logo
Środa, 02 grudnia 2020 r.
imieniny:
Balbiny, Ksawerego, Pauliny, Rafała, Bibiany – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Dariusz Piórkowski SJ
Na duchowym targowisku
Mateusz.pl
 
fot. Perry Grone | Unsplash (cc)


“Nie chcecie przyjść do Mnie, aby mieć życie. Przyszedłem w imieniu Ojca mego, a nie przyjęliście Mnie. Gdyby jednak przybył kto inny we własnym imieniu, to byście go przyjęli” (J 5, 40.43).
 
Św. Ignacy Loyola przedstawia w “Ćwiczeniach Duchowych” sugestywną wizję, odpowiadając w ten sposób na pytanie, dlaczego Bóg stał się jednym z nas. Oto Trójca Święta siedzi na tronie w niebie i obserwuje wypadki zachodzące na ziemi. Niestety, nie jest to pocieszający widok: nienawiść, wojny, grzechy języka, nierówności społeczne, choroby, bieda, zaślepienie. Istny kocioł, by nie powiedzieć, stajnia Augiasza. Bóg zauważa, że cały ten nieład prowadzi ludzi do piekła, oddzielając ich od Niego. Trójca dochodzi do wniosku, że tak dalej być nie może. Trzeba coś z tym zrobić. Konieczna jest boska interwencja. Zapada więc decyzja, że Syn zstąpi w sam środek ludzkiego bałaganu, by zaprowadzić nowy porządek.
 
Bóg Biblii ma wiele wspólnego ze światem. Stwórca nie tylko podtrzymuje wszystko w istnieniu, począwszy od kwantów i gronkowców, na galaktykach i słoniu kończąc, ale przejmuje się losem tego, co powołał do życia. Do tego stopnia, że chaos zaprowadzony na ziemi przez człowieka skłania Go do nadzwyczajnego działania.
 
Taki Bóg, jak na ironię, jest dla ludzkości gorzką pigułką do przełknięcia. Już autor Psalmów, zważywszy na kondycję człowieka, nie ukrywa zdziwienia wobec zaangażowania Jahwe: “O Panie, czym jest człowiek, że masz o nim pieczę, czym syn człowieczy, że Ty o nim myślisz? Człowiek jest podobny do tchnienia wiatru, dni jego jak cień mijają” (Ps 144, 3-4). Wielu greckich filozofów uznałoby troskę Boga o stworzenie za coś absurdulnego. Jeśli Bóg w ogóle istnieje, zainteresowany jest przede wszystkim sobą. Wpatruje się w swój boski umysł. Nie ingeruje w sprawy tego świata, gdyż mieszanie się w ludzkie problemy, oznaczałoby niedoskonałość. Jakiekolwiek działanie, poza wieczną kontemplacją, sprowadzałoby Go do istoty podrzędnej kategorii. Dlatego świat w gruncie rzeczy jest wieczny. Nie mógł być stworzony przez Boga, gdyż pociągałoby to za sobą konieczność zaangażowania i, konsekwentnie, zakłócenie stanu niewzruszonego szczęścia.
 
Późniejszą wariacją tego przekonania jest XVIII-wieczny deizm. Owszem, Bóg istnieje, a nawet stworzył świat widzialny, ale po skończeniu całej pracy, oddał go zupełnie w ręce ludzi i powiedział “Żegnam”. Zredukowanie Boga do wielkiego architekta wypływa z przekonania, że “prawdziwe” bóstwo nie może się z nami za bardzo spoufalać. Jego dotykalność przyprawia o drżenie. Takie zniżenie nie przystoi nieskończonej Istocie. Nie żartujmy, cudów nie ma, a coś takiego graniczy z cudem. Wykoncypowanie “Boga” rozumu przy równoczesnym trzymaniu się z dala od Biblii, czy innych świętych ksiąg, było również próbą zminimalizowania wpływu religii instytucjonalnych, na czele z chrześcijaństwem.
 
W konsekwencji, jeśli Bóg po stworzeniu świata zniknął w przestworzach, trzeba sobie jakoś radzić. Można wymyślić najprzeróżniejsze koncepcje bóstwa, wymazać tajemnicę ze swojej świadomości, ale serca człowieka to nie sługa, nie tylko w kwestii zakochania. Pragnienie Boga drzemie w nas nieustannie, dlatego pomimo uników, “tworzymy” sobie Jego obraz na własną modłę.
 
Będąc w dużych miastach lubię zajrzeć do księgarni. Można się tam łatwo zorientować, co rozchodzi się jak świeże bułeczki, czytając tytuły bestsellerów. Odzwierciedlają one zainteresowania czytelników. Podczas jednej z wizyt w ogromnej księgarni w Bostonie, zatrzymałem się przy dziale “Religia i Duchowość”. Czegóż tam nie było! Prawdziwy misz- masz. Trochę chrześcijaństwa, odrobina islamu, szczypta astrologii, poradniki medytacji zen, yogi, instrukcje tarota, najwymyślniejsze metody samo-wyzwolenia z przeróżnych kłopotów. Jedna z pozycji, zatytułowana “Myśl pozytywnie”, szczególnie przykuła moją uwagę. Z ciekawości zajrzałem do wstępu. W końcu cóż złego w pozytywnym myśleniu. I czego się dowiedziałem? Że byłem dotąd taki naiwny. Wystarczyło bowiem chcieć więcej pieniędzy, przyjaźni, nowego mieszkania, pracy, i wierzyć, że moje życzenia się spełnią, a wszechświat sam się o mnie zatroszczy. Jeśli otworzę się na energię universum, w ciągu trzech miesięcy sukces gwarantowany, przekonuje autorka. Magiczna moc kosmosu wyjdzie naprzeciw moim potrzebom. Te książki, wbrew pozorom, wcale nie należą do rzadkości. Co ciekawe, właściciele księgarni umieszczają je w sekcji poświęconej religii, a ściślej, duchowości.
 
Inny obrazek. Kiedy Dalajlama przybył pewnego razu z wizytą do Niemiec, zaskoczyła mnie ogromna liczba jego entuzjastów. Nie piszę o tym, aby odbierać mu należny szacunek. Chodzi mi raczej o to, że generalnie buddyzm zdaje się być coraz bardziej popularny w Europie Zachodniej i Stanach, co w erze globalizacji nie omija również Polski. Interesujące jest źródło tej popularności. Zauważyłem, że propozycja wschodnich religii odpowiada zapotrzebowaniom współczesnych konsumentów. Z szerokiej palety dostępnych “duchowych” możliwości wybiera się to, co służy osiągnięciu wewnętrznego pokoju, odprężenia i relaksu. A techniki religii wschodnich są w tym bardzo przydatne. Dlatego, między innymi, można znaleźć tak hybrydalne twory: “Taoistyczne metody uzdrowienia ze szczyptą hinduizmu, buddyzmu, szamanizmu i humanizmu”. Zwłaszcza ostatni “składnik” recepty na ludzkie szczęście jest intrygujący. Ta mieszanka ma być “doskonałym antidotum na depresję, lęk, poczucie straty, samotność, smutek i urazy”.
 
Wielu ludzi powtarza dzisiaj, że przestali być religijni, odkrywając w sobie duchowy pierwiastek. Ich zdaniem, religia i duchowość nie pokrywają się ze sobą. Religie, zwłaszcza objawiające Boga osobowego, są męczące oraz obarczają skomplikowanymi rytuałami i procedurami. Na co to komu? Nadto bez przerwy kłócą się, która jest lepsza, a która gorsza. Nowoczesne rozumienie duchowości rozwiązuje te urojone problemy. Tak naprawdę istnieje jedno źródło wszystkich religii. Tylko duchowość może do nich dotrzeć, bo obejmuje znacznie więcej i nie ogranicza się do rytów, ani nie wymaga przynależności do organizacji. “Duchowa” religia tak naprawdę niczego od nas nie wymaga, w przeciwieństwie do judaizmu, islamu, czy chrześcijaństwa. Bóg tych wyznań ciągle czegoś od nas chce. Zamiast przynosić pokój, podminowuje nas, a przecież już tyle mamy na głowie.
 
Niektórzy zachwycają się faktem, że pomimo zaniku instytucjonalnych religii w Europie, duchowość doznaje rozkwitu. Ten boom można zauważyć zwłaszcza w bogatych społeczeństwach. Podstawowe potrzeby są zaspokojone. Standard życia wysoki. Trzeba jeszcze coś zrobić z duchem. Jeśli, praktycznie rzecz biorąc, wszystko można kupić, dlaczego przeżycia duchowe mają być wyjęte spod tej reguły? Myślenie konsumpcjonistyczne wszystko sprowadza do produktu. Jeśli w supermarkecie mamy tak wielki asortyment, dlaczego w sferze religii ograniczać się do jednej opcji, na dodatek nie zawsze zadawalającej?
 
Sęk w tym, że “duchowość” przeciwstawiona religii oferuje tylko chwilowe i kosmetyczne zmiany. Zredukuj stres, pozbądź się depresji, odkryj swój potencjał, unikaj trapiących cię myśli. Coraz więcej ludzi przyswaja “duchową” dietę, która unika dotykania źródeł ludzkich niedomagań. Po co narażać się na nieprzyjemny ból? Celem “duchowości” jest raczej jego uśmierzenie, a z drugiej strony ucieczka w świat iluzji. Wygląda to jak gaszenie pożaru bez zlokalizowania źródła ognia lub odchudzanie za pomocą chemicznych preparatów. Tylko w reklamie zrzuca się 10 kilogramów w ciągu miesiąca. Czasem być może jest to nawet możliwe, przy czym nikt nie wspomina o fatalnych skutkach konsumpcyjnej magii, które nieraz trzeba znosić przez długie lata. Żadne substancje i cudowne przepisy nie zastąpią zmiany stylu życia, redukcji jedzenia, czy uprawiania sportu. Podobnie z “duchowością”, która paradoksalnie nie sięga do rzeczywistej genezy problemów, lecz ślizga się po powierzchni, proponując połowiczne rozwiązania i krótkotrwałą ulgę. Religie monoteistyczne zachęcają do przemiany stylu życia i wskazują na źródła kłopotów wywołujących zmęczenie, samotność, smutek i inne nieprzyjemne uczucia. Co więcej, Bóg osobowy wyciąga rękę do człowieka. I to On dokonuje wewnętrznego uzdrowienia.
 
W kontekście dzisiejszej Ewangelii można powiedzieć, że odstępując od religijnego wymiaru życia w stronę mglistej “duchowości”, człowiek sam kreuje siebie na Mesjasza i uzdrowiciela. Naiwnie sądzi, że źródło życia jest w nim, w kosmosie, w stworzeniu. Trzeba tylko użyć odpowiednich narzędzi. Historia kołem się toczy. Słuchacze Jezusa odrzucili Go, bo przyszedł w imieniu Ojca. Zaczęli powątpiewać: “Czy ktoś taki w ogóle istnieje?”. Nadto Chrystus domaga się zmiany myślenia i wejścia w nowy rodzaj relacji.
 
Fałszywie rozumiana “duchowość” jest współczesną wersją agnostycyzmu i deizmu, zmieszanego z rynkowymi mechanizmami popytu i podaży. W sumie zadziwiające jest to, z jaką łatwością tworzymy sobie rozmaite substytuty religii, byleby tylko pozostać samodzielnymi i niezależnymi. Bóg chrześcijan rzeczywiście nie pozostawia nas w spokoju. Zstępuje w sam środek naszego zagubienia. Równocześnie nie pozwala się “kupić” i zastosować jako remedium na wszystkie nasze bolączki. W dzisiejszych słowach Jezusa osobiście odczytuję ból i swoisty zawód człowiekiem. Niemniej, pomimo tych uczuć, Bóg z nas nie zrezygnował. Dał słowo i je wypełnił. Przynajmniej podarował nam szansę. Jak widać, ciągle wikłamy się w alternatywne sposoby uporządkowania świata i człowieka. Ale czy coś z tego wyjdzie?
 
Dariusz Piórkowski SJ
mateusz.pl 
 
Zobacz także
Przemysław Radzyński
Jestem przekonana, że rolą psychologa jest wydobycie z mroku pewności, że to właśnie inni ludzie, więzi i przyjaźnie powodują, że nasze życie ma sens. Jedną z form pomocy psychologicznej jest zatem ukazanie tego problemu, wszystkich jego mechanizmów i pomoc w niwelowaniu dystansu od innych. Celem tej metody jest niedopuszczenie do tego, by dystans w stosunku do innych ludzi utrzymywał się i pogłębiał. 

O przyczynach bycia singlem i warsztatach dla kobiet „Nie chcę już być singielką” opowiada ich współprowadząca – Monika Leśnikowska-Marciniak w rozmowie z Przemysławem Radzyńskim
 
Cezary Sękalski
Trzeba przyjmować porażki jako sygnały granic i badać ich przyczynę. Poszukać jej także w sobie. Bo jeśli źródła wszelkich niepowodzeń zawsze usytuujemy poza sobą (np. wszystko tłumacząc cudzą złą wolą), to wtedy będziemy ciągle bić głową o ścianę.

O awansach, granicach i kryzysie półmetka z Elżbietą Sujak rozmawia Cezary Sękalski
 
s. Natalia Tendaj SłNSJ
Czytając uważnie Ewangelię, odkrywamy, że Jezus z Nazaretu uważał się za kogoś wyjątkowego, znającego Boga lepiej niż największy autorytet religijny judaizmu – Mojżesz. Uważał się za Jego Syna, za kogoś, kto w Jego imieniu może odpuszczać grzechy. Czy jednak można Mu wierzyć? Czy nie jest to roszczenie tak nieprawdopodobne i wygórowane, że należałoby sądzić, że jest On albo sprytnym oszustem, albo ofiarą własnej egzaltowanej wyobraźni?
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー