ognisku dla instruktorów, choć po południu tłumaczyliśmy harcerzom punkt Prawa Harcerskiego o niespożywaniu alkoholu. Wstrząsnęła mną taka obłuda. Gdy zobaczyłam jedną z podziwianych przeze mnie osób pijaną – czar prysł. Sama przestrzegałam zasad, ale widocznie nie wszyscy.
 
Bardzo trudno było mi zrozumieć śmierć – zwłaszcza znanych mi osób. Gdy byłam w liceum, zmarł ojciec mojej przyjaciółki. Rok później zginęła tragicznie koleżanka z mojej klasy. Wobec śmierci byłam zupełnie bezradna i nie pomagały mi żadne techniki radzenia sobie z problemami.
 
Jednocześnie w moim bezpośrednim otoczeniu coś się działo. Dwoje moich przyjaciół należało do oazy młodzieżowej. Oboje – niezależnie od siebie –stopniowo coraz częściej w sposób naturalny wtrącali do rozmowy słowa: Bóg, Kościół, modlitwa, rekolekcje. Jednocześnie dostrzegałam zmiany w ich zachowaniu. Widziałam, że mój przyjaciel naprawdę stara się żyć według tego, w co wierzy.
 
Chrześcijaństwo wydawało mi się zbiorem całkiem sensownych zasad postępowania, ale jak pogodzić Dekalog z wolnością? Obrzędy w Kościele, procesje, litanie wyglądało w moim oczach trochę folklorystyczne.
 
Zimą – byłam wtedy w III klasie liceum – przeżyłam bolesny zawód. Porzucił mnie chłopak, w którym byłam bardzo zakochana. Samotność bardzo mi doskwierała. Żyłam na pozór zwyczajnie, ale jednocześnie walczyłam z myślami samobójczymi, przygnębieniem, poczuciem odrzucenia i samotności. W takiej atmosferze zostałam wprost zapytana o wiarę.
 
Ktoś dał mi katechizm – miałam go na drugi dzień odnieść przyjaciółce. Przeglądałam książkę W co wierzę? Jak żyć?, śmiejąc się szyderczo pod nosem z ludzkiej naiwności. Gdyby ludzie żyli tak, jak tu jest napisane, to mielibyśmy raj na ziemi. Ale nie mogłam się od niej oderwać, aż napotkałam urywek wiersza:
 
Ta jedna licha drzewina –
nie trzeba dębów tysięcy!
Z szeptem się ku mnie przegina:
„Jest Bóg i czegóż ci więcej?!”
 
To był impuls, który zmusił mnie do natychmiastowej odpowiedzi:
No dobrze, niech Ci będzie – jesteś. I daj mi spokój!
 
W odpowiedzi na tę modlitwę (przecież to była modlitwa!?) otrzymałam taki pokój w sercu, jakiego nawet nie potrafiłabym sobie wyobrazić. Zrozumiałam, że nie chodzi o zasady i przepisy ani o rytuały, ale o miłość. Poczułam się kochana, akceptowana, przytulona… Jakby mnie, stojącą na jakiejś ciemnej scenie, zalało światło. To miłość jest tym światłem. To Jezus.
 
Nie miałam żadnej wizji, nikt mi się nie ukazał, ale realność tego spotkania była i jest nadal czymś, co pozwala mi się podnieść po każdym kryzysie. Po prostu spotkałam Jezusa i to zmieniło moje życie.
 
Naturalną konsekwencją był katechumenat. Siostra zakonna przygotowała mnie do przyjęcia chrztu. Jednocześnie wstąpiłam do oazy młodzieżowej.
 
Chrzest przyjęłam w wieku 18 lat w kościele św. Michała Archanioła we Wrocławiu. Od tego czasu jestem w Kościele i jestem szczęśliwa. Wciąż na nowo odkrywam miłość Boga do mnie i uczę się nawracać co dnia. Dzisiaj jestem mężatką (już prawie 19 lat), mam dwoje dzieci, pracuję jako nauczycielka matematyki. Wraz z mężem należymy do Domowego Kościoła Ruchu Światło-Życie.
 
Elżbieta Kowalewska
 
Zobacz także
Małgorzata Pabis
Ewelina była zwykłą nastolatką, taką jak wiele innych. Któregoś dnia dowiedziała się, że jest bardzo, bardzo chora. Właściwie ciążył na niej wyrok, wyrok śmierci. Ewelina buntowała się, gdyż chciała żyć, cieszyć się, uczyć, tańczyć, śpiewać. Chciała żyć. Pytała Boga, dlaczego musi tak bardzo cierpieć...
 
Małgorzata Pabis
Ze wzgórza brazylijska favela Saramandaia wygląda jak wielkie wzgórza czerwono - brunatne. Tylko wytężając wzrok, można dostrzec zbite domy, baraki i niewielkie ścieżki tego ludzkiego mrowiska. Kiedyś żyłem tu, znałem każdy kamień i każdy ściek. Poznawałem każy wzrok lęku i radości. kiedyś chodziłem po tym labiryncie biedy i bezprawia... Dziś siedzę na wzgórzu... Jakoś dziwnie cicho i spokojnie. Kilkoro dzieciaków kopie piłkę na niewielkim skrawku ziemi, wydartym z gliniastego wzgórza... Dwie kobiety siedzą na byle jak zbitym drągu...
 
Jacek Salij OP
Wiara katolicka z całą dosłownością wyznaje jedno i drugie: że Syn Boży jest prawdziwym Bogiem, równym przedwiecznemu Ojcu, oraz że On „dla nas ludzi i dla naszego zbawienia przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem”. Nowy Testament nie pozostawia wątpliwości co do tego, że Syn Boży, stając się człowiekiem, był do nas podobny we wszystkim za wyjątkiem grzechu.  
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー