Katolik.pl - Paradoksy życia i śmierci
logo
Sobota, 24 października 2020 r.
imieniny:
Arety, Marty, Marcina, Antoniego – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Dariusz Piórkowski SJ
Paradoksy życia i śmierci
Mateusz.pl
 


Żyje nie ten, kto je, pije i oddycha, ale ten, kto kocha. Życie to egzystencjalne uprzytomnienie sobie, że dzięki łasce i miłości Boga jesteśmy kimś wielkim, a ta wielkość zobowiązuje.
 
Życie jako takie nigdy nie bierze śmierci na poważnie… Wbrew śmierci śmieje się, bawi się i tańcuje, buduje domy, gromadzi skarby i kocha. Dopiero kiedy śmierć zaczynamy postrzegać jako coś, co kiedyś i nas dotknie, ogarnia nas pustka i przeszywa trwoga.
[Rabindranath Tagore]
 
Jak wielu osłupiało na jego widok, tak nieludzko został oszpecony, jego wygląd i postać była niepodobna do ludzi, tak mnogie narody się zdumieją, królowie zamkną przed nim usta, bo ujrzą coś, czego im nigdy nie opowiadano, i pojmą coś niesłychanego (Iz 52, 12n).
 
Śmierć Jezusa jest absurdem, jeśli nie odniesiemy jej do odwiecznej walki dobra ze złem. Jest tragicznym końcem religijnego zapaleńca, jeśli nie zrozumiemy istoty wewnętrznego rozdarcia człowieka na chcę i nie chcę. Jest nonsensem, jeśli żyjemy w przekonaniu, że ludzka wolność to zabawka, którą można bawić się do upadłego bez poniesienia żadnych konsekwencji. Jest epizodem z zamierzchłych czasów, jeśli Bóg już dawno temu przestał interesować się losem świata i człowieka. Jest łabędzim śpiewem Boga, jeśli naukę Nauczyciela z Nazaretu zamkniemy w szczelnym kufrze antykwarycznych staroci, który otwieramy w przypływie artystycznego uniesienia. Jest ostateczną odsłoną niecnych planów Boga, jeśli w męce Chrystusa widzimy tylko przejaw niezaspokojonej boskiej „żądzy krwi”.
 
Jest karą za naiwność i poczciwość, jeśli nie ma innej drogi do sukcesu niż rozpychanie się łokciami. Jest córką głupoty, jeśli w miłości nie ma miejsca na bezradność, nicość i ból. Jest niemym krzykiem zwątpienia, jeśli rzeczywistość to zmierzające donikąd kłębowisko ludzkich pragnień. Jest gorzką porażką utopisty, jeśli Ewangelia nie ma w tym świecie żadnej szansy powodzenia. Jest rafą, o którą rozbijają się wszyscy dryfujący po oceanie życia. Jest jedną wielką pomyłką, jeśli człowiek szuka sam siebie, umieszczając się w centrum swojej pustej i jałowej egzystencji. Jest opium dla prostaczków, jeśli „niebo jest niczym innym jak tylko mirażem, w którym człowiek pobudzany przez ignorancję i wiarę, odnajduje swój własny obraz, ale powiększony i odwrócony, to znaczy ubóstwiony…” (August Comte). Jest niepokojącym wyrzutem sumienia, jeśli życie przypomina niekończący się wyścig szczurów, jeśli dramat ludzkiej egzystencji rozgrywa się wyłącznie w orbicie władzy i pieniądza, wydajności i produktywności, przydatności i wiecznego „nie mam czasu”.
 
Jest jękiem rozpaczy, jeśli cierpienie to najbardziej nieudany „wynalazek” Boga. Jest fantomem z zaświatów, jeśli życie to nieprzerwana zabawa, śmiech i taniec. Jest bajką dla grzecznych dzieci, jeśli doczesność podniesie się do rangi bóstwa. Jest pośmiewiskiem, jeśli nie istnieje nic wyższego od ludzkiego rozumu, a jego rozstrzygnięcia to ostateczna instancja naszych wyborów i ocen. Jest hańbą i sromotą, jeśli prawda za żadne skarby nie zadomawia się w naszym świecie. Jest wyblakłym znakiem, jeśli codzienność pławi się w odmętach banału, kiczu i powierzchowności. Jest udręką, jeśli bliźni w potrzebie jak wściekły giez zakłóca nam święty spokój. Jest pustosłowiem, jeśli grzęźniemy na bagnach intelektualnej paplaniny i wszystkowiedzącej samowystarczalności. Jest tylko śmiercią i niczym więcej, jeśli raj zaczyna się i osiąga swój kres na ziemi. Jest szaleństwem, jeśli człowiek to samotna wyspa, monada, której wystarcza jej skromna obecność.
 
W końcu śmierć Jezusa nic nie znaczy, jeśli nie nurtuje nas pytanie: Kim jest Ten, kto wisi na krzyżu? Nic nie znaczy, jeśli Jego Krew nie obmywa naszych serc, lecz spływa po nich jak wiosenny deszcz po kaczce. Nic nie znaczy, jeśli śmierć Chrystusa to krzyż wiszący sobie ładnie na ścianie, oswojony, niegroźny, miły dla oka. Nic nie znaczy, jeśli pozostaje dla nas jedynie godną współczucia agonią cierpiącego człowieka, której widok odświeżamy w sobie co pewien czas, czerpiąc z pokładów naszej wyobraźni (nasyconej „Pasją” Gibsona). Popatrzymy, trochę się wzruszymy, może przy okazji uronimy kilka kropli łez. I tyle. I nic więcej.
 
Życie – cóż to znaczy
 
Nasze ziemskie życie obiecuje coś, czego w sobie nie zawiera. Obiecuje nieśmiertelność, choć samo jest śmiertelne; ukrywa życie w śmierci i wieczność w czasie.
[John Henry Newman]
 
Łazarz, przyjaciel nasz, zasnął, lecz idę, aby go obudzić (J 11, 11b).
 
Kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie (J 11, 25b).
 
Udzielę wam mego ducha po to, byście ożyli (Ez 37, 14).
 
Jezus bywa czasem nielogiczny. Jego przyjaciel – Łazarz umiera. Rodzina i znajomi opłakują swego współziomka, a On cieszy się, że nie ma go w tym momencie w Betanii. Ludzie donoszą mu, że Łazarz już nie żyje, a Jezus twierdzi, że to tylko chwilowy sen. Codzienne doświadczenie poucza nas, że zejście z tego świata jest ewidentnym końcem, a Jezus utrzymuje, że nawet jeśli umieramy, to w gruncie rzeczy nadal żyjemy. Zachowuje się tak, jakby chciał powiedzieć, że to, co dla ludzi zdaje się być niezbitym faktem, z Jego punktu widzenia jawi się jako jedna wielka fantasmagoria.
 
Bo tak naprawdę dla Boga śmierć nie istnieje, przynajmniej w takim sensie, w jakim my ją pojmujemy. „Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją” (Łk 20,38). Rzeczywista granica między życiem a śmiercią nie przebiega w miejscu wyznaczonym przez ludzkie doświadczenie i możliwości poznawcze. Albowiem ludzkie poznanie zakotwiczone w zmysłach nie pozostawia nam żadnych wątpliwości: życie i śmierć wykluczają się wzajemnie. Kto próbowałby zaprzeczać tej logicznej alternatywie, mógłby zostać posądzony o postradanie zmysłów. Ale Bóg inaczej definiuje życie i śmierć. W Jego logice można żyć i być martwym. Można nie istnieć, a równocześnie żyć pełnią życia.
 
Żeby przybliżyć się nieco do tej tajemnicy, sięgnijmy do słów św. Pawła. Kiedy apostoł zwraca się do Koryntian, zachęca ich do tego, aby przypatrzyli się bacznie swojemu powołaniu. Podkreśla, że Bóg czyniąc ich swymi dziećmi „wyróżnił to, co nie jest, by to, co jest, unicestwić” (1 Kor 1, 29). Na pierwszy rzut oka tekst ów wydaje się nie mówić nic szczególnego – przypomina jakąś pojęciową żonglerkę. Jean Luc Marion, francuski myśliciel, pyta jednak: Jak to możliwe, że Bóg wybiera to, czego nie ma? Dlaczego w oczach Bożych to, co jest niczym, jest takie, jak gdyby było czymś? Albo jakim prawem to, co jest, w rzeczywistości nie istnieje dla Boga – nie posiada żadnego znaczenia? Dlaczego św. Paweł nazywa niebytami Koryntian – ludzi z krwi i kości, którzy bezsprzecznie poruszają się, komunikują, spierają, błądzą i pragną?
 
Ponieważ człowiek zaczyna istnieć na mocy Bożego wybrania. Bóg powołując uważa ludzi za umarłych, za – jak to ujmuje Marion – „ciała bez życia”. Dopiero szczególne objęcie człowieka Bożą miłością, czyni martwego duchowo grzesznika sprawiedliwym, buntownika przeobraża w syna. Człowiek nie jest wówczas, gdy nie ma świadomości, że żyje dla kogoś. Powołanie na nowo ożywia człowieka, chociaż jemu samemu zdaje się, że żyje od zawsze. Wiara to wejście w żywą więź z Bogiem, która sprawia, że osoba ludzka zaczyna żyć, co konkretnie uwidacznia się w miłości.
 
Stan śmierci w ostatecznym rozrachunku wyraża się brakiem miłości. Wprawdzie serce bije, ale jest jałowe, pozbawione żaru i pasji, tułające się po manowcach samozadowolenia, szamoczące się w ciemnościach. Śmierć to życie, które żyje tylko dla siebie, nie szuka sensu i nie pragnie go znaleźć. Śmierć mieszka w człowieku, który nie otwiera się na drugich, który poświęca się tylko dla jakiejś idei, oddaje się zupełnie pożądaniu, pracy, obowiązkom, osiągnięciu sukcesu za wszelką cenę. Śmierć to życie nasączone „kwasem złości i przewrotności” (por. 1 Kor 4,8).
 
Życie to wszczepienie w Chrystusa – winny krzew, po to, by przynosić trwałe i dobre owoce. Życie to wejście w trwałe, osobowe i dojrzałe relacje z innymi. Życie to śmierć zadana własnemu egoizmowi, akceptacja własnej niewystarczalności; zrozumienie, że nawet osobiste słabości i niemoce, poddane Bożej łasce, stają się źródłem owocowania. Żyje nie ten, kto je, pije i oddycha, ale ten, kto kocha. Życie to egzystencjalne uprzytomnienie sobie, że dzięki łasce i miłości Boga jesteśmy kimś wielkim, a ta wielkość zobowiązuje.
 
Znamienne, że w właśnie w kontekście opowieści o wskrzeszeniu Łazarza, św. Jan kilkakrotnie wspomina o głębokiej przyjaźni i miłości pomiędzy Martą, Marią, Łazarzem a Jezusem. W Betanii Chrystus często bywał w gościnie. Po całym dniu spędzonym w Jerozolimie, udawał się na odpoczynek do swoich przyjaciół. A gościnność to jeden z najwyższych przejawów miłości. W tym sensie Łazarz umarł fizycznie, a nie duchowo. Nie był martwy, bo cieszył się z obecności Chrystusa, bo otworzył swój dom i serce, użyczył swego majątku, bo uwierzył w Jezusa i w podarowaną mu drogocenną bosko-ludzką przyjaźń.
 
Wszyscy narażeni jesteśmy na pokusę bezpłodnego życia owładniętego duchową śmiercią. Jedyny sposób, który pomoże nam skutecznie jej się oprzeć, polega na ciągłym czerpaniu żywotnych soków z naszej chrześcijańskiej egzystencji. Kim jestem w swej najgłębszej istocie? W czym przejawia się moja chrześcijańska tożsamość? Gdzie biją źródła mojego życia? Jak w konkretnej codzienności, dzięki nieprzerwanemu udzielaniu się Boga moje powołanie – jak pisze Henri de Lubac SJ – „konstytuuje mój byt”? Jak moja wielkość wyraża się na co dzień? Czy moje serce pulsuje nie tylko fizycznie, ale i duchowo? Zachętą do tej eksploracji własnego powołania niech będą słowa św. Grzegorza z Nyssy, który woła:
 
„Nie gardź, człowiecze, tym, co w tobie szlachetne! Wydaje ci się, że niewiele znaczysz, lecz ja ci oznajmię, że w rzeczywistości jesteś kimś wielkim!... Strzeż tego, czym jesteś! Zważ na swą królewską godność! Niebo nie zostało stworzone na obraz Boga, jak ty, ani księżyc, ani słońce, ani żadne ze stworzeń… Zobacz, że ze wszystkiego, co istnieje, nic nie jest w stanie objąć twej wielkości”.
 
Dariusz Piórkowski SJ

fot. Gardenly | Unspash (cc) 
 
Zobacz także
Jan Budziaszek
Zaczynałem cykl rekolekcji dla młodzieży szkół średnich w Poznaniu. Pierwsza konferencja zaczyna się za dwie minuty. Jest 13 minut po ósmej. W kieszeni dzwoni mi telefon. Odbieram. Dzwoni z Krakowa. To pani Ania, która opiekowała się mamą na czas moich wyjazdów: "Przed chwileczką zastałam panią Budziaszkową, leży nieprzytomna, cała niebieska, sina, na podłodze"...
 
Wojciech Prus OP

Współczesne społeczeństwo jest bardzo zranione, niezrównoważone, zdezorientowane. Oddala się od Boga, gubi sens życia, zatraca jego smak, bo tylko Jezus może dać pełnię życia. Dlatego potrzeba znaków miłosierdzia.

Z Ojcami Enrique Porcu i Antonello Cadeddu rozmawia Wojciech Prus OP

 
Justyna Majewska
Każde nałogowe picie zaczyna się niewinnie: jedno, drugie, trzecie piwko na imprezie czy imieninach. Każda okazja jest dobra. No bo jak odmówić w towarzystwie? Nikt nie chce zostać uznanym za „mięczaka”. Ponoć abstynenci to frajerzy, pantoflarze i maminsynki. Powiedzieć „nie” nalegającemu, wręcz naciskającemu, koledze uchodzi za heroizm. Odmówić wypicia choćby symbolicznej dawki trunku, to jakby popaść w niełaskę i zostać wykluczonym ze „stada”... 
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー