Katolik.pl - Obudzić w sobie nadzieję
logo
Czwartek, 22 października 2020 r.
imieniny:
Haliszki, Lody, Przybysłąwa, Salomei, Filipa, Donata – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Ojciec Mateusz Hinc OFMCap.
Obudzić w sobie nadzieję
Głos Ojca Pio
 


Zgadzam się, że przy analizie źródeł pewnych problemów psychologicznych trudno dopatrzyć się zagadnienia nadziei. Kiedy jednak spojrzy się na dorosłego człowieka, który te zranienia z przeszłości dźwiga, często dostrzegamy, że nie ma on w sobie dynamizmu, pragnienia zdobycia konkretnych celów życiowych. Komuś, kto z dzieciństwa wyniósł negatywny obraz siebie, trudno jest mieć nadzieję, że coś w życiu może mu się udać…
 
To prawda, ale nie aż taka prosta. Niektóre zranienia, np. wspomniane już DDA, mogą sprawić, że człowiek w dorosłym życiu przyjmuje maskę bohatera i działa, ma energię, bo ciągle musi się wykazywać.  
Osoby zranione, gdy uświadomią sobie, że same sobie nie radzą z powodu zranień wyniesionych z dzieciństwa, bardzo często zastanawiają się nad tym, czy mogą wyjść ze swoich problemów. Myślę, że gdyby nie jakaś szczypta nadziei, nigdy nie zgłosiłyby się do gabinetu psychologicznego. Ich problemem jest nie tyle brak nadziei, ile samo zranienie i to, co ja nazywam pamięcią emocjonalną. Sprawia ona, że mimo istnienia dystansu czasowego, w świadomej dorosłości, człowiek gdzieś w środku pozostaje jednak małym, zranionym dzieckiem, które cały czas reaguje tak, jak wtedy – podczas zranienia. Proszę zobaczyć, jak głębokie jest to rozbicie. Najlepiej widać te skrajności w przypadku depresji. Z jednej strony w człowieku rodzi się wielkie pragnienie wyjścia z problemów, a z drugiej jakiś wir, jakaś siła ściąga go w dół. Istnieje też nadzieja, aczkolwiek bardzo nikła.
 
Kiedy brak nadziei jest chorobą, a kiedy słabością duchową?
 
Dla mnie jako psychologa brak nadziei może mieć przeróżne przyczyny. Wcale nie musi być chorobą, choć myślę, że Frankl powiedziałby, że to czynnik chorobotwórczy, wzmacniający inne zaburzenia.
Natomiast kiedy jest to słabość duchowa? Myślę, że jeśli wiąże się z jakimiś zaniedbaniami człowieka albo z pustką egzystencjalną, o której mówił Frankl, wtedy nie chodzi już o problem psychologiczny, lecz duchowy. Jeżeli doświadczam pustki egzystencjalnej i  nie widzę sensu życia, to znowu powstaje pytanie: czy to już jest choroba, którą trzeba leczyć, czy też mamy do czynienia z duchowym zaniedbaniem?
 
Być może kluczem do odpowiedzi na to pytanie jest stopień wolności wewnętrznej danego człowieka. Choroba polegałaby na silnym wewnętrznym zniewoleniu na skutek różnych zranień, z kolei słabość duchowa domagałaby się jakiejś mobilizacji i samowychowania, a w tym kierownictwo duchowe mogłoby być pomocne…
 
W tradycyjnym podziale zaburzeń psychicznych wyróżniamy psychozy, w których potrzeba leczenia farmakologicznego i w terapii na ogół niewiele mamy do powiedzenia poza wsparciem. Dalej występują nerwice – Pan nazwał je zniewoleniem – które zawierają jakiś element niezależny od człowieka. Ale trudno w ich wypadku mówić o zaniedbaniu. Jest to choroba. Istnieją też zaburzenia osobowości, a to już dużo trudniejsza sprawa. W mniej skomplikowanych przypadkach, które nie przeszkadzają w normalnym życiu, mogłoby wystarczyć wsparcie udzielone w kierownictwie duchowym. W tych ostatnich wypadkach pomoc można by sprowadzać do pracy nad nadzieją.
 
Jak pracować nad naszą nadzieją?
 
W psychoterapii praca z pacjentem jest bardzo mocno zindywidualizowana. W przypadku każdej osoby wygląda ona inaczej. Ja zwykle próbuję bazować na tym, co człowiek posiada, a nie na jego zranieniu, z którym przychodzi. Próbuję pomóc pacjentowi w odkryciu darów, w jakie został wyposażony.
Często bowiem ludzie, którzy przychodzą po pomoc, są bardzo silnie wpatrzeni, uwikłani, przywiązani do swojego zranienia. Moja praca nie polega zatem na tym, aby mówić komuś: Zobacz, jak bardzo jesteś zraniony!, bo ta osoba o tym doskonale wie. Staram się przede wszystkim powiedzieć: słuchaj, oprócz zranienia posiadasz mnóstwo darów!
 
Bardzo często bywa tak (o czym mówił Pan Jezus), że człowiek swój talent zawija w chusteczkę, zakopuje w ziemi i mówi: Panie Boże, ja niczego nie posiadam! Potem odkopuje go, oddaje i mówi: Masz! Tyle dostałem i tyle Ci oddaję! Wielu ludzi właściwie nie wykorzystuje daru, który otrzymali. Dla mnie praca nad nadzieją polega na tym, żeby pomóc takim osobom w odkryciu ich talentów. One nie są fikcyjne. Odkrycie danej zdolności i przyznanie się do niej, a następnie mrówcze, milimetr po milimetrze, uczenie się jej wykorzystywania, to krok ku nadziei. Wówczas człowiek zmienia sposób patrzenia na siebie: już nie jest „do niczego”, nie jest „ten chory”, ale odkrywa swoją wartość.
 
Sługa z przypowieści zakopał własny talent z lęku przed panem oraz z obawy przed utratą otrzymanego daru…
 
Tak często bywa. Jedną z cech dojrzałości psychicznej (o którą zresztą toczy się spór wśród psychologów: istnieje czy nie istnieje?) jest zdolność do koncentrowania się na tym, co robię, na wykonaniu zadania. Dużo błędów, które popełniamy w życiu, wynika z obawy przed oceną innych ludzi. Jeśli boję się, że czegoś nie wykonam dobrze, i koncentruję się na opinii innych, zamiast na samym zadaniu, porażka jest nieunikniona. Jeśli ciągle myślę o tym, jak wypadnę, czy popełnię jakąś gafę, to jaki może być efekt moich działań?
 
Spotkałem się ze statystyką dotyczącą doświadczenia sukcesu w życiu ludzi. Stwierdzono tam, że jeśli w naszym życiu osiągniemy 70 procent naszych zamierzeń, to i tak zrobimy bardzo wiele. Jest to jednak możliwe tylko wtedy, kiedy pozwolimy sobie na 30 procent porażek. Można zatem powiedzieć, że osiągniemy sukces, czyli zrealizujemy talenty, które otrzymaliśmy od Boga, pod warunkiem, że pogodzimy się z faktem naszej niedoskonałości. A skoro tak, to mamy zarówno talenty, jak i słabości. Nie mówię tu o grzechu. Słabością może być np. nieumiejętność gry na pianinie – choć bardzo byśmy pragnęli umieć to robić. Musimy się pogodzić z tym, że pewnych rzeczy nie potrafimy i nigdy nie zdobędziemy takich umiejętności, ale za to posiadamy inne dary.
 
 
 
Zobacz także
ks. Mirosław Tykfer

Klerycy i prezbiterzy mają promieniować tym, co w chrześcijaństwie jest naprawdę istotne. To musi być widoczne w całym ich życiu, w sposobie budowania relacji z innymi. 

 

O tym, dlaczego seminaria duchowne wymagają reformy, z ks. Tomaszem Trzaskawką, sekretarzem Zespołu ds. przygotowania nowych zasad formacji kapłańskiej w Polsce rozmawia ks. Mirosław Tykfer

 
ks. Mirosław Tykfer
W naszym klasztorze dzwonek zawieszony jest tuż za moją ścianą i hałasuje mi o godz. 5.30. Ale nastawiam sobie swój budzik na 5.36, bo sześć minut rano bardzo się liczy. Zdążę się ogolić, umyć i zająć swoje miejsce w chórze zakonnym, by o 6.00 rozpocząć „Panie otwórz wargi moje”. Zgodnie z benedyktyńskim zwyczajem pierwsze słowa kierujemy do Boga, a już następne do ludzi...
 
ks. Edward Staniek
W każdym środowisku jest Bogu potrzebny prorok, czyli człowiek kierujący się mocą dobrze ustawionego sumienia. Przez nie Bóg upomina się o swoje odwieczne Prawo, które wcześniej czy później musi być zachowane. Sumienie wierne Bogu stanowi tu na ziemi największą moc, o którą potkną się wszelkie moce ciemności. Próbuje się w nas wmówić, że Boże Prawo jest za trudne, że nie można według niego żyć.
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー