logo
Środa, 08 grudnia 2021 r.
imieniny:
Delfiny, Marii, Wirginiusza – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
ks. Stefan Ryłko KRL
O. Jan Beyzym - święty wśród trędowatych
Posłaniec
 


O. Jan Beyzym - święty wśród trędowatych

W Bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie, na bocznym filarze po prawej stronie nawy, znajduje się sarkofag Bł. o. Jana Beyzyma SJ, zmarłego na Madagaskarze, gdzie pracował wśród trędowatych. Na jego temat ukazało się sporo publikacji w języku polskim i w językach obcych.
O. Jan Beyzym był człowiekiem skromnym, nie szukającym poklasku, głęboko religijnym i całkowicie oddanym Bogu. Bliżej znający go podziwiali u niego głęboką wiarę, pracowitość, obowiązkowość, poczucie odpowiedzialności za podejmowane zadania i za jego decyzję całkowitego poświęcenia się ludziom najbardziej potrzebującym, dotkniętym trądem, którym miał służyć z dala od Ojczyzny.

Jan Beyzym urodził się w Beyzymach Wielkich na Wołyniu, nad rzeką Chomorem. Jego ojciec, Jan za udział w powstaniu styczniowym musiał uciekać za granicę, gdyż przez władze rosyjskie został zaocznie skazany na śmierć. Dwór rodzinny zniszczyli Kozacy, mienie rozgrabili, a matka z dziećmi schroniła się u swojej siostry, Władysławy Górskiej w Śledziach na Podolu. Jan jako najstarszy syn bardzo to wszystko przeżywał. W młodości zaznał wiele biedy, poniżenia, braku zrozumienia i różnego rodzaju trudności. One to w  jakiś sposób przygotowały go do roli, jaką Opatrzność wyznaczyła mu w późniejszych latach - do posługiwania trędowatym. Jan od dzieciństwa odznaczał się poważnym charakterem, pracowitością. Umiał zawsze zachować takt i rozwagę w postępowaniu. W gronie rodzinnym był radosny, zaś w obcym towarzystwie milczący. Dla włościan i służby był nadzwyczaj ludzki i wyrozumiały. Odznaczał się dużymi zdolnościami manualnymi. Po ukończeniu średniej szkoły pracował fizycznie w majątku swego stryja, Władysława Górskiego.

W 1872 r. przebrany za chłopa przedostał się do Galicji, do majątku Prudno, gdzie przebywał jego ojciec, by móc się z nim spotkać, porozmawiać i naradzić się co do kroków na przyszłość. A plany miał poważne, chciał obrać stan kapłański w Towarzystwie Jezusowym. Po naradzie z najbliższymi pożegnał się z nimi i udał się do Domu Nowicjatu, znajdującego się w Starej Wsi koła Brzozowa. Okres dwóch lat spędzonych w nowicjacie poświęcił modlitwie, pogłębieniu wiedzy humanistycznej i pracy domowej, którą bardzo lubił. Miał złote ręce do pracy.
Po złożeniu pierwszych ślubów, w 1878 r. został wysłany do konwiktu w Tarnopolu, gdzie przez rok opiekował się studiującą młodzieżą. Następnie udał się do Krakowa, by podjąć studia teologiczne. Nauka nie szła mu łat-wo, ale był pilny i obowiązkowy. Egzaminy wszystkie zdawał w wyznaczonym czasie. Święcenia kapłańskie przyjął 26 lipca 1881 r. z rąk Albina Dunajewskiego, biskupa krakowskiego. Następnego dnia odprawił Mszę świętą prymicyjną, w której z jego rodziny uczestniczył jedynie ojciec. Po tych uroczystoś-ciach wrócił do Tarnopola, gdzie dalej opiekował się młodzieżą przebywającą w konwikcie. Śluby wieczyste złożył

2 lutego, w święto Matki Boskiej Gromnicznej w domu zakonnym w Starej Wsi. Jako odpowiedzialnego i praktycznego kapłana przełożeni wysłali go z powrotem do Tarnopola, gdzie oprócz opieki nad młodzieżą uczył języka rosyjskiego i francuskiego.
Jego stosunek do młodzieży był bardzo naturalny i bezpośredni. O. Jan cieszył się ogromnym zaufaniem. Do młodzieży wygłaszał konferencje oparte najczęściej na tekstach z Pisma Świętego. Język miał barwny, mówił porywająco, chętnie go słuchano i nazywano go drugim Juliuszem Verne.
Jego ulubionym zajęciem zawsze była opieka nad chorymi. Lubił hodować także kwiaty, z zamiłowaniem rzeźbił w drewnie; potrafił zrobić piękne lichtarze, relikwiarze, kropielniczki, kapliczki czy ramy do obrazów.
Od pierwszych lat życia zakonnego marzył o pracy na misjach. Już jako kapłan zamierzał osiąść na Podlasiu i tam pracować wśród unitów prześladowanych przez rząd carski. Nieco później jego zamierzenia zwróciły się ku najbardziej opuszczonym i potrzebującym pomocy, chorym na trąd. Długo się zastanawiał, jak zrealizować te zamiary.

Mając 48 lat, zdecydował się prosić generała zakonu o zgodę na pracę na misjach, wśród trędowatych. W prośbie nie podał terenu, na którym chciałby pracować. Prosił jedynie, by mógł przebywać wśród trędowatych, by im służyć. Zgodę otrzymał na pracę w leprozorium w Mangalorze, w Indiach Przedgangesowych. Tamtejszy przełożony, mając na uwadze niemłody już wiek o. Jana i jego brak znajomości języka angielskiego, nie wyraził zgody na jego przyjazd. Wówczas przychylny o. Janowi prowincjał polski uzyskał dla niego od prowincjała francuskiego zgodę na pracę wśród trędowatych na Madagaskarze.
O. Jan opuścił kraj 17 października 1898 r. Najpierw udał się do Francji, by spotkać się z przełożonym prowincji, uzgodnić z nim zakres i teren pracy, a następnie okrętem odpłynął na Madagaskar.

Pierwszą jego placówką było schronisko w Ambahiwuraku, skromny przytułek, gdzie przebywało przeciętnie 125 trędowatych. Chorzy mieszkali w walących się barakach bez okien i podłogi i bez najpotrzebniejszych sprzętów. W porze deszczowej mokli, wielu leżało w błocie. Często umierali nie tyle z choroby, co z głodu i wycieńczenia. By pomóc tym ludziom, o. Jan, gdzie mógł, szukał pomocy. Był on pierwszym kapłanem, który z chorymi na trąd zamieszkał razem i który podjął naukę trudnego języka miejscowej ludności.

Praca nie była łatwa. Sama opieka nad ludźmi z tego rodzaju chorobami budziła naturalny odruch. Poza tym napotykał trudności ze strony władz państwowych. Nawet i duchowni często nie bardzo rozumieli sens jego zamierzeń. Zamiast spodziewanej pomocy stwarzali mu trudności, zdawałoby się, nie do pokonania. O. Jan, przekonany o słuszności swoich zamierzeń, zdecydował się zburzyć rozwalające się baraki i wybudować odpowiednie pomieszczenie, gdzie chorzy czuliby się lepiej. Były trudności ze znalezieniem odpowiedniego miejsca, brakowało funduszy, nie chciano zatwierdzić planu budowy schroniska. O. Janowi ograniczano fundusze, które otrzymywał głównie od znajomych z Polski. On swoim spokojem i cierpliwością, a przy tym gorliwą modlitwą, pokonywał te trudności. Jego głęboka wiara, przekonanie, że przy tych chorych jest jego miejsce oraz dziecięca ufność w pomoc Niepokalanej pomogły mu przezwyciężyć wszystkie trudności i zbudować szpital dla trędowatych, który mógł pomieścić do 200 chorych.

W codziennym życiu o. Jan był zawsze pełen życzliwości i pogody ducha. Cieszył się pełnym zaufaniem u chorych, którzy na swój sposób starali się mu to okazywać. Chętnie też słuchali jego nauk katechizmowych. Każdego dnia przychodzili do kaplicy na Mszę świętą, by przystąpić do spowiedzi i Komunii świętej. O. Jan starał się wychowywać swoich biednych chorych po Bożemu. Mieszkając z chorymi, sam opatrywał ich ropiejące rany, choć miał świadomość, że sam się może zarazić.

Wyczerpująca praca, brak odpowiedniego pożywienia, przeżycia, liczne trudności w końcu złamały misjonarza tak silnego fizycznie i duchowo. Trudno się dziwić. Wcześnie rano wstawał, był już na nogach o godz. 330 i kładł się spać o godz. 10 czy 11. Jego łóżkiem była deska, pokarmem ryż bez omasty, napojem herbata lub woda.

W lipcu 1912 r. o. Jan widocznie podupadł na zdrowiu. Mimo osłabienia szedł do kaplicy i udzielał trędowatym sakramentów świętych. Tego samego roku w sierpniu drugi raz zachorował; stwierdzono u niego zwapnienie żył, dolegliwości serca, ostre ataki astmy. Zbliżał się koniec jego pracowitego, pełnego ofiary, życia. Ostatnią Mszę świętą odprawił 6 września. Kilka dni przed śmiercią odwiedził go przełożony misji z Fiansarontsoa, z którym o. Jan chciał się pożegnać. Chorował miesiąc. Bardzo cierpiał. Porobiły mu się odleżyny. Nad ranem 2 października, już w czasie agonii, poprosił o. Catry SJ, który przy nim czuwał, aby poszedł do kaplicy i przeprosił w jego imieniu chorych za wszystko, czym ich zasmucił lub skrzywdził. Za pół godziny zmarł.

Dzieło jego pozostało do dziś. Współcześni mu i po nim żyjący, patrząc na jego poświęcenie, widzieli w nim świętego. Nic też dziwnego, że od samego początku wysuwane było życzenie, by ten wspaniały kapłan został wyniesiony na ołtarze i żeby był patronem tego miejsca opieki nad chorymi na trąd jak i innych miejsc, gdzie przebywają trędowaci.

Proces beatyfikacyjny o. Jana Beyzyma SJ - "posługacza trędowatych" rozpoczął się w 1984 roku. Dekret Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych dotyczący heroiczności życia i cnót o. Beyzyma został odczytany w obecności Jana Pawła II w Watykanie 21 grudnia 1992 roku. W marcu br. kard. Macharski zamknął dochodzenie kanoniczne w sprawie cudownego uzdrowienia młodego mężczyzny za wstawiennictwem Jana Beyzyma. Jego beatyfikacji dokonał podczas pielgrzymki do Polski Jan Paweł II. Na krakowskich Błoniach 18 sierpnia 2002 r.
W Polsce Kościół wspomina bł. Jana Beyzyma w liturgii 12 października.

ks. Stefan Ryłko KRL

 
Zobacz także
ks. Edward Staniek
Święci to ludzie, którzy decydują się na sięganie po najwyższy stopień ewolucji, w którym życie ludzkie zostaje podniesione do poziomu życia Bożego. Tacy ludzie żyją w każdym pokoleniu. Nie ma ich nigdy za wielu. Zdecydowana bowiem większość zadowala się życiem w wymiarach doczesnych...  
 
ks. Edward Staniek
Każdemu człowiekowi do pełni szczęścia potrzebna jest tylko ta jedyna Miłość, której na imię jest Jezus Chrystus. Pełnię szczęścia osiągają tylko ci, którzy dążą do świętości, ucząc się kochać od Jezusa. Matka Teresa często powtarzała: „Musicie być święci tam, gdzie jesteście, a ja muszę być świętą tam, gdzie posłał mnie Bóg. Więc nie ma nic nadzwyczajnego w byciu świętym. Świętość nie jest luksusem dla kilku wybranych.
 
ks. Bogdan Giemza SDS
Pytanie to może wydać się nadużyciem. Dokumenty Kościoła i wielowiekowa praktyka dowodzą bowiem, że działalność misyjna jest jednym z istotnych zadań Kościoła. Aby dostrzec zasadność powyższego pytania na przełomie drugiego i trzeciego tysiąclecia, spróbujmy odpowiedzieć najpierw na pytanie jak jest rozumiana misja Kościoła w dzisiejszym świecie...
 
 
___________________
 
 reklama