logo
Sobota, 08 sierpnia 2020 r.
imieniny:

Izy, Rajmunda, Seweryna, Dominika, Cypriana – wyślij kartkę

Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Andrzej Gregosiewicz
O medycynie alternatywnej uwag kilka
materiał własny
 


ENER-VITA – "GABINET MEDYCYNY" XXI WIEKU CZARKOWSKIEGO WIESŁAWA
 

UWAGI OGÓLNE

Jak powstaje popyt na pseudo-medycynę
 
Pytanie podstawowe: dlaczego tak wielu ludzi korzysta z usług szarlatanów medycznych? Wg J.A. Paulosa przyczyną jest analfabetyzm matematyczny, czyli brak elementarnej swobody w posługiwaniu się liczbami i ocenianiem prawdopodobieństwa, a w rezultacie nieumiejętność logicznego wnioskowania („Analfabetyzm matematyczny i jego skutki”, Stella Maris, 1999). To oczywiście prawda, ale nie cała. W Polsce równie ważną przyczyną jest powszechny analfabetyzm w dziedzinie wiedzy empirycznej (nauki indukcyjne) będący  m.in. skutkiem skostniałego,  „humanistycznego” modelu szkolnictwa wyższego. W takim świecie, zamiast odkrywać nowe technologie (vide Finlandia) marnuje się czas i potencjał intelektualny dłubiąc „naukowo”  w polityce, filozofii, ekologii, psychologii, lingwistyce,  pedagogice lub nawet zjawiskach paranormalnych (http://tiny.pl/hqg82). Efektem tej, w dużej części jałowej pracy, są opisy „nowych” wizji świata wyposażonego w „słuszne” idee tolerancji, pluralizmu, ekologii, poprawności politycznej, pozytywnego myślenia, bezstresowego nauczania, walki o prawa inaczej zorientowanych itp. W ten sposób bije się pianę tworząc cieplarniane warunki dla rozwoju postmodernistycznego relatywizmu, który przyspiesza ucieczkę od rozumu i zwykłego, oczyszczonego z ideologii, racjonalnego myślenia.
 
Jeśli przerysowuję, to tylko trochę i tylko w celu dydaktyczno-ostrzegawczym. 
Nikt bowiem nie może zaprzeczyć, że nonsensowne idee zawładnęły już elitami władz publicznych. Zaczęło się od ustalania prawd naukowych przez głosowanie. Na początek parlament obalił  II zasadę termodynamiki i prawo Avogadra oraz potwierdził istnienie metafizycznych zjawisk takich, jak „pamięć wody” lub „leczenie informacją duchową” (nowelizacja ustawy „Prawo farmaceutyczne”). Potem poszło już łatwiej i do rejestru zawodów wpisano uzdrowicieli (bioenergoterapeutów), astrologów i wróżbitów i (http://tiny.pl/hqg88). Zapomniano wprawdzie o prostytutkach, złodziejach i jasnowidzach, ale myślę, że tylko chwilowo. Z tymi ostatnimi, na przykład - współpracuje od dawna policja (http://tiny.pl/hqg86).  Nie budzi więc mojego zdziwienia, że w tym paranormalnym świecie, statystyczny Polak (często nawet „wykształciuch”)  nie umie odróżnić przypadkowych korelacji od związków przyczynowych.
 
A to właśnie dlatego oszustom medycznym tak łatwo wmówić ludziom dowolną bzdurę. Przykład? Proszę bardzo: wiadomo, że „ponad 90% najczęściej występujących chorób i sezonowych niedomagań ulega samowyleczeniu. Nawet w przebiegu poważniejszych schorzeń zazwyczaj występują okresy remisji.  Wszystkie więc tzw. „alternatywne terapie”, np. dotyk ręki, niedotyk nogi lub „leczenie przez Internet” mogą sprawiać wrażenie skutecznych w 90%.
 
A nikt nie zastanawia się nad tym, że w tej sytuacji, prawdziwie cudownym zdarzeniem byłby  brak (sic!) wyleczenia.   
 
Oczywiście, wielu ludziom zbyt prymitywne działania typu „świecowania uszu metodą Indian Hopi” wydają się podejrzane. Dla tych niedowiarków wymyślono termin „medycyna alternatywna”. I znów, wystarczyłaby odrobina wprawy w logicznym wnioskowaniu, by stwierdzić, że jest to określenie wewnętrznie sprzeczne. Podobnie jak demokracja socjalistyczna. Nie da się ustawić w parze demokracji i socjalizmu. Dokładnie tak, jak medycyny i terapii alternatywnych. Gdyby bowiem jakikolwiek rodzaj terapii alternatywnej był skuteczny i powtarzalny zostałby natychmiast wchłonięty przez medycynę konwencjonalną. Stałby się po prostu medycyną. Pojawiłby się w podręcznikach, a jego twórcy zyskaliby wieczną sławę. „Alternatywność” wyparowałaby bez śladu.
 
Zastanówmy się teraz przez chwilę. Homeopatia od 200 lat stara się, by uznano ją za normalną dziedzinę medycyny. Wykonywano nawet poważne badania o charakterze podwójnie ślepej, randomizowanej próby na wielkim materiale klinicznym. Moim zdaniem bez potrzeby, bo przecież porównywano działanie placebo z .. placebo, ale niech tam… I tak wszystkie próby były negatywne lub przeprowadzano je bez właściwych rygorów  metodologicznych. I co? Czy to przez złośliwość światowe nauki medyczne nie chcą zaliczyć homeopatii do prawdziwej medycyny? Inaczej: czy 200 lat nieudanych prób nie wystarczy, by wyrzucić homeopatię na śmietnik historii lecznictwa? Naukowcy zrobili to już dawno, ale euro-głupole wcisnęli nam dyrektywę 2004/27/WE (http://tiny.pl/hqg8v) a nasz suwerenny ustawodawca podkulił ogon i zgodził się, by brukselscy politycy decydowali, które prawa naukowe obowiązują w Polsce. Oczywiście, natychmiast znaleźli się naukowcy „z otwartymi umysłami” próbujący wyjaśnić metafizyczne zjawiska, które są podstawą homeopatii (http://tiny.pl/zjlx). Myślę nawet, że możemy już mówić o szkołach homeopatycznych. Przodują poznańska i wrocławska. Koło się więc zamknęło i nauka zaczyna badać fantom własnego ogona. I nic nie da tworzenie nowych wydziałów uniwersyteckich kształcących studentów na tak perspektywicznych kierunkach, jak… kosmetologia.
 
Już widzę… jak za kilka lat Rada Wydziału Lekarskiego (Farmaceutycznego) Uniwersytetu Medycznego w… (można wpisać blisko 10 miast) w tajnym głosowaniu akceptuje rozprawę doktorską magisterki kosmetologii (o specjalności SPA i WELLNES)  na temat składu chemicznego maseczek nawilżających („jesteś tego warta”). 

I słyszę... triumfalny rechot Johna Horgana, z którego książką „Koniec nauki...” tak bezwzględnie rozprawili się krytycy (http://tiny.pl/hqg8b). Ale wracajmy do tematu. 
 
Trzeba obiektywnie przyznać, że „terapeuci” zajmujący się alternatywnym „leczeniem” nie mają łatwo. Mało który z nich ma dostęp do laboratoriów diagnostycznych, a o wykorzystaniu zaawansowanych technologii typu rezonansu magnetycznego lub pozytonowej tomografii emisyjnej mogą tylko pomarzyć. Siłą rzeczy ich anegdotyczne diagnozy to pseudo-naukowe słowotwórstwo typu: „zablokowanie przepływu energii przez organizm” , „patologiczne wibracje narządów wewnętrznych”  itp. Trzeba przyznać, że w tym względzie inwencja słowotwórcza „alternatologów” jest niewyczerpana.
 
Terapia musi być oczywiście adekwatna do „diagnozy”. W tym przypadku metodą z wyboru było tzw. leczenie holistyczne, którego ideą jest takie zharmonizowanie wibracji organizmu ludzkiego, by współbrzmiały one z wibracjami kosmosu.
 
Leczenie holistyczne nie wymaga oczywiście znajomości farmakopei, nie wymaga znajomości mechanizmu działania leków, nie wymaga posiadania umiejętności chirurgicznych, ani jakichkolwiek innych i wreszcie – kompletnie nie wymaga znajomości medycyny jako takiej. Wymaga jedynie pewności siebie i „obczajenia”  kilku terminów paramedycznych.
 
Metodyka leczenia holistycznego
 
Pomysł był genialny w swojej prostocie – leczymy po prostu CAŁEGO CZŁOWIEKA, cokolwiek mu dolega. W ten sposób nie pominiemy, ani wrastających paznokci, ani lęków egzystencjalnych, ani zespołu Kawasaki - nawet, jeśli ta ostatnia nazwa kojarzy się terapeucie tylko ze sportem motorowym. Kuracja i tak będzie bowiem całościowa. Na przykład odblokujemy przepływ energii biopola lub informacji leczniczej (cokolwiek to znaczy) przez punkty akupunkturowe leżące w przebiegu linii zwanych meridianami. Zostały one wyznaczone w Chinach 5 tysięcy lat temu, tzn. w czasie, gdy za centrum myślenia uważano śledzionę. To by się zgadzało …. Spójrzmy choćby na klasyczną  „terapię energetyczną” Reicha. Polega ona na głębokim oddychaniu  w następującej sekwencji: wdech-wydech, wdech-wydech, wdech-wydech - itd., aż do uzyskania... orgazmu (Fritjof Capra „Punkt zwrotny”, PIW, 1987). Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, ze jest to odmiana techniki uwalniania wolności poprzez stymulację punktu 12 gamma w przebiegu meridiany potrójnego ogrzewacza z jednoczesnym drażnieniem punktu środkowego ataku w przebiegu kanału zbiorczego Yang.
 
Myślą Państwo, że urządzam sobie kpiny? Że powyższa terapia to anegdota? Otóż nie. Wprawdzie ostatnie zdanie to zbitka kilku paranaukowych śmiesznostek, ale idea „leczenia” oraz słownictwo użyte w opisie mechanizmu kuracji jest oryginalne (http://tiny.pl/hqg8z). Pozwoliłem sobie na ten niewinny zabieg, gdyż - niezależnie od składni - wszystkie elementy tego zdania są kompletnie bezsensowne.  Nie zauważa tego niestety ogromna rzesza ludzi. 
 
Wg mojej skromnej oceny 80% naszego społeczeństwa (lub więcej) nie ma zielonego pojęcia, jakimi kryteriami należy się posługiwać przy wyborze rodzaju terapii. Niezależnie od tego, czy porady udziela rzetelny specjalista, wróżka, bioterapeuta, szaman, radiesteta, astrolog, czy telewizor. To ostatnie urządzenie sprowadza najwięcej nieszczęść. Z trzech powodów: po pierwsze – milionowa oglądalność, po drugie – brak elementarnej wiedzy o metodologii naukowej u dziennikarzy prowadzących audycje z udziałem hochsztaplerów medycznych, po trzecie – śmierdzący konflikt interesów.
 
Zacznijmy od punktu trzeciego: gdy przed rokiem wygrałem w Warszawskim Sądzie Okręgowym (!) decydujące starcie z Izbą Gospodarczą „Farmacja Polska”, która reprezentowała koncerny homeopatyczne o miliardowym kapitale (Boiron, Heel i in.) – pies z kulawą nogą się tym nie zainteresował. A był to medialny hit. Po raz pierwszy w Europie sąd wyraźnie stwierdził, że argumenty naukowe są dostatecznie wiarygodne, by opublikowanie tekstu ze stwierdzeniem, że homeopatia jest oszustwem, a „leki” homeopatyczne to fałszywki (http://tiny.pl/hqg83) – nikogo nie zniesławiało. Skąd więc zmowa milczenia wokół wyroku? To jasne: penize nesmrdi. Polskie media łykające wielkie pieniądze za reklamę  „leków” homeopatycznych nie mogą jednocześnie informować czytelników, że sąd przyznał rację wrogowi homeopatii nr 1. Ale Internet może.
 
Jako pierwszy zareagował znany angielski fizyk, pisarz i propagator nauki Simon Singh, który pisząc książkę „Trick or Treatment?” i dedykując ją księciu Walii ośmieszył nie tylko „medycynę alternatywną” , ale również - korzystającą z usług homeopatów - angielską rodzinę królewską. 
 
Nie zapomniano mu tego i gdy w jednym ze swoich felietonów napisał, że nieuczciwością jest stosowanie zabiegów kręgarskich w leczeniu astmy u dzieci (nie tylko lekarze rozumieją, jaki to absurd), Brytyjskie Towarzystwo Chiropraktyków pozwało go do sądu. W pierwszej instancji przegrał i może być zmuszony do zapłacenia blisko miliona funtów odszkodowania za zniesławienie oszustów. Lecz rozpętała się burza. W jego obronie wystąpiły prestiżowe instytucje naukowe oraz blisko 17 tysięcy znanych osób z całego świata (http://tiny.pl/hqgsh). Angielskie prawo opiera się jednak na precedensach (common law), a nie na regułach słuszności. Dlatego Simon Singh szukał precedensu i znalazł go w … Polsce. Napisał do mnie list z zapytaniem, czy zgodzę się, by mógł przedstawić angielskiemu sądowi materiały z mojego, wygranego procesu z homeopatami. Nie muszę chyba pisać, że wysłałem mu odpowiednie informacje.
 
 Polskim wyrokiem w sprawie homeopatii zainteresował się także prof. Stephen Barrett, prezydent amerykańskiej Narodowej Rady ds. Zwalczania Oszustw Leczniczych – największej tego typu organizacji na świecie, który poprosił mnie o przetłumaczenie najbardziej istotnych fragmentów akt sądowych. Nie przypuszczam, by robił to dla zaspokojenia własnej ciekawości. Tak więc, klęska homeopatów w sądzie będzie szerzej znana w USA, niż w Polsce.
 
W tym samym czasie w znanej polskiej stacji TV (tej ze spikerkami o niczym niezafałszowanej urodzie i elokwencji) znany dziennikarz zakpił sobie z widzów przeprowadzając wywiad z dwójką homeopatów, którzy jak zwykle pletli o „leczeniu informacją”, bredzili o „potencjonowaniu leków“ itd. Dziennikarz oczywiście nie miał pojęcia, że nikt na świecie nie jest w stanie wyjaśnić, co znaczą te terminy i śmiało włączył się do dyskusji zabierając nawet głos na temat potencjonowania. Nie wiedząc kompletnie o czym mówi stworzył wrażenie, że homeopatia to trochę inny, ale normalny sposób „leczenia“. Gdyby podejrzewał, że Jego rozmówcy majaczą o „lekach”, w których substancja „aktywna” jest rozcieńczona w stosunku np. 1 do 10400, być może próbowałby inaczej poprowadzić rozmowę. Jestem jednak dziwnie pewien, że powyższy zapis wykładniczy nic by mu nie powiedział. Nie jest on wyjątkiem. Na temat „medycyny alternatywnej” i homeopatii rozmawiało ze mną kilkudziesięciu dziennikarzy. Gdy, na dowód, że homeopatia jest oszustwem mówiłem o absurdalnej wielkości rozcieńczeń i przytaczałem liczbę 10400, ani jeden z nich nie rozumiał o co mi chodzi. Przyznawali, owszem, że to dość duża liczba, jednak nie potrafili pojąć, że jej wielkość nie ma żadnego odniesienia do czegokolwiek w naszym Wszechświecie i kawałek dalej.
 
Ale to jeszcze nic. Kilku dziennikarkom lubelskiej prasy próbowałem wytłumaczyć, że jeśli mechanizm działania oscillococcinum („leku” homeopatycznego wytwarzanego na bazie kaczych wnętrzności) polega na „przenoszeniu leczniczej informacji”, to gdy przypadkiem do produkcji tego „leku” zostaną użyte zwłoki kaczki, która była chora na ptasią grypę - oscillococcinum „przeniesie informację chorobotwórczą”. Nazajutrz ukazały się wielkie artykuły, że „leki” homeopatyczne przenoszą ptasią grypę. Błyskotliwy wniosek, prawda?   Metafizyczny absurd, że „informacja” może „leczyć” lub „infekować”  został pominięty; prawdopodobnie dziennikarki uznały, że jest to możliwy mechanizm działania „leku”.  Zresztą sprawa oscillococcinum jest już rozpatrywana przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta.  Wcześniej Zespół Orzekający Komisji Etyki Reklamy stwierdził, że producent oscillococcinum (Boiron) nie przedstawił dowodów na skuteczność działania tego „leku” w przypadku grypy i nakazał zmianę treści reklamy (http://tiny.pl/zmhw).
 
Od tego czasu autoryzuję każde moje słowo. Zwłaszcza, jeśli widzę w czasie rozmowy z dziennikarzem „błysk zrozumienia” w jego oku i potakujące kiwanie głową, gdy odwołuję się do rachunku prawdopodobieństwa, przedstawiam liczby w zapisie wykładniczym, mówię o korelacjach i związkach przyczynowych, a zwłaszcza gdy cytuję paranaukowe bzdury. Pamiętam bowiem, że pozostawiony sam na sam ze swoimi notatkami dziennikarz, w najlepszym wypadku napisze, że „prawda leży pośrodku”, „że w tym coś jest” lub, „że należy mieć otwarty umysł”.
 
Podsumowując, stwierdzam z całą stanowczością, że 90% audycji telewizyjnych oraz publikacji prasowych na temat „medycyny alternatywnej” ma charakter dezinformacji, gdyż ich autorami są  ignoranci matematyczni i analfabeci naukowi. Oto, komu „zawdzięczamy” promowanie paramedycyny.
 
Wyjątkowo ogłupiającą rolę pełnią teksty o „medycynie alternatywnej” publikowane w pisemku „Nieznany Świat”, którego wydawcą jest dziennikarz Rymuszko. Temu Panu dedykuję swój wyrok sądowy i zezwalam na skopiowanie go w „Nieznanym Świecie” z dowolnym komentarzem.
 
 O dziwo, analfabeci matematyczni nie wstydzą się swojej ignorancji, ba!, poczytują to za dowód obdarzenia ich przez naturę „mądrością humanistyczną”. Nic bardziej błędnego. Matematyczny głupek jest głupkiem zwykłym, tyle tylko, że tak rozpowszechnionym, że aż „niewidzialnym”. Ileż to razy słyszałem z telewizora wyznania znanych „humanistów”: „zawsze miałe(a)m kłopoty z matematyką” , „w matematyce nie byłe(a)m najlepszy(a)”, „maturę z matematyki zdałe(a)m tylko dzięki ściądze” itp. Gdy jeszcze przy tym ci absolwenci wyższych uczelni, a zdarza się to często, akcentują czwartą sylabę w wyrazie matematyka, najlepiej wyłączyć telewizor.
 
Tę chorą sytuację wykorzystuje gromada oszustów, którzy w zamian za słone honorarium, urządzają teatr jednego aktora (i jednego, chorego widza). Zasadniczą rolę w przedstawieniu odgrywają rekwizyty w postaci wahadełek, różdżek, kryształów, polnych kamieni, dzwoneczków, światełek, odpromienników, biometrów, piramidek, kadzidełek, kasztanów, huby, magnesów, pierścionków, drucianych klatek pod prądem 12V, energetyzowanej wody, kurzych wnętrzności, sadła świstaka, liści kapusty, moczu (nie miodu!) pitnego, kolorów, zapachów, muzyki, wkładek do butów, plastrów aikido, mat terapeutycznych, pajączków, kosmodisków, oleju z czarnego kminku, słodkich granulek, potencjonowanej wody, ropnej wydzieliny rzeżączkowej przetworzonej na homeopatyczne „lekarstwo” i wszystkiego tego, co przyszło do głowy pierwszym, etruskim szamanom z Cromagnon i co potrafią wykombinować uzdrowiciele XXI wieku. Zainteresowanych sposobem stosowania wyżej wymienionych rekwizytów w „leczeniu alternatywnym” odsyłam do odpowiednich anegdot publikowanych w „Nieznanym Świecie”.
 
Ktoś musi ludziom mówić o tych oszustwach
 
Padło na mnie. Dlaczego? Być może dlatego, że głupotę i oszustów leczniczych rozpoznaję z daleka. Wg Pani minister Fedak jednym z zadań bioenergoterapeutów jest „leczenie na odległość”; tak stoi napisane w ministerialnym dokumencie (sic!). Nic więc nie stoi na przeszkodzie bym ja mógł oceniać (i z bliska i z daleka), czy np. „promieniowanie biopola terapeuty”  to  „promieniowanie głupoty”, czy nie.
 
 
Andrzej Gregosiewicz  
 
Zobacz także
Wojciech Werhun SJ
„Więcej uwielbienia! Więcej chwały! Bezustannie chwalić i czcić, bardziej i bardziej, więcej i mocniej!” To brzmi jak prowadzenie modlitwy przez jakiegoś obłąkanego pseudocharyzmatyka, który próbuje rozkręcić w ekstazie siebie i innych. Czy na pewno? 
 
ks. Zbigniew Kapłański
Każdy z nas dobrze wie, że kiedy nam na kimś zależy, to jesteśmy gotowi do wielu poświęceń, a do tego pewnie byśmy się obruszyli, a może nawet czuli urażeni, gdyby ktoś wyraził podziw dla naszego oddania, bo „przecież go (ją) kochamy!”. Nikt się nie dziwi, gdy któreś z rodziców czuwa kilka nocy z rzędu przy łóżku chorego dziecka, podobnie nikt się nie dziwi, gdy pielęgnujemy pradziadka czy starszą sąsiadkę. 
 
Joanna Wnęk-Gozdek
W okresie kreowania własnej tożsamości młodzi ludzie stosują pewne zabiegi mające na celu: potwierdzenie ciągłości istnienia i poszukiwanie niezawodności miłości rodziców, próby zmiany własnego wizerunku i sprawdzanie siebie. Powyższe zachowania stanowią podatny grunt dla działalności sekt. Zwłaszcza jeżeli młodzież nie czuje się akceptowana w rodzinie...
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー