logo
Poniedziałek, 24 września 2018 r.
imieniny:
Dory, Gerarda, Maryny, Hermana, Pacyfika – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
o. Michał Zioło OCSO
O jedynym pragnieniu Boga
Miesięcznik W drodze
 


Pytanie: „Co mam czynić, Panie?”, zastępujemy pytaniem bardzo oddalającym nas od Boga, a mianowicie: „Jak odgadnąć Twoją wolę?”. Co mam czynić, aby pełnić Twoją wolę, być narzędziem w Twoim ręku, by nigdy nie odpaść od Ciebie, Boże mój?
 
To jedno z najpiękniejszych pytań, które człowiek może skierować do Boga. W jak ekstremalnie różnych sytuacjach je stawiamy, jak różne są jego kolory i jak różna temperatura! Pytanie mocne jak radosny krzyk człowieka, któremu darowano wszystkie winy i który zamierza na nowo rozpocząć życie, ale i pytanie, które jest kondensacją naszej rozpaczy, zagubienia, odarcia z wszelkiego sensu. Pytanie to może wyrażać również moją bezradność, znieruchomienie, zastygnięcie w jałowym oczekiwaniu. Ile to razy zadawaliśmy je Bogu właśnie w takiej, bardzo biblijnej formie: „Panie, co mam czynić?”.
 
Czy zawsze słyszeliśmy zadowalającą nas odpowiedź? Czy zawsze byliśmy gotowi odpowiedzieć jak młody Samuel: „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha”? I czy zawsze głos „z nieba” był naprawdę głosem Boga? Ile razy przekonani o naszych specjalnych związkach z Bogiem doradzaliśmy innym kolejny ruch na szachownicy życia i wpędzaliśmy słuchających nas ludzi w poważne kłopoty?

A jeśli się pomyliłem…
 
Z grubsza można podzielić ludzi szukających drogi swojego życia na dwie dość liczne grupy. Jedni pytają: „Co mam czynić?”, lecz zapominają z różnych powodów ostatniego słowa w pytaniu: „Panie”, drudzy znów powtarzają bez końca właśnie to słowo jak zaklęcie, nie kwapiąc się jednak do zmiany swojego sposobu życia. Są również i tacy, którym takie pytanie nie przychodzi do głowy – tak są przekonani o swojej misji, racjach, sile – prą do przodu, znosząc wszelkie przeszkody na swojej drodze, wcale nierzadko raniąc i zabijając ludzi. Innych znów unosi fala wydarzeń; przyciągani przez obietnice jednodniowego szczęścia nie troszczą się o jutro, choć zapewne w głębi serca wiedzą, że pustka nie może zapełnić pustki. Pozornie różni od tych dwóch grup są ludzie, którzy twierdzą, że niczego się już od życia nie spodziewają. Jednak jest to przecież ta sama rozpacz.
 
„Panie, co mam czynić?”. „Kochaj Mnie – odpowiada Bóg – kochaj z całego serca i z całej duszy”. Pewnego dnia Jezus wyjaśnił nam, co znaczy naprawdę kochać Boga. Mówił, że nie ten kocha, kto powtarza zdania pełne zapewnień o miłości, ale ten, kto pełni wolę Jego Ojca. Tak, wszyscy dobrze znamy tę naukę, ale wielu z nas wcale nie przynosi ona potrzebnego światła w wyborach. Pytanie: „Co mam czynić, Panie?”, zastępujemy pytaniem bardzo oddalającym nas od Boga, a mianowicie: „Jak odgadnąć Twoją wolę?”. Inaczej i brutalniej rzecz stawiając: „Boże, co ukartowałeś bez mojej zgody, jakie jeszcze ciosy trzymasz w zanadrzu?”. Lub: „A jeśli się okaże w końcu, że to, co czyniłem, co uważałem za Twoją wolę, nie było przewidziane w Twoim planie? A jeśli okrutnie się pomyliłem, wybierając np. małżeństwo zamiast życia zakonnego, kapłaństwo zamiast rodziny, zawód nauczyciela zamiast bycia znanym fotografem?”.
 
Czytając tak sformułowane pytania, czujemy jednak w głębi serca niezgodę: „Nie! To przecież nie do końca tak!”. Oczywiście, często czuliśmy się przygnieceni przez niespodziewane wydarzenia, wydawało nam się, że jesteśmy jak kula bilardowa krążąca bezwolnie w labiryncie maszyny do gry, a jednak zdolni byliśmy zarejestrować nawet słabe sygnały Bożej obecności dochodzące z głębi serca i dziękować za uratowanie nam życia, znalezienie mieszkania, pracy, ocalenie przyjaciela, bezpieczne narodziny dziecka.
 
Porównywaliśmy nawet nasze losy z historią ludzi poddanych ogromnym ciśnieniom, jak aresztowania, zsyłki, bankructwo, zdrada współmałżonka, utrata dobrego imienia czy choroba. Ludzie ci zawstydzali nas potęgą swojej wiary, umiejętnością mówienia Bogu „tak” w każdej sytuacji. Zazdrościliśmy im właśnie tego, co można nazwać „zawierzeniem miłości”. Zawierzenie miłości to nic innego jak dodająca nam sił i odwagi nadzieja, że to miłość jest silniejsza niż przemoc, samotność, odtrącenie nas przez naszych bliskich, rany z okresu dzieciństwa, które potrafią zniszczyć nasze śmiałe i piękne projekty, podkopując wiarę w nasze zdolności, naszą godność i jedyność.
 
Ilu z nas czuło się ośmieszonych przez życie, ludzi przylepiających nam upokarzające etykietki, szefa promującego małych donosicieli i pochlebców, współmałżonka bezlitośnie egzekwującego w rodzinie wszystkie możliwe pisane i niepisane prawa, ilu z nas zmuszonych było do przyjęcia brutalnych metod walki o życie, ilu z nas mściło się za doznane upokorzenia, upokarzając innych – w naszym mniemaniu słabszych i mniej godnych niż my.
 
Ilu z nas ulegało panice, widząc przed sobą nową sytuację przekraczającą fizyczne i duchowe siły, rozbijającą już jako tako ustabilizowane życie, niszczącą rytm dni i redukującą nas do anonimowej liczby, zapędzającą nas do grupy ludzi, którzy nie mogą pochwalić się żadnymi dokonaniami, znajomościami lub których umiejętności okazały całkowicie zbędne w tej właśnie sytuacji.
 
W tym miejscu przypomina mi się historia wietnamskiego kardynała van Thuana. Aresztowany przez komunistyczne władze, pewnego dnia znalazł się w ciemnej ładowni okrętu–więzienia wraz z innymi podobnymi mu nieszczęśnikami. Utracił wszystko: wolność osobistą, wspólnotę powierzonych jego posłudze chrześcijan, kontakt ze światem, możliwość sprawowania eucharystii. Nikt też nie zwracał się do niego per „ojcze”, „księże biskupie”. Dla strażników był już tylko zdrajcą, „wywrotowym elementem”, osobnikiem, którego – dla zachowania komunistycznej maskarady – nazywano „panem van Thuan”. I wtedy właśnie – jak wspominał podczas głoszonych dla Jana Pawła rekolekcji – usłyszał głos: „Teraz ten okręt będzie twoją katedrą”. Nie uciekł, bo uciec nie mógł, uwierzył – to znaczy nie uciekł w swoją rozpacz, sam sobie zagrodził tę drogę, nie zamknął się w swoim bólu, lecz pomagał jeszcze innym współwięźniom – jednego uratował od samobójczej śmierci. „Pan van Thuan”, „pan Nikt”, którego twarz przypominała inne twarze w mrokach ładowni, jeden z wielu, któremu Bóg uroczyście nie obiecał, że wyjdzie na wolność, ale że jego katedrą stanie się ten okręt.
 
1 2 3 4 5  następna
Zobacz także
Iwona Dąbrowska
Codzienny pośpiech zamknął nas na Boga. Zamknął nasze uszy i serca na Jego słowa. Bardzo często zapominamy, że Bóg w ogóle istnieje. Dlaczego tak jest? - na to pytanie każdy z nas musi sam sobie odpowiedzieć. Oczywiście jest pewna garstka ludzi, którzy bez względu na wszystko, zawsze o Nim pamiętają i powierzają mu swoje życie...
 
Barbara Chyrowicz SSpS
Kościół skutecznie zmieniali zawsze ci, którzy tkwiąc w nim i kochając go, nie bali się wytykać jego błędów. Zmieniali go nie sfrustrowani apostaci, lecz ci, którzy nie lekceważyli utartych dróg, ale jednocześnie wskazywali, że są inne, że nie trzeba się obawiać inności, bo do Boga wiedzie bardzo wiele dróg, także wewnątrz Kościoła. 
 
ks. Piotr Jerzy Badura
Chrystus, przewidując trudności, z jakimi zmagać się będą chrześcijanie, modli się dla nich o jedność doskonałą, wzorowaną na Trójcy Świętej: Jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, (…) aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy (J 17, 21-22). Jednak zachowanie idealnej jedności kościelnej to w rzeczywistości ziemskiej zadanie niezwykle trudne do wykonania.
 
 

ISMCH

___________________
 
 reklama