logo
Piątek, 25 września 2020 r.
imieniny:
Aureli, Kamila, Kleofasa, Władysława – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Ks. Aleksander Radecki
Moje doświadczenie ojcostwa
 


 
Wobec mnóstwa opracowań tematu ojcostwa we wszelkich jego konfiguracjach istnieje pokusa, by odwołać się do mądrzejszych, zacytować kogo trzeba i ewentualnie jakąś własną myśl dyskretnie przemycić na zadany temat. Odrzucam jednak zdecydowanie taką możliwość, gdyż ma to być osobiste świadectwo, a nie naukowy artykuł i postaram się przedstawić swoje „ojcowanie” w kapłańskim posługiwaniu.
 
(1) Już jako szkrab przystępujący do tzw. wczesnej komunii św. wiedziałem, że po wyznaniu grzechów w konfesjonale należy powiedzieć: „...a ciebie, ojcze duchowny, proszę o pokutę i pojednanie mnie z Bogiem i Kościołem”. Gdy jednak usłyszałem podobne słowa już z tej drugiej strony kratek konfesjonału jako spowiednik, musiałem na własny użytek rozważyć, czego penitenci oczekują ode mnie - „ojca duchownego”.
 
Nie mogę powiedzieć, że już to do końca „wiem” po 25. latach kapłańskiego posługiwania, ale z całą pewnością uczę się tej roli ojca. Zakłada ona zdobywanie (bo nie: zdobycie raz na zawsze!) mnóstwa umiejętności i cnót: dojrzałego sądu, mądrego dystansu, cierpliwego słuchania, empatii, ogromnego doświadczenia życiowego, stanowczości, łagodności, konsekwencji, długomyślności, optymizmu, poczucia humoru - niech tego wyliczania wystarczy, bo lista jest naprawdę długa. Ten rodzaj ojcostwa przy kratkach konfesjonału jest bodaj najważniejszy i najtrudniejszy, bo chociaż ja - ojciec duchowny - siedzę, a penitent klęczy, to jedynie wiara pozwala z pokorą podejmować się tej misji w przeświadczeniu, że Duch  Święty sam pokieruje całą sprawą, a moim zadaniem jest Mu nie przeszkadzać.
 
Oczywiście nie wszystkie „dzieci” jednakowo „chcą”, bym był dla nich ojcem i czasami dobrze, że podczas spowiedzi oddzielają nas kratki, uniemożliwiając użycie bardziej przekonywujących argumentów - oczywiście żartuję. Na pewno obie strony w tej niezwykłej relacji muszą dojrzewać i - na szczęście - owoce tego wysiłku bywają wspaniałe.
 
(2) Drugą płaszczyzną na której muszę nieustannie okazywać się ojcem duchownym, są wszelkie spotkania z ludźmi, szukającymi - mniej lub bardziej świadomie - kierownictwa duchowego, porady, wsparcia, pociechy. Czasem przychodzą sami, czasem ktoś ich na mnie „naśle”, czasem wszystko zaczyna się „przypadkiem”... Gdybym ich zawiódł w tym oczekiwaniu - odchodzą i starają się szukać gdzie indziej - z różnym skutkiem.
 
O ile w ramach sakramentu pokuty działam in persona Christi i Jego mocą, to na tej płaszczyźnie pozasakramentalnej sprawa wygląda inaczej: przede wszystkim liczyć się będzie moja „ludzkość” wobec bliźniego, zakładająca możliwość zastąpienia osób, które człowieka poszukującego ojca -  kierownika duchowego zawiodły. Mam świadomość, że ludzie przychodzą do mnie z tym wszystkim, czego nie mogą zanieść - z różnych powodów -  własnemu ojcu, współmałżonkowi, dzieciom, przyjaciołom, a nawet psychologom czy pedagogom. Czuję wtedy ogrom odpowiedzialności za los danej osoby i to nie dlatego, że to ja może  sobie nie poradzę, ja zawiodę, ja się nie sprawdzę w tej roli; boję się o człowieka, który w razie kolejnego zawodu może stracić nadzieję i może już nie będzie chciał szukać dalej, walczyć...
 
(3) Od ośmiu lat dołączyła się jeszcze jedna rola do spełnienia w moim życiu - ściśle kapłańska: być ojcem duchownym kleryków. Co to jest za rodzaj posługiwania i jakie wymagania stawia się takim księżom, niech świadczą dwa zestawy oczekiwań: władz seminaryjnych i alumnów:
 
 
1 2  następna
Zobacz także
Bogumiła Lech-Pallach
Danym było mi, po raz drugi zresztą, uczestniczyć w miniony, ostatni już piątek Wielkiego Postu, tuż przed Wielkim Tygodniem, w niezwykłej, oryginalnej, w całości śpiewanej Drodze Krzyżowej. Po raz pierwszy przeżywałam ją tydzień wcześniej. I będąc jeszcze pod wrażeniem, pełna tych nieziemskich dźwięków, słów, niezwyczajnych przeżyć zapragnęłam powtórnie doświadczyć podobnych wzruszeń...
 
Bogumiła Lech-Pallach
Trudny czas, zaborów pruskich, wybrała Matka Boża, aby przyjść do umęczonego Narodu i w ich języku – "w języku takim, jakim mówią w Polsce" (ks. F. Hitler) – przemówić do niego. Był to niezwykle czytelny znak, że Matka Boża nie porzuciła swego narodu ani swego Królestwa. Przyszła, aby go zapewnić, że Bóg wsłuchuje się w jego modlitwy i prośby. Przyszła, aby zapewnić, że czuwa nad losem zniewolonego i ciemiężonego Narodu. Na dowód tego, mówiła w języku dla tego narodu najdroższym – polskim.  
 
Aleksandra Wojtyna
Czego możemy się uczyć od prostej świętej? Przede wszystkim pokory. A cóż to jest? Pokora jest to prawda o sobie samym, to postawa wobec Boga i ludzi wolna od fałszu i zakłamania, pełna ufności, że wszystko, co mnie dotyka, otrzymuję z woli Bożej, i na nią się zgadzam. Tak żyła Bernadeta do końca swoich dni...
 
 
___________________
 
 reklama