Katolik.pl - Obudzić w sobie nadzieję
logo
Czwartek, 22 października 2020 r.
imieniny:
Haliszki, Lody, Przybysłąwa, Salomei, Filipa, Donata – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Ojciec Mateusz Hinc OFMCap.
Obudzić w sobie nadzieję
Głos Ojca Pio
 


Dopóki nie pokochamy siebie, nie uznamy, że mamy prawo do upadku i popełnienia błędu, będziemy żyli w obawie o każdy nasz krok. W rezultacie starań o uniknięcie 30 procent pomyłek, z czasem zmarnujemy 70 procent talentów. W tym momencie z pomocą przychodzi święty Paweł, który do pierwszych chrześcijan pisał: Do wolności wyswobodził was Chrystus! A więc do umiłowania tego, czym obdarzył nas Bóg. Nie chodzi tu o umiłowanie swoich wad i rezygnację z pracy nad sobą, ale o akceptację tego, że jestem człowiekiem i mam różne słabości. Pan Bóg nie posłał nas przecież, abyśmy ponosili porażki, ale odnosili sukcesy, w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie chodzi tu o sukces materialny, za którym wielu ludzi dzisiaj goni, ale o sukces polegający na ofiarowaniu swojego życia innym, bo właśnie to stanowi prawdziwą wartość.
 
Jezus w Ewangelii mówi: kto straci życie, znajdzie je. Może to też oznaczać, że jeśli trzymamy się kurczowo wyobrażeń o sobie i nie chcemy zaryzykować „utraty naszej reputacji” w jakichś działaniach, nie możemy nic nowego zyskać.
 
Teologowie mogą powiedzieć, że jest to naciąganie Ewangelii do swoich celów, ale trudno się z tym nie zgodzić. Nie wypełnimy swojego powołania, jeśli nie pokochamy siebie.
Często kiedy słyszymy hasło: „pokochaj siebie”, włącza się dzwonek ostrzegawczy, czy aby nie jest to zachęta do egoizmu. Uważam, że słowa Pana Jezusa: kochaj bliźniego swego jak siebie samego, prowadzą nas daleko od dwóch skrajności. Pierwsza z nich to zalecenie: kochaj tylko siebie, myśl tylko o sobie, niszcz drugich – takiej postawy w prawdziwej akceptacji siebie nie ma. Druga, która też jest zła, to takie tracenie siebie aż po zupełne odrzucenie troski o własne dobro. Nie wolno tego robić. Już samo słowo „tracić” jest złe. Pan Jezus nie tracił swojego życia, On je ofiarował. Ale żeby móc siebie ofiarować, najpierw trzeba siebie pokochać.
 
Psychologia nie zachęca do kochania siebie w sensie egoistycznym, bo opisuje zaburzenie, jakim jest narcyzm: wpatrzenie w siebie, uznanie, że jestem w centrum, tylko ja istnieję, nikt inny się nie liczy. W tym kontekście bardzo pomocne jest Jezusowe wezwanie: miłuj bliźniego jak siebie samego. Nie: miłuj siebie, a potem bliźniego, ale miłuj bliźniego, naprawdę go kochaj. W tym zdaniu to nie ja jestem na pierwszym miejscu. Ono sugeruje, że jeśli siebie nie zaakceptuję i nie pokocham, nie będę miłował bliźniego. Będzie to fikcja, bo albo będę się bał popełnienia błędu, albo będę drugą osobę nieustannie kontrolował i wytykał jej najdrobniejsze pomyłki. Ale czy to będzie miłość bliźniego?
 
Czasami spotyka się osoby, które swoją niechęć do ryzyka pokrywają kurczowym trzymaniem się kategorii woli Bożej. Chcą wszystko robić zgodnie z nią i nieustannie się boją, że jakakolwiek ich inicjatywa może być przejawem szukania siebie, dlatego z niej rezygnują.
 
Od razu włącza mi się myślenie zawodowe: takie osoby w sposób bardzo wygodny ukrywają swoją lękowość za Panem Bogiem. Nie chcą podejmować decyzji, bo to Pan Bóg ma za nie decydować. A przecież On może powiedzieć: Słuchaj, dziecko kochane, dałem ci rozum i wolną wolę!
Można też zapytać, skąd mamy wiedzieć, że coś jest wolą Bożą? Dostaniemy z nieba faks z pieczątką? Nie ma czegoś takiego! Ryzyko jest potrzebne.
 
Takie osoby można nauczyć otwarcia na nadzieję. Pomaga w tym pewna technika, która pozwala ocenić, czy w danej sytuacji czynimy z siebie ofiarę („nic nie mogę zrobić”, „nie wolno mi”, „boję się”), czy decydenta („zostawcie mnie w spokoju”, „to mój problem”, „sam sobie poradzę”). Swoich pacjentów często uczę tej drugiej postawy: Nie jesteś ofiarą! Jesteś decydentem! To pozwala im odnaleźć światełko w tunelu, pomyśleć: A jednak to ja decyduję! W moim rozumieniu to właśnie jest nadzieja. Nie „ja” egoistyczne, ale „ja” – człowiek, który od Boga otrzymał liczne dary. Tym, co nas totalnie pozbawia nadziei jest słowo „muszę”. Proszę zobaczyć, jak często go używamy. A winniśmy całkowicie wyeliminować je z naszego słownika. Musimy tylko umrzeć albo od czasu do czasu skorzystać z ubikacji.
 
Warto popracować nad zmianą sposobu mówienia, ponieważ wpływa on na naszą postawę. Dobrze jest zamienić słowo „muszę” na „chcę”, „ode mnie to zależy”, „to ja jestem decydentem”. Jeżeli nim nie będę, nie odkryję w swoim życiu Pana Boga. Jeśli zrobię z siebie tylko ofiarę, nie uczynię nawet kroku.
W moim odczuciu w życiu duchowym brak nadziei oznacza niewypełnienie własnego powołania. Mogę być bardzo ubogi materialnie, mogę być chory, ale to wcale nie oznacza, że moje życie nie ma celu. Nawet w obliczu choroby mogę znaleźć cel swojego życia i do niego dążyć. Wiem, że łatwo tak mówić, a trudniej wykonać, ale moje doświadczenie z pacjentami pokazuje, że jest to możliwe.
 
W życiu mistyków pojawiały się pokusy przeciw nadziei. Było to bardzo wyraźne zwłaszcza w życiu św. Franciszka, kiedy stawiał dramatyczne pytanie: Czy Bóg do mnie rzeczywiście przemówił? A przecież pytał o to człowiek, który założył zgromadzenie zakonne i prowadził za sobą setki duchowych dzieci. W jego życiu pojawił się kryzys, który nie był chorobą, ale próbą mającą pomóc mu ukształtować w sobie heroiczną cnotę nadziei…
 
Boję się słowa „próba”, bo czasem zawiera ono wypaczony obraz Pana Boga. Bo czy Pan Bóg mnie nie zna i musi mnie jakoś próbować? On mnie kocha i ja wcale nie muszę zasłużyć sobie na Jego miłość.
Niemniej jednak w kryzysach momentalnie dotykamy problemu nadziei, zwłaszcza jeśli dotyczą one wiary, życia zakonnego czy małżeńskiego. Trzeba je zatem świadomie przeżywać, nie uciekać od nich, ale poddać refleksji. Czasem odbieramy kryzys jako coś negatywnego. W psychologii natomiast jest to słowo bardzo pozytywne, tak jak w medycynie. Oznacza ono, że dochodzi wówczas do apogeum w naszym życiu i albo się umrze, albo wyjdzie z choroby.
 
Katechizm Kościoła Katolickiego definiuje nadzieję jako cnotę teologalną, która sprawia, że pragniemy królestwa Bożego i życia wiecznego, ponieważ jawi się nam jako szczęśliwe. Przekładając tę definicję na język psychologiczny, powiemy, że jeśli posiadamy w życiu cel i widzimy możliwość jego osiągnięcia, wówczas nosimy w sobie nadzieję.
 
Pięknie o nadziei mówi ewangeliczna przypowieść o ubogiej wdowie, która do skarbony wrzuciła wszystko, co posiadała. Wynika z niej, że dzielić się potrafi ten, kto wie, co znaczy odczuwać brak. Analogicznie rzecz ujmując, dawać nadzieję potrafi ten, kto wie, co znaczy bez niej żyć. Dlatego według mnie ważne jest, aby wychowawcami młodzieży byli ludzie, którzy sami przeszli w życiu choć jeden kryzys. Dopiero na tej podstawie można zrozumieć kryzysy innych. Nie da się bazować tylko na optymizmie, marzeniach i ideach. To wszystko jest potrzebne, ale niewystarczające.
 
Tu pośrednio dotyka Ojciec wielkiej popularności świętego Ojca Pio. Bo człowiek, który przez kilkadziesiąt lat nosił na swoim ciele otwarte rany, a mimo to potrafił być aktywny i wybiegać w przyszłość z marzeniami, jest znakiem ogromnej nadziei. To chyba najbardziej ujmuje Jego czcicieli.
 
Myślę, że gdyby Ojciec Pio nie miał w sobie nadziei, nigdy nie powstałby pierwszy szpital w San Giovanni Rotondo, a potem Dom Ulgi w Cierpieniu. Definicja nadziei zakłada, że człowiek pomimo porażki potrafi patrzeć w przyszłość. Ojciec Pio właśnie taki był. Ale jednocześnie proszę zobaczyć ten jego bój o wypełnienie woli Bożej. Przez cały czas słał do swojego kierownika duchowego, ojca Agostina, listy, w których zastanawiał się, czy to, co robi, podoba się Panu Bogu. Z jednej strony nadzieja ofiarowana wielu ludziom, z drugiej zaś wielki znak zapytania w stosunku do siebie samego. Ale to doświadczenie wielkich ludzi.
 
Ojciec Mateusz Hinc OFMCap.
(ur. 1962), kapucyn, odbył studia na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie oraz na Papieskim Uniwersytecie Salezjańskim w Rzymie, zakończone doktoratem z psychologii. Wykłada psychologię rozwojową i pastoralną w wyższych seminariach duchownych kapucynów, paulinów, bernardynów, a także w Studium Psychologii i Psychoterapii SPCh w Warszawie. Prowadzi praktykę psychoterapeutyczną dla osób duchownych przy Klasztorze Braci Mniejszych Kapucynów w Krakowie.
   
 
poprzednia  1 2 3
Zobacz także
ks. Stanisław Obirek SJ
Janusz ukończył w 1981 roku Wydział Turkologii w Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Następnie przez trzynaście lat przebywał w Niemczech i w Austrii. Miał zamiar nawet pisać pracę doktorską. Dzisiaj jest człowiekiem bezdomnym. Jak do tego doszło? Oto jego historia...
 
ks. Stanisław Obirek SJ
Pan Bóg budzi męskie serca – to jest fakt. Problem zaczyna się wtedy, gdy z tym obudzonym sercem trzeba coś zrobić. Chcemy się angażować w męskie grupy, ale rzadko chcemy dać się w tym poprowadzić. By prawdziwie wejść we wspólnotę, doświadczyć w niej zmiany, inicjacji, trzeba mieć w sobie dużo pokory i posłuszeństwa. Wtedy Pan Bóg może zmienić to obudzone męskie serce.

Z Mariuszem Marcinkowskim, teologiem, trenerem rozwoju, Liderem Głównym męskiej wspólnoty Przymierze Wojowników, rozmawia na ten temat Jarosław Kumor. 
 
ks. Marek Dziewiecki
Jedną z głównych pokus, jaka czyha na człowieka w każdej epoce, jest pożądanie dóbr materialnych i mylenie bogactwa ze szczęściem. Miłe jest posiadanie wypchanego portfela, luksusowego domu, drogiego samochodu. Przyjemne jest pozwalanie sobie na wystawny tryb życia i na zaspokajanie każdej zachcianki. Już dzieci zauważają, że kto ma dużo pieniędzy, temu wygodniej jest żyć. Łatwo wtedy o wyciagnięcie błędnego wniosku, że im bogatszy jest człowiek, tym szczęśliwszy. Kto ulega temu naiwnemu przekonaniu, tego najważniejszym pragnieniem jest chęć zdobycia wielkiego majątku – najlepiej szybko i bez wysiłku. 
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー