logo
Niedziela, 16 maja 2021 r.
imieniny:
Andrzeja, Jędrzeja, Małgorzaty, Szymona – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Paweł Wieczorek
O pomieszkiwaniu przed ślubem słów kilka
materiał własny
 


Wykazać pewien spryt

Wspólne pomieszkiwanie ze sobą par będących w fazie narzeczeństwa staje się powoli standardem, także wśród katolików. Ci ostatni potrafią wykazać pewien spryt polegający na tym, że na kilka miesięcy przed ślubem wyprowadzają się na przykład do rodziców, w międzyczasie korzystają z sakramentu spowiedzi, następnie biorą ślub kościelny, po czym już w zgodzie z wyznawaną wiarą kontynuują prowadzenie wspólnego gospodarstwa domowego. 

W sytuacji, gdy decyzja o wspólnym zamieszkaniu wynika z chłodnej kalkulacji a nie ze słabej woli czy przemożnej siły afektu warto zadać sobie pytanie o swoją katolicką tożsamość. Chodzi bowiem o zakwestionowanie stanowiska Kościoła w ważnej sprawie.

Zanim wypowiedzą sakramentalne "tak"

Lęki związane z podjęciem nieodwołalnej decyzji o małżeństwie są zrozumiałe. Narzeczeni chcą się sprawdzić zanim powiedzą sobie sakramentalne tak. Stąd chęć realizacji modelu, który pół wieku temu zaproponowała amerykańska antropolog Margaret Mead. Otóż postulowała ona model dwustopniowego małżeństwa: Najpierw młodzi powinni ze sobą zamieszkać i dobrze się poznać. Ten etap małżeństwa nazwała małżeństwem intymnym. W przypadku rozstanie nie musieli by ponosić konsekwencji prawno-finansowych. Gdyby jednak postanowili się pobrać stworzyliby tak zwane małżeństwo rodzinne.
 
Ludzie myślący tymi kategoriami nie biorą jednak pod uwagę faktu, że żyjący w ten sposób partnerzy angażują uczucia tak samo jakby żyli w małżeństwie. Wspólna codzienność bardzo przywiązuje ludzi do siebie. Oznacza to, że rozstanie może okazać się bardzo trudne w
sytuacji, gdy oboje lub któreś z nich stwierdzi, że test wypadł negatywnie. Wiąże się z tym ryzyko trwania w związku opartym na kruchych podstawach. Ludzie wówczas żyją ze sobą gdyż boją się np. samotności albo z wygodnictwa.

Efekt kohabitacji

Prof. Scott Stanley, psycholog z Uniwersytetu w Denver, wprost stwierdza, że "wspólne zamieszanie po to, żeby 'się sprawdzić' wpływa negatywnie na jakość przyszłego związku. Pary takie między innymi gorzej radzą sobie z konfliktami, są mniej zadowolone z pożycia. Dotyczy to zwłaszcza tych par, które żyją ze sobą przed zaręczynami". Istnieje nawet coś takiego jak efekt kohabitacji czyli związek pomiędzy kohabitacją przedmałżeńską, a niską jakością małżeństwa.

Stanley zauważa też, że im dłużej para pozostaje w wolnym związku, tym łatwiej im odraczać decyzję o ślubie w nieskończoność. Formalizacja takiego związku odkładana jest na nieokreśloną przyszłość. Z kolei próby ustalenia jakiś konkretów co do daty ślubu mogą natrafić na opór ze strony partnera. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy powody, dla których ktoś wzbrania się przed małżeństwem są ukryte głęboko w podświadomości danej osoby.

Mogą nimi być lęk przed wejściem w rolę żony/męża albo złe wspomnienia co do relacji między rodzicami. Niestety dla wielu osób związek ich rodziców jest antyreklamą małżeństwa.  
 
Siła spajająca 

Nierzadko główną siłą spajającą parę są dzieci, które wskutek niedoskonałości antykoncepcji niechcący pojawiły się na świecie jeszcze przed ślubem rodziców. Pociechy takie nie mają optymalnych warunków do rozwoju, bo ich rodzice jeszcze nie wiedzą czy chcą być ze sobą, bądź też już wiedzą, że nie chcieliby, ale poczucie odpowiedzialności za potomstwo zmusza ich do nałożenia sobie obrączek.

Związek taki nierzadko trwa dopóki na horyzoncie nie pokaże się ktoś atrakcyjniejszy. Im dłużej para ze sobą mieszka tym trudniej im zerwać. W końcu ślub biorą ludzie, którzy nigdy by się na ten krok nie zdobyli, gdyby wcześniej przez dłuższy czas ze sobą nie mieszkali.

W tym momencie warto zwrócić uwagę na pewien paradoks. Hasło: "Prawda was wyzwoli" potrafi być wyśmiewane, zwłaszcza przez osoby o liberalnej orientacji światopoglądowej. Wszak Kościół wciąż czegoś zakazuje. I gdzie tu wyzwolenie? - pytają retorycznie. Tymczasem istnieje spore ryzyko, że ludzie, którzy w imię wolności zamieszkali ze sobą przed ślubem, w przeciwieństwie do tych "nienowoczesnych" i "zacofanych", nie podejmą najważniejszej
życiowej decyzji w atmosferze wolności.

Czek bez pokrycia

Mowa oczywiście o wolności wewnętrznej, która w perspektywie małżeństwa jest niezwykle istotna. Jest to ten rodzaj wolności, który świadczy o posiadaniu cnoty wstrzemięźliwości, będącej jak wiadomo podstawą zaufania w małżeństwie. Ktoś kto uprawia seks zawsze wtedy, gdy ma na to ochotę prawdopodobnie nie zna siebie pod kątem swojej zdolność do samokontroli. Ktoś taki będzie później  domagał się, aby partner obdarzył go zaufaniem w kwestii wierności. Takie zaufanie  przypomina jednak czek bez pokrycia, nie ma ono żadnych podstaw i ów ktoś nie powinien się potem dziwić, że jego/jej zapewnienia o dochowaniu wierności traktowane są z przymrużeniem oka. Wyjazdy służbowe męża czy żony stają się wówczas źródłem silnego niepokoju.

Mamy tu zatem do czynienia z kolejnym paradoksem. Oto bowiem narzeczeni zamieszkują ze sobą, gdyż jak twierdzą chcą się poznać. Przeważnie kończy się to regularnym współżyciem seksualnym, a efekt jest taki, że w ważnej kwestii niewiele o sobie wiedzą, bo nie sprawdzili, czy są zdolni do kontrolowania swojego popędu seksualnego w obliczu silnej pokusy.

Prawdziwy skarb

Co za ironia, chciałoby się powiedzieć. Wspólne zamieszanie przed ślubem motywowane jest chęcią poznania się. Jednak seks, który temu przeważnie towarzyszy sprawia, że w sferze, która jest potem źródłem głębokich zranień do tego poznania się nie dochodzi.      

Ktoś, kto potrafi zapanować nad swoim ciałem w imię wyższych wartości i stara się unikać nie tylko grzechu ale też i okazji do grzechu jest prawdziwym skarbem w czasach wszechobecnego erotyzmu. Wyrażające się poprzez czyny szczere przywiązanie do pewnych zasad jest już ważną informacją o charakterze danej osoby i świetnym kapitałem na przyszłość. Mamy wówczas bowiem do czynienia z człowiekiem przewidywalnym i wewnątrzsterownym, a tylko taki człowiek może dać rodzinie poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji.

Paweł Wieczorek 
compelston@gmail.com

Tekst powstał na podstawie artykułu Piotra Brysacza i Magdy Brzezińskiej pt:"Jak cię polubię, to cię nie poślubię" zamieszczonego w magazynie psychologicznym Charaktery, listopad 2009.

 
Zobacz także
ks. dr Johannes Gamperl
Najlepiej przeżyje się Mszę Świętą, jeśli będzie się w niej uczestniczyć razem z Najświętszą Dziewicą i Bogurodzicą Maryją. Ona stała pod krzyżem, kiedy Jezus umierał z miłości dla nas. Ona u stóp krzyża stała się dla nas Matką, Matką Kościoła i każdego, kto do niego przynależy. Dlatego „Kościół katolicki, pouczony przez Ducha Świętego, darzy Ją synowskim uczuciem, czci jako Matkę najmilszą” (Lumen gentium, 53). 
 
ks. dr Johannes Gamperl
Są chrześcijanie, którzy utrzymują, że grzeszne życie przodków może skutkować bezpośrednim wpływem złych duchów na następne pokolenia, a także powodować choroby, złe stany psychiczne, depresję czy skłonność do popełniania tych samych grzechów. Zwolennicy takich tez powołują się na zapowiedź Bożej kary "do trzeciego i czwartego pokolenia" (Wj 20,5; 34,7; Lb 14,18; Pwt 5,9) i zachęcają do modlitwy o zerwanie grzesznych, niekiedy wręcz demonicznych więzów, które łączą daną osobę z krewnymi.
 
Agnieszka Myszewska
Gdy kochamy, doświadczamy cierpienia, bo nieprawość jest naszym domem, przyzwyczailiśmy się do niej. A miłość chce nas poprowadzić dalej. Przeprowadza nas przez ogień. Bo w ogniu doświadcza się złoto, a ludzi miłych Bogu - w piecu utrapienia (Syr 3,5). Nie dlatego, że cierpienie ma taką moc uszlachetniania, jakiej nie posiada nic innego na świecie. Ale dlatego, że im bardziej zbliżamy się do Tego, który jest miłością, tym bardziej oczyszczamy się ze wszystkiego, co miłością nie jest.
 
___________________
 
 reklama