logo
Czwartek, 29 października 2020 r.
imieniny:
Angeli, Przemysława, Zenobii, Narcyza, Felicjana, Violetty – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
s. Mariola Kłos FMA
O Boże! Wszędzie Jezus!
 


O Boże! Wszędzie Jezus!

Praca w telewizji ma w sobie coś takiego, że potrafi wyssać z człowieka wszystkie soki, całą energię. Najpierw powoli wchodzi się w to dość ekskluzywne i zamknięte środowisko, następnie, po akceptacji, zaczyna się pracować do upadłego. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Daj Boże, aby chrześcijanie tak zabiegali o zbawienie swojej duszy, jak dziennikarze o swoje kasety i programy! Pracę w telewizji zaczynałam ze świadomością i intencją: "wszystko dla Jezusa", ale nawet się nie spostrzegłam, kiedy w moim zapracowaniu i gorliwości tak się od Niego oddaliłam, że prawie straciłam Go z oczu. Zaczęłam Go w końcu szukać, bo bardzo brakowało mi Jego bliskości, wydawało mi się, że nigdzie Go nie ma... Dopiero, gdy się zatrzymałam i wyciszyłam, usłyszałam Jego Słowo i zobaczyłam, że On jest wszędzie. Bardzo zaskoczona tym faktem, wykrzyknęłam: O Boże! Wszędzie Jezus!

Od dziecka bawiłam się w teatrzyk...

Najpierw ktoś z rodziny czytał mi bajki, potem razem z innymi dziećmi rysowałam "scenografię", kolorową kredą na płytach pilśniowych, i sama opowiadałam im te bajki. W pierwszej klasie przygotowywaliśmy przedstawienia kukiełkowe dla zerówki, miałam zawsze główne role: raz byłam Królewną Makówką, innym razem Agatą, co nogą zamiata. Potem już zawsze byłam w kółku recytatorskim lub w grupie teatralnej. Gdy jako dziecko myślałam o przyszłym zawodzie, chciałam najpierw sprzedawać lody, by sprawiać radość innym dzieciom, a przy okazji samej najeść się do woli, potem chciałam być aktorką, archeologiem, dziennikarzem, pisarzem i przez krótki czas nauczycielką. Dobry Bóg w swej hojności już teraz spełnił wszystkie moje marzenia (z wyjątkiem sprzedawania lodów - na szczęście przestałam je lubić).

Po maturze...

Spośród wielu możliwości, wybrałam drogę, która otworzyła się przede mną nagle (przez wiele lat była dla mnie zakryta i wcale nie zdawałam sobie sprawy, że w ogóle taka istnieje). W pewnym momencie stało się jasne, że jest to jedyna droga dla mnie - droga powołania zakonnego. Choć wszyscy dokoła mówili mi, że się mylę, że będę żałować, że pakuję się w coś bardzo niepewnego, ja byłam przekonana, że to jest moja droga. Czułam, że może nie być łatwo, ale przyciąganie ze strony tej drogi było tak silne, że wszystko inne przestało się liczyć: "Cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat zyskał, a na duszy swojej poniósł szkodę?" - tak wtedy myślałam.
Podobało mi się, że salezjanki pracują z dziećmi i młodzieżą, że jest tak rodzinnie. Pamiętając, że zabawa w teatr bardzo wzbogacała moje dziecięce życie, często bawiłam się w teatr na katechezie z moimi uczniami, gdy byłam już katechetką we Wrocławiu. W podstawówce lubiłam oglądać tzw. programy dla młodych widzów, np. "Niewidzialną rękę", "Ekran z Bratkiem". Wiele razy myślałam wtedy, że ja też chciałabym robić dla dzieci coś takiego, co robią w tych programach. Nie myślałam, by występować w telewizji, ale żeby robić coś dobrego dla dzieci, dla nastolatków, np. pisać dla nich książki, organizować jakieś zabawy. Moi rodzice byli bardzo zapracowani, musieli zarabiać na utrzymanie pięcioosobowej rodziny i, niestety, nie mieli dla dzieci zbyt wiele czasu. Wtedy czerpałam bardzo dużo dobrych myśli i pomysłów z tych programów telewizyjnych. Choć nie mówiły one o Panu Bogu, jednak bardzo zachęcały do dobrych uczynków, do pomocy innym, do poświęcenia, do majsterkowania, zawsze coś proponowały, tak, by pożytecznie zająć czas młodym widzom. To doświadczenie mocno dotknęło mojego serca.

Trafiłam do telewizji

Przypomniało mi się ono, gdy zaproponowano mi pracę w Telewizji Polskiej. Gdybym nie miała wiary, mogłabym powiedzieć, że trafiłam tam przez przypadek. Teraz widzę bardzo jasno, że to nie był żaden przypadek i że praca w telewizji wcale nie była celem, tylko kolejnym etapem na mojej drodze, tej zaproponowanej mi przez Pana. Najpierw studiowałam polonistykę na KUL, potem otwarto tam podyplomowe dwuletnie studium dziennikarskie. Powiedziałam przełożonym, że może warto, bym zrobiła to studium. "Na dzisiejsze czasy się przyda" - stwierdziła przełożona. W studium kazano nam, studentom, odbyć miesięczną praktykę. Pomyślałam: "Zupełnie nie wiem, jak się pracuje w telewizji, może warto się zorientować". Powiedziałam o tym przełożonym i zadzwoniłam do telewizji - oczywiście do redakcji katolickiej. W połowie praktyki zaproponowano mi, bym poprowadziła jeden odcinek "Ziarna", a potem koleżanka z redakcji stwierdziła: "Ty już do Lublina nie wrócisz, tu zostaniesz". Pamiętam, że serce mi zabiło mocniej, jakby słowa były prorocze. Rzeczywiście do Lublina nie wróciłam, ostatni semestr studium dziennikarskiego studiowałam prawie eksternistycznie, dojeżdżając czasami na ważne zajęcia. Moja "praktyka" w telewizji trwała 6 lat. W tym okresie zdobyłam duże doświadczenie.

Trudne wyzwania

Mogę szczerze powiedzieć, że od początku towarzyszyła mi intencja: "wszystko dla misji". Tylko przez pierwsze dni czułam trochę podniecenia, że to taka atrakcyjna praca... ale kubeł zimnej wody wylano na moją głowę bardzo szybko. Weszłam do programu, który nie miał dobrych notowań. Gdy zamawiałam w telewizji coś do "Ziarna", słyszałam na początku: "Ziarno? A to ten program katolicki... dla was to będzie dobre..." (co w domyśle miało znaczyć: dla "Ziarna" wszystko będzie dobre, nawet byle co). Pierwsze wyzwanie było więc takie: uświadomić pracownikom telewizji, że program katolicki nie znaczy "byle jaki, gorszy". Wiele zależało od mojej postawy i od postawy mojej koleżanki Lidki Lasoty. Gdy zaczęłyśmy stawiać wymagania, spotkałyśmy się z wielkim zdziwieniem i pretensjami. Konsekwentnie i systematycznie wprowadzałyśmy radykalne zmiany. Wszystko trzeba było przeprowadzić spokojnie, bo przecież nie przystało nam, z redakcji katolickiej, wszczynać wielkich awantur, nie przystało zwłaszcza mnie, siostrze. Drugim wyzwaniem było przyzwyczajenie pracowników telewizji do widoku habitu na korytarzach budynku TVP na Woronicza, w studiu, w bufecie, w montażowni... Ja sama przede wszystkim musiałam przyzwyczaić się do tego, że się wyróżniam i od razu kojarzę się z Kościołem. Dobrze wiedziałam, że nikt nie zna mego imienia, większość nie ma pojęcia, że są różne zakony i że ja jestem salezjanką. Wiedziałam, że dla ludzi, którzy mijali mnie na korytarzach telewizji, jestem po prostu Kościołem. Nigdy nie odczułam tego tak namacalnie jak w telewizji, że ja - to Kościół. Nie miałam pretensji, gdy ktoś mówił mi per "pani", na "dzień dobry" odpowiadałam "dzień dobry". Z czasem zaczęto mnie traktować poważnie, widziałam wielkie zdziwienie w oczach operatorów, realizatorów, gdy okazywało się, że całkiem nieźle potrafię radzić sobie z dziećmi, z gośćmi, z organizacją pracy na planie. Stopniowo zaczęłam nawiązywać znajomości, coraz częściej słyszałam pozdrowienie "Szczęść Boże", a wkrótce stało się ono czymś normalnym na nagraniu "Ziarna". Okazało się, że niektórzy z panów w młodości byli ministrantami, że ktoś ma nauczyć swoje dziecko, przygotowujące się do Pierwszej Komunii Świętej, modlić się na różańcu i nie wie, jak to zrobić, że jakieś inne dziecko nie jest jeszcze ochrzczone, że ktoś bliski popełnił samobójstwo... Wtedy moja obecność tam była bardzo znacząca. Praca w telewizji, to praca zespołowa, wiele godzin pracuje się razem, tworzy się coś nowego - to bardzo łączy ludzi.

Przygotować dobry program

Jednak główną moją troską było przygotowanie dobrego programu. Czasem zastanawialiśmy się wspólnie w redakcji, czy można ewangelizować przez telewizję. Ja zawsze byłam zdania, że tak. Sześcioletnie doświadczenie potwierdziło moje wcześniejsze intuicje. Jeśli program jest dobry, może pomóc setkom, a nawet milionom ludzi zbliżyć się do Boga. Jestem przekonana, że dziś Pan Bóg chce, byśmy ewangelizowali przez telewizję. Otwarty pozostaje problem, jaki program jest "dobry", co to znaczy "dobry program". Moja praca i mój wysiłek polegał właśnie na tym, by znaleźć odpowiedź na to pytanie. Mogę powiedzieć szczerze, że nigdy nie zależało mi na sławie, ale zawsze bardzo mi zależało na tym, żeby program był nie tylko dobry, ale bardzo dobry, najlepszy! Na początku mojej pracy, gdy patrzyłam na inne programy dla dzieci, byłam zazdrosna (w dobrym znaczeniu tego słowa), że tamte programy są jakieś "inne" - żywe, kolorowe, pogodne, a "Ziarno" jakieś takie... kiepskie. Tamte programy czasami w atrakcyjny sposób proponowały model wychowania, z którym, jako chrześcijanka, jako wychowawczyni nie zawsze mogłam się zgodzić. Natomiast, to co ja proponowałam w "Ziarnie" było oczywiście słuszne, dobre, pożyteczne, ale... mało atrakcyjne, mało pociągające.

Oczywiste, że nikt nie zmusi dzieci, by oglądały program, który im się nie podoba, a mnie też nie byłoby przyjemnie, by musiały go oglądać "za karę, bo nie były grzeczne na katechezie". Przez pierwsze dwa lata często zmieniałyśmy z Lidką formułę programu, nawet gdy pomysły na początku wydawały się dobre, potem, na ekranie okazywało się, że to jeszcze "nie to, o co nam chodzi". Rozpoczynałyśmy poszukiwania na nowo. Podeszłam do problemu także od strony naukowej. Mimo wielu zajęć w telewizji, postanowiłam moje studia dziennikarskie skończyć dyplomem, zwłaszcza że profesor Andrzej Jurga zaproponował mi atrakcyjny temat - porównanie "Ulicy Sezamkowej" z "Ziarnem". Chodziło o to, by zbadać, jakie elementy świeckiego programu dla dzieci, można przenieść na grunt programu religijnego. "Ulica Sezamkowa" to program, który w USA zrobił wielką karierę, odniósł ogromny sukces komercyjny, nad którym pracowali wspólnie nie tylko ludzie telewizji, ale również pedagodzy, psycholodzy, znawcy języka, chcący uczynić go jak najlepszym dla dzieci. Praca kosztowała mnie trochę wysiłku, ale ten wysiłek bardzo się opłacił. Po zbadaniu konstrukcji i sposobu realizacji oraz zawartości treściowej "Ulicy Sezamkowej" zorientowałam się, że 25 minutowy program dla dzieci powinien mieć kilkanaście krótkich sekwencji, a nie, jak dotąd w "Ziarnie", kilka długich. Uświadomiłam sobie, że brakuje żartu - wprowadziłam więc Dyzia. Najpilniejszą potrzebą okazało się zaproponowanie dzieciom dobrych piosenek. Zaczęłam szukać zespołu, który śpiewałby specjalnie dla "Ziarna", ale nie miał to być pierwszy lepszy zespół, tylko nadzwyczajny. Kilka razy do późnych godzin nocnych rozmawiałam z ludźmi, którzy mieli kontakty ze znanymi muzykami chrześcijańskimi, wykonałam setki telefonów, razem ze mną poszukiwania prowadzili Grzegorz Sadurski i oczywiście Lidka Lasota, aż wreszcie Pan Bóg zesłał łaskę na Roberta Friedricha i objawiła się Arka Noego! Element "łobuzerski", jaki wprowadziły dzieci z Arki spowodował, że mali widzowie zaczęli się identyfikować z tymi kolegami, których widzieli w "Ziarnie".

Do tej pory program prowadziły dzieci "mądre, piękne i grzeczne", a naszym zwykłym dzieciom oglądającym telewizję był potrzebny ktoś "normalny" - z podbitym okiem, w podartych spodniach, ktoś kto kocha Pana Boga tak zwyczajnie - w szkole, w piaskownicy, na huśtawce. Nieskończoną ilość razy dziękowałam Bogu za Arkę Noego. To prawdziwe cuda Boże: ja, która nie śpiewam sama, nie mam dobrego słuchu muzycznego, dopomogłam w stworzeniu najbardziej znanego zespołu dziecięcego w Polsce! Gdy czegoś nie umiemy, wtedy pomaga Pan Bóg, a gdy jesteśmy pewni swych zdolności, zabieramy się do pracy sami i... nie potrzebujemy tak bardzo Bożej pomocy... Być może, gdybym umiała śpiewać, grać na gitarze, sama próbowałabym coś stworzyć i z pewnością nic by z tego nie wyszło. Teraz wszystko tak ładnie się opowiada, ale w momencie powstawania, poszukiwania, podejmowania decyzji, trzeba było ofiarować naprawdę wiele trudu. Bóg jednak pobłogosławił wszystkie te wysiłki i niech będzie Mu za to chwała!

Od misji wśród dzieci do emisji programu

To wszystko, co robiłam dla dobra programu było dla mnie jednoznaczne, że robię to dla dobra dzieci, które będą go oglądać. Szef naszej redakcji, ks. Krzysztof Ołdakowski, zawsze podkreślał, że program ma być taki, by chciały go oglądać wszystkie dzieci - z rodzin wierzących i niewierzących, praktykujących i niepraktykujących. Słusznie twierdził, że jeśli ograniczymy się w telewizji publicznej tylko do treści ściśle religijnych, katechetycznych, staniemy się gettem dostępnym dla małej grupki widzów, akceptowanym przez niewielu, a przecież "wszystkie dzieci są nasze". Nie było więc dyskusji - "Ziarno" miało być po prostu programem dla dzieci od 7 do 12 lat. Zastanawiałam się, jak pokazać, zwłaszcza tym starszym, dorastającym, że świat kreowany w telewizji nie jest prawdziwym światem. Często słyszałam, jak dzieci mówiły o swoich pragnieniach, że chcą wyjechać z Polski, że chcą mieć dużo pieniędzy, wielkie apartamenty, własne jachty, samoloty, chłopcy wymieniali marki samochodów, o których marzyli, a dziewczyny nazwiska piosenkarek i aktorek, do których chciałyby być podobne.

Moim pragnieniem było, by dzieci zrozumiały, by uświadomiły sobie, że świat pokazywany w telewizji jest wymyślony, skonstruowany sztucznie przez ludzi, że nie odnajdzie się takiego świata w życiu - ani w Polsce, ani w innym kraju, że rzeczywistość jest taka, iż trzeba na wszystko zapracować. Najpierw próbowałam przygotować jakiś cykl programów edukacyjnych, aby odkryć przed młodymi widzami różne sztuczki, tricki i manipulacje, ale to nie wyszło. Natomiast okazało się, że nie ma problemów, by zapraszać dzieci jako publiczność do programu lub na różne teleturnieje i wspólne dyskusje z innymi znanymi gośćmi. Pomysł okazał się trafiony. Po nagraniu wiele dzieci twierdziło, że są trochę zawiedzeni, zupełnie inaczej sobie wszystko wyobrażali. Dzieci były zdziwione, że dekoracja tylko z przodu wygląda tak ładnie, a nawet, gdy się przyjrzeć z bliska, to widać, że wszystko jest brudne i podrapane, tylko w silnym telewizyjnym świetle tego nie widać. Mali goście byli zdezorientowani, a często przestraszeni pokrzykiwaniami pracowników, byli też czasem świadkami kłótni na planie, zdarzało się, że wyjeżdżali zdegustowani atmosferą i pośpiechem, jaki panował podczas nagrania. Według mnie była to najlepsza lekcja wychowawcza o telewizji. Zawsze wtedy na pożegnanie wyjaśniałam naszym małym gościom, że byli świadkami prawdziwego życia na telewizyjnym planie, że programy i różne filmy bardzo często powstają w takiej nerwowej atmosferze.

W telewizji tego nie widać, że aktorzy i wszyscy, którzy pracują nad programem muszą się mocno natrudzić. Zwracałam ich uwagę na różnicę między tym, jak powstaje program, a tym, co w końcowym efekcie widzą na ekranie telewizora. Na taki komentarz miałam oczywiście tylko krótką chwilkę, bo zwykle na korytarzu już czekała inna grupa dzieci, które przybyły na kolejny fragment nagrania. Dzieci przyjeżdżały ze swoimi wychowawcami i tak naprawdę ja się nimi prawie wcale nie zajmowałam. Bardzo często ludzie są przekonani, że jestem "specjalistką od dzieci", pedagogiem, wychowawcą - to jest właśnie obraz wykreowany przez telewizję. Ja tylko przygotowywałam program, nie było mowy o oddziaływaniu wychowawczym w czasie nagrania. Wierzę jednak, że końcowy efekt naszego wspólnego wysiłku, czyli emisja programu, była dobrym zasiewem "na glebę dusz ludzkich".

Przez ostatnie dwa lata w ciągu jednego dnia musiałam przygotować trzy odcinki (z powodu trudnej sytuacji finansowej w telewizji, nie mogliśmy zamawiać studia na zbyt wiele godzin). Wiedziałam dobrze, że dzieciom należy najpierw wszystko wyjaśnić, pozwolić im porozglądać się po studiu, pożartować, by ich "odstresować", może nawet trochę z nimi pośpiewać, itp., potem oprowadzić ich po telewizji... Nie było takich możliwości, miałam do wyboru albo bawić się z dziećmi, albo zrealizować programy. Bardzo cierpiałam z tego powodu, że często traktowaliśmy przyjeżdżającą grupę tylko jak narzędzie, pozwalające nam nagrać kolejny fragment programu. Wiedziałam dobrze, że większość dzieci, zupełnie inaczej sobie wyobrażała spotkanie z siostrą z "Ziarna"... Wiele razy musiałam ofiarować mój ból, że nie miałam możliwości, by przyjąć ich gościnnie, spokojnie, bo brakowało czasu, bo byliśmy podenerwowani poprzednim nagraniem, albo już czekali następni goście i trzeba było się bardzo spieszyć... Ufałam, że choć niektóre dzieci uświadomią sobie, jak wielka jest różnica między tym, co widzą w telewizji, a tym, co widzieli w trakcie powstawania programu.

Kiedyś jedno dziecko zapytało mnie w studiu tuż po nagraniu: "Dlaczego w telewizorze siostra zawsze się uśmiecha, a do nas tak mało?" Z pewną grupą dziewcząt przyjechało kiedyś kilka mam, wszystkie były bardzo podekscytowane nagraniem i koniecznie chciały, by ich córki wygrały teleturniej. Były rzeczywiście dobrze przygotowane, ale na jedno pytanie nie odpowiedziały prawidłowo i wygrała grupa przeciwna. Po nagraniu mamy napisały skargę do samego Prezesa Telewizji Polskiej, że ich dzieci zostały źle potraktowane i czują się skrzywdzone moim niesprawiedliwym ocenianiem teleturnieju... Musiałam złożyć pisemne wyjaśnienie Prezesowi TVP S.A., że nagrodą w telewizji nie był luksusowy samochód ani dom na Mazurach i że zadaniem programu "Ziarno" jest także spełniać funkcje wychowawcze wobec rodziców. To, że rodzicom tak często zależy, by chronić dzieci od wszelkich życiowych niepowodzeń, wcale nie oznacza, że jest to dobre dla nich. Doświadczając "smaku" porażki w młodości, dzieci przygotowują się do dorosłego życia, które z pewnością będzie obfitowało w różne problemy, po prostu hartują się na przyszłość. "Ziarno" zawsze było określone jako "program dla dzieci i rodziców".

Na szczęście dla większości przyjeżdżających dzieci, wycieczka do telewizji okazała się ciekawą lekcją poglądową, dla wielu było to duże doświadczenie, a często też wielkie przeżycie. Wiem od wychowawców i katechetów, że dzieci z malutkich wioseczek i miasteczek, a nawet te z wielkich miast piszczały z radości, gdy dowiedziały się, że pojadą na nagranie do telewizji. Nie zapomnę opowiadania jednego księdza, który relacjonował mi, w jaki sposób dzieci w małej szkole na Podlasiu zareagowały na zaproszenie do uczestnictwa w nagraniu "Ziarna". Gdy ksiądz już powiedział uczniom klasy V swoją tajemnicę-niespodziankę, że pojadą do telewizji, bo siostra ich zaprasza, wstała jedna z dziewcząt i zapytała: "A skąd siostra wiedziała, że my w ogóle istniejemy?". Pytanie tej dwunastoletniej dziewczyny mówi wiele o niskim poczuciu własnej wartości dzieci mieszkających "na peryferiach" naszego kraju. Gdy w czasie nagrania teleturnieju okazało się, że to właśnie oni wygrali teleturniej i na dodatek z grupą z Warszawy, ich radość trudno było opisać. Nie mogli w to uwierzyć - jak to możliwe, że oni, dzieci ze wsi, wygrali z Warszawą. Zawsze miałam wielką radość, gdy można było nobilitować naszych małych gości.

Przykłady można by mnożyć... ufam, że Pan Bóg działał w sercach dzieci, z którymi pracowałam i dla których podejmowałam działania. Zawsze modliłam się za dzieci przyjeżdżające do programu, za telewidzów i wiem, że oni często modlili się za mnie. Dzięki temu, po zakończeniu pracy w telewizji, mogę mieć nadzieję, że podczas minionych sześciu lat spełniało się Słowo: "Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili". Mogę też z radością i zachwytem stwierdzić: "O Boże! Wszędzie Jezus!"

s. Mariola Kłos, salezjanka

Polecamy także czat z s. Mariolą

 
Zobacz także
Aleksandra Wojtyna
Cierp-liwość i cierp-ienie są w zaskakujący sposób do siebie podobne, choć semantycznie zasadniczo się od siebie różnią. W rdzeniu obu tych rzeczowników znajduje się słowo „cierp”, które chyba nikomu nie przywołuje na myśl pozytywnych skojarzeń.
 
Aleksandra Wojtyna
Wydaje mi się, że miarą człowieka jest dyspozycja do przebaczania codziennie sobie i najbliższym. Przebaczam rodzinie, rodzicom, żonie, dzieciom. Bogu za to, że jesteśmy pomiędzy Rosją i Niemcami. Systemom politycznym, które powodują że nie jesteśmy do końca wolni. 

Z prof. dr hab. Kazimierzem Korusem, Kierownikiem Katedry Filologii Greckiej Uniwersytetu Jagiellońskiego rozmawia o. Damian Sochacki OCD.
 
Michał Piekara
Kiedy zapytasz ludzi o miłość, usłyszysz o odrzuceniu. Kiedy zapytasz o zaufanie, usłyszysz o zdradzie i niewierności. Kiedy zapytasz o przyjaźń, usłyszysz o porzuceniu. Kiedy zapytasz o wolność, usłyszysz o kontroli. Kiedy zapytasz o więź, usłyszysz o opuszczeniu. Kiedy zapytasz o bliskość, usłyszysz o zranieniu. Taki właśnie jest świat, w którym żyjemy. Wiele razy słuchałem opowieści o ogromnych zranieniach i sercach złamanych przez tych, którzy powinni ochraniać i kochać.  
 
 
___________________
 
 reklama