logo
Wtorek, 17 maja 2022 r.
imieniny:
Brunony, Sławomira, Wery, Paschalisa, Weroniki – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 

Katoflix

Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
dk. Jacek Jan Pawłowicz
Prawosławne "rozwody" a katolickie orzeczenia nieważności małżeństwa
Kwartalnik Homo Dei
 
fot. Vitor Barros | Unsplash (cc)


Wprowadzenie

 

Od kilkunastu już lat sądy kościelne w Polsce przeżywają prawdziwe oblężenie – coraz więcej ludzi ubiega się o stwierdzenie nieważności swojego małżeństwa. Liczba tego typu spraw rośnie z roku na rok wprost proporcjonalnie do pogłębiającego się kryzysu, który dotyka małżeństwa i rodziny w naszym kraju. Polska – niestety – stała się nawet światowym liderem pod względem liczby wniosków o stwierdzenie nieważności małżeństwa składanych w sądach kościelnych, a jeszcze nie tak dawno na pierwszym miejscu pod tym względem byli Włosi. Watykański rocznik statystyczny (Annuario Statisticae Ecclesiae 2007) podaje, że do sądów biskupich w Polsce trafia rocznie niemal 3,5 tysiąca tego typu wniosków.

 

W związku z tym coraz częściej daje się słyszeć głosy dochodzące z różnych środowisk kościelnych i pozakościelnych, czy nie nadszedł już czas, aby Kościół złagodził lub przynajmniej uprościł swoje procedury odnośnie do orzekania o nieważności małżeństwa, tak jak to ma miejsce np. w Cerkwi prawosławnej. Można nawet spotkać się z opinią, że w gruncie rzeczy w praktyce „rozwody” udzielane w Cerkwi prawosławnej i stwierdzenia nieważności małżeństwa orzekane przez sądy biskupie w Kościele katolickim to akty bardzo sobie bliskie, pomimo że inaczej się nazywają i inaczej się je uzasadnia od strony teologicznej.

 

Niektórzy idą nawet jeszcze dalej i twierdzą, że prawosławni robią przecież to samo, tylko że znacznie prościej, bo obywają się bez całej uciążliwej procedury sądowej istniejącej w Kościele katolickim. Jeszcze inni stawiają pytania: dlaczego przy tak dużej zbieżności nauczania Kościoła katolickiego i Cerkwi prawosławnej (i przy wspólnych źródłach tegoż nauczania) mamy do czynienia z różną praktyką w tym względzie? A może w gruncie rzeczy ta praktyka nie jest aż tak bardzo różna, choć inaczej jest uzasadniana i nazywana?

 

Z pewnością wielu z tych, którzy stawiają tego typu pytania, znalazło się w trudnej sytuacji życiowej, ich małżeństwa uległy rozbiciu i w ten sposób szukają drogi wyjścia z nich, chcąc uzyskać spokój sumienia. Jednak jest to szukanie „drogi na skróty”, obarczanie winą za zaistniałą sytuację Kościół i jego „nieżyciowe” prawo zamiast siebie samego. Inni, w myśl starego porzekadła, słyszą dzwony, ale nie wiedzą, w którym kościele dzwonią, i w związku z tym snują jakieś domysły lub wysuwają wobec Kościoła żądania, aby w końcu „poszedł z duchem czasu” i stał się „bardziej elastyczny” w tej kwestii. Jednak w rozumowaniu jednych i drugich są poważne słabości. Nie mając niezbędnej wiedzy z zakresu historii i teologii prawosławnej, mylą oni pojęcia i utożsamiają „rozwody” udzielane przez Cerkiew prawosławną z praktyką Kościoła katolickiego, czyli stwierdzeniem nieważności sakramentu małżeństwa.

 

W tym kontekście rodzi się podstawowe pytanie: czy praktyka Cerkwi prawosławnej, która udziela „rozwodów”, i praktyka Kościoła katolickiego, który orzeka o nieważności zawartego małżeństwa, są ze sobą tożsame?

 

Aby jednak udzielić na nie wyczerpującej odpowiedzi, trzeba wpierw poszukać odpowiedzi na inne, nie mniej ważne, a mianowicie: jaka jest geneza praktyki udzielania „rozwodów” w Cerkwi? Dopiero odpowiedź na nie pozwoli nam zrozumieć cały kontekst historyczny, kulturowy i teologiczny, w którym zrodziła się i ukształtowała ta praktyka. W tym celu musimy cofnąć się do czasów, gdy w Kościele zapoczątkowany został proces rozłamu, w którego wyniku podzielił się on na Kościół wschodni – bizantyjski (jego spadkobierczynią w znacznej mierze jest Cerkiew prawosławna) i Kościół zachodni – łaciński.

 

Geneza „rozwodów” w Cerkwi prawosławnej

 

Omawiając to zagadnienie, trzeba wyjaśnić, że do X w., a więc do czasu gdy Kościół nie uległ jeszcze rozłamowi, w kwestii nierozerwalności małżeństwa panowała jednomyślność zarówno Wschodu, jak i Zachodu. „Kościół niepodzielony” pozostał wierny Ewangelii i nauce Apostołów. Sobory, synody, jak również ojcowie Kościoła i pisarze chrześcijańscy omawianego okresu zgodnie nauczali, że tego, co Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela (Mt 19,6).

 

Praktyka udzielania „rozwodów” w Cerkwi swoimi korzeniami sięga właśnie X w., i nie miały na to wpływu bynajmniej racje teologiczne, a wręcz przeciwnie – czynniki świeckie. W tym czasie Bizancjum nadało kościelnej ceremonii małżeńskiej charakter prawa państwowego, które mając za fundament prawo rzymskie, zezwalało na rozwody. Dokonał tego cesarz bizantyjski Leon VI (886–912), który w 89. noweli wyraził swoją wolę, aby każde małżeństwo ludzi wolnych było usankcjonowane poprzez ceremonię kościelną. Nowelizując obowiązujące prawo, zarządził, że małżeństwo, którego nie pobłogosławił Kościół, nie będzie związkiem prawnym, ale konkubinatem, co pociągało za sobą dalsze istotne konsekwencje prawne.

 

W ten sposób uległa zatarciu granica pomiędzy tym, co święte, a tym, co świeckie. W konsekwencji Kościół bizantyjski zmuszono do daleko idących kompromisów i ustępstw, które niejednokrotnie były sprzeczne z prawem kanonicznym. Kościół ten w zaistniałej sytuacji przejął „monopol” rejestracji rozwodów. Kapłani nie mogli nie udzielać błogosławieństwa powtórnym związkom, skoro pociągało to za sobą np. pozbawienie praw obywatelskich na okres kilku lat. Zaś człowiek pozbawiony tych praw nie mógł sprawować żadnego urzędu państwowego, służyć w wojsku, a nawet zajmować się kupiectwem.

 

Wyjaśnienia wymaga również i to, że prawosławie na określenie swojej praktyki nie używa pojęcia „rozwód”. Jest to słowo używane potocznie, tak samo jak wierni Kościoła katolickiego stwierdzenie nieważności małżeństwa nazywają często „rozwodem kościelnym”. Cerkiew posługuje się w tym wypadku pojęciem „zdjęcia błogosławieństwa”. Dlatego też (i tylko dlatego – zob. dalej) słowo „rozwód” w niniejszym tekście zostało ujęte w cudzysłów.

 

Teologiczne podstawy „rozwodów” w Cerkwi prawosławnej

 

Cerkiew prawosławna uznaje, że nierozerwalność węzła małżeńskiego nie jest wymogiem absolutnym pod względem prawnym, i powołuje się przy tym na tzw. „klauzule rozwodowe” św. Mateusza, które interpretuje na swój sposób. Udzielając „rozwodów”, prawosławie twierdzi, że prawo Królestwa Bożego niczego nie narzuca siłą, zakłada natomiast wolną odpowiedź człowieka. Stąd też dar chrześcijańskiego małżeństwa wymaga akceptacji, przeżywania w wolności, ale może być w końcu odrzucony przez człowieka. Dlatego tym, którzy tego daru nie przyjęli, nie zaakceptowali go w pełni, Cerkiew daje drugą szansę na stworzenie prawdziwie trwałego związku.

 

Jak wspomniałem, swoją praktykę Cerkiew opiera na dwóch tekstach znajdujących się w Ewangelii św. Mateusza, które określa się mianem tzw. „klauzul rozwodowych”. Oto one: Powiedziano: „Jeśli kto chce oddalić swoją żonę, niech jej da list rozwodowy”. A Ja wam powiadam: Każdy, kto oddala swoją żonę – poza wypadkiem nierządu – naraża ją na cudzołóstwo; a kto by oddaloną wziął za żonę, dopuszcza się cudzołóstwa (Mt 5,31–32). Oraz drugi tekst: Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony, lecz od początku tak nie było. A powiadam wam: Kto oddala swoją żonę – chyba w wypadku nierządu – a bierze inną, popełnia cudzołóstwo. I kto oddaloną bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo (Mt 19,8–9).

 

W tekstach tych kwestię sporną dla egzegetów prawosławnych i katolickich stanowi rozumienie greckiego słowa πορνεια, czyli w tłumaczeniu polskim: nierząd lub cudzołóstwo. Zagadnieniu temu poświęcono wiele publikacji naukowych. Nie czas tu i miejsce na szerokie omawianie tego problemu. Zainteresowanych odsyłam do bogatej literatury.

 

Trzeba jednak jasno i dobitnie podkreślić, iż Cerkiew, dopuszczając możliwość „rozwodów”, nigdy jednak do tego nie zachęca, uznając taki stan rzeczy za tragedię ludzkiej słabości związaną z życiem w grzesznym świecie. Powtórne małżeństwo jest uznawane (jako druga szansa lub też jako łaskawość dla ziemskich pragnień człowieka) jedynie przy jednoczesnym zachowywaniu idealnej normy wiecznego związku w imię Chrystusa i zgodnie z prawami przyszłego królestwa Bożego. Udzielając „rozwodu” (czy też według terminologii cerkiewnej „zdejmując błogosławieństwo”), prawosławie kieruje się zasadą, zgodnie z którą sakrament małżeństwa to dar Bożej łaski, którego udziela Bóg małżonkom przez posługę kapłana. W niektórych jednak przypadkach ten dar może nie zostać przyjęty, może zostać po pewnym czasie odrzucony, gdyż małżonkowie nie byli dysponowani do jego przyjęcia.

 

Małżeństwo, jako sakrament, implikuje zesłanie łaski Boga, ale łaska ta – jak stwierdza prawosławny teolog o. J. Meyendorff – aby być skuteczną, wymaga ludzkiej współpracy („synergii”). W przypadku małżeństwa, które opiera się na osobistym zrozumieniu i psychologicznym dostosowaniu się dwojga ludzi, tradycja wschodnia uznaje możliwość popełnienia błędu, jak również zakłada, że życie samotne jest większym złem niż ponowne małżeństwo dla tych, którzy nie potrafią już żyć w zgodzie i miłości ze swoim dotychczasowym współmałżonkiem. Warte podkreślania jest także to, że Cerkiew zabrania wstępowania w powtórny związek stronie winnej rozerwania poprzedniego, choć i w tym względzie istnieją wyjątki.

 

Według prawa kanonicznego Cerkwi podstawowym powodem do zdjęcia błogosławieństwa jest udowodnione cudzołóstwo. Według teologii prawosławnej takie małżeństwo „umiera moralnie” wraz z miłością. Prawo to prawosławie opiera na wspomnianych „klauzulach rozwodowych” św. Mateusza.

 

Kwestia szafarza sakramentu

 

Nie mniej istotną kwestią dla naszych rozważań nt. „rozwodów” jest wyjaśnienie tego, kto jest szafarzem sakramentu małżeństwa w Cerkwi prawosławnej i w Kościele katolickim. Otóż w prawosławiu przymierze małżeńskie, jakie zawierają między sobą narzeczeni, zostaje potwierdzone, przypieczętowane błogosławieństwem Chrystusa w osobie kapłana. To on jest „kanałem” udzielanej łaski. Tak więc w Cerkwi prawosławnej, w przeciwieństwie do Kościoła katolickiego, szafarzem sakramentu małżeństwa jest biskup lub kapłan (diakon nie ma takich uprawnień), a nie narzeczeni. Ojciec Meyendorff tak pisze na ten temat: Przyjmując, że kapłan jest szafarzem małżeństwa, podobnie jak jest on szafarzem Eucharystii, Kościół prawosławny implicite łączy małżeństwo z wiecznym Misterium, gdzie nie istnieją granice pomiędzy niebem i ziemią, gdzie również ludzka decyzja i działanie osiągają wieczny wymiar.

 

To kapłan, a nie narzeczeni, udziela sakramentu, który został ustanowiony przez Boga; wzajemna zgoda narzeczonych, wyrażona na samym początku „obrzędu ukoronowania”, oznacza tylko to, że są oni wolni od jakichkolwiek przeszkód, lecz łaska pochodzi jedynie od spełnionego obrzędu, którego celebransem jest kapłan. To on udziela błogosławieństwa – łaski sakramentu. Małżonkowie w żadnym wypadku i w żadnym innym sensie nie mogliby udzielić sobie sakramentu.

 

Zatem jeśli kapłan jest tym, który udziela łaski sakramentu, to on też, gdy ta łaska została odrzucona, ze względu na wyrozumiałość dla ludzkiej słabości może to błogosławieństwo zdjąć. W ten sposób Cerkiew pragnie dać mężczyźnie czy kobiecie drugą szansę zawarcia prawdziwego małżeństwa w Chrystusie, gdy pierwszy związek okazał się błędem. Bo nawet błogosławieństwo Cerkwi – jak twierdzi o. Meyendorff – nie zawsze może magicznie naprawić ludzki błąd.

 

Zupełnie inaczej rzecz przedstawia się w Kościele katolickim. Szafarzami sakramentu małżeństwa są tu sami narzeczeni; to oni udzielają sobie nawzajem łaski, która pochodzi od Boga i ma charakter trwały i nierozerwalny. Rola biskupa, kapłana lub diakona asystującego przy zawieranym przez nich związku sprowadza się do funkcji urzędowego świadka Kościoła, ten związek jego powagą potwierdzającego i błogosławiącego, ale nie udzielającego łaski sakramentu . W ten sposób aktem osobowym, przez który małżonkowie wzajemnie się sobie oddają i przyjmują, powstaje z woli Bożej instytucja trwała także wobec społeczeństwa. Ten święty związek, ze względu na dobro tak małżonków i potomstwa, jak i społeczeństwa, nie jest uzależniony od ludzkiego sądu [np. sądu kapłana – dop. mój]. Sam bowiem Bóg jest twórcą małżeństwa.

 

Decydujące jest więc słowo przysięgi małżeńskiej. Przez to słowo sam Bóg wkracza zbawczo, za pośrednictwem Kościoła, w życie obojga małżonków. Przez to sakramentalne słowo zawarte jest nieodwołalne przymierze związane z egzystencjalną sytuacją miłości małżonków i ich wzajemnym darem z siebie . Dlatego człowiek nie ma takiej władzy, aby rozdzielić to, co złączył Bóg.

 

Konkluzje

 

Po tych wyjaśnieniach nadszedł czas, aby powrócić do postawionego we wstępie do niniejszego artykułu pytania: czy praktyka Cerkwi prawosławnej, która udziela „rozwodów”, i praktyka Kościoła katolickiego, który orzeka o nieważności zawartego małżeństwa, są ze sobą tożsame?

 

W świetle przedstawionych wyżej wyjaśnień i faktów widzimy, że mamy do czynienia z dwiema różnymi praktykami, które w żadnej mierze nie są tożsame, a nawet podobne ani od strony teologicznej, ani prawnej. Fundamentalna różnica dotyczy bowiem zaistnienia skutku sakramentu małżeństwa, jakim jest łaska udzielana w tym sakramencie, powodująca zawiązanie nierozerwalnego węzła małżeńskiego.

 

W przypadku Cerkwi prawosławnej zdjęcie błogosławieństwa dotyczy ważnie zawartego i dopełnionego małżeństwa, w którym łaska sakramentu małżeństwa została wylana, udzielona, ale po pewnym czasie została odrzucona wskutek ludzkiej słabości. Mówiąc prościej: sakrament zaistniał, został zawiązany węzeł małżeński, który następnie uległ rozwiązaniu przez kapłana. Czyli mamy do czynienia – jakkolwiek by to nazwać – z rzeczywistym rozwodem (już bez cudzysłowu!), umożliwiającym stronom (dotychczasowym małżonkom) zawarcie ponownego związku małżeńskiego z inną osobą.

 

W przypadku zaś Kościoła katolickiego proces o stwierdzenie nieważności małżeństwa ma za zadanie dowieść, że skutek sakramentu w ogóle nie zaistniał, łaska nie została wylana, ponieważ istniały (uprzednio) obiektywne przeszkody ku temu. Mówiąc najprościej, sakrament nie został udzielony, choć zewnętrzny obrzęd został odprawiony zgodnie z przepisami liturgicznymi Kościoła. Odnośnie do tej kwestii jasno i wyraźnie wypowiada się Katechizm Kościoła Katolickiego, w którym czytamy: Kościół, po zbadaniu sytuacji przez kompetentny trybunał kościelny, może orzec „nieważność małżeństwa”, to znaczy stwierdzić, że małżeństwo nigdy nie istniało. W takim przypadku obie strony są wolne i mogą wstąpić w związki małżeńskie, licząc się z naturalnymi zobowiązaniami wynikającymi z poprzedniego związku . Nie można więc mówić, że Kościół udzielił rozwodu, gdyż niemożliwe jest rozwiązanie czegoś, co nie zostało nigdy związane.

 

W tym miejscu wypada zauważyć i to, że zdarzają się sytuacje, w których choć istnieją obiektywne przesłanki przemawiające za orzeczeniem nieważności małżeństwa, to jednak Kościół, mając na uwadze wyższe dobro (np. dobro nieletnich dzieci), nie wydaje takiego orzeczenia, a co najwyżej zaleca separację małżonków.

 

Kościół rzymskokatolicki zawsze i niewzruszenie nauczał i naucza, że małżeństwo zawarte bez żadnych przeszkód między ochrzczonymi i dopełnione charakteryzuje się bezwzględną nierozerwalnością. Powoduje ono zaistnienie sakramentalnego węzła małżeńskiego, który może być rozwiązany tylko i wyłącznie przez śmierć jednego współmałżonka. Prawdę tę Kościół wielokrotnie potwierdził w swoich dokumentach, a w sposób definitywny została ona sformułowana na XXIV sesji XIX Soboru Powszechnego – Trydenckiego w 1563 r., w kanonach o sakramencie małżeństwa.

 

W związku z powyższym należy stwierdzić, że choć w wielu kwestiach dotyczących małżeństwa i rodziny występuje zbieżność w nauczaniu Cerkwi prawosławnej i Kościoła katolickiego, to jednak w kwestii nierozerwalności związku małżeńskiego takiej zbieżności nie ma. Zdjęcia błogosławieństwa, których dokonuje Cerkiew, i stwierdzenia nieważności małżeństwa, które orzekają sądy w Kościele katolickim, różni zaś nie tylko nazwa, ale kwestia fundamentalna: stosunek do słów Jezusa: Co Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela (Mt 19,6).

 

dk Jacek Jan Pawłowicz
Kwartalnik Homo Dei 4 (301) 2011

 
Zobacz także
ks. Robert Skrzypczak
W postnowoczesnym podejściu do życia liczy się tylko jedno: teraz! Lecz by to osiągnąć, trzeba nauczyć się podróżowania bez bagażu, trzeba uwolnić się od wszystkiego. Ma to wpływ, oczywiście, także na ludzkie związki. Człowiek nie może znaleźć pewności nawet w uczuciach. Wielu młodych ludzi nie przyjmuje do wiadomości, że z seksem należy poczekać do momentu, aż pojawi się ta właściwa osoba. 
 
Paweł Sawiak SJ

Wielki Post jest czasem, w którym słowo „nawrócenie” pada najczęściej.  Większość z nas zapytana: „kto powinien się nawrócić?” – wskazałaby na zachód Europy, ISIS, wielkich przywódców światowych, koncerny naftowe albo rodzimych polityków. Wszyscy, tylko nie my. Ale czy nawrócenie jest zarezerwowane tylko dla spektakularnych grzeszników?

 
dk. Jacek Jan Pawłowicz

Coraz częściej daje się słyszeć głosy dochodzące z różnych środowisk kościelnych i pozakościelnych, czy nie nadszedł już czas, aby Kościół złagodził lub przynajmniej uprościł swoje procedury odnośnie do orzekania o nieważności małżeństwa, tak jak to ma miejsce np. w Cerkwi prawosławnej. Można nawet spotkać się z opinią, że w gruncie rzeczy w praktyce „rozwody” udzielane w Cerkwi prawosławnej i stwierdzenia nieważności małżeństwa orzekane przez sądy biskupie w Kościele katolickim to akty bardzo sobie bliskie, pomimo że inaczej się nazywają i inaczej się je uzasadnia od strony teologicznej.

 
 
___________________
 
 reklama

katolicyzm