logo
Poniedziałek, 26 października 2020 r.
imieniny:
Ewarysta, Lucyny, Lutosławy, Demetriusza – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Przemysław Radzyński
Przebaczając spotykamy Chrystusa
Rycerz Niepokalanej
 


O walce o małżeństwo i rodzinie jako drodze do świętości opowiada Michał Piekara, mąż i ojciec, psychoterapeuta, prezes Fundacji Rodzin Pełna Chata, w rozmowie z Przemysławem Radzyńskim.

 

Czym jest dla Pana własna rodzina?

 

Moja rodzina jest dla mnie miejscem inspiracji i siły – stąd czerpię energię do pracy zawodowej i posługi. Tutaj także odpoczywam, regeneruję się – jest to miejsce, do którego chętnie wracam. Ale to także miejsce, w którym muszę podejmować walkę o to, co dla mnie w życiu najważniejsze. Mam w domu trzy kobiety – żonę i dwie córeczki – i o każdą muszę się zatroszczyć, każda z nich domaga się czasu tylko dla siebie. Walka wynika z konieczności dokonywania wyborów, z czego zrezygnować, aby móc być dla nich. To wymaga dyscypliny, której wciąż się uczę. Życie w tej swoistej dyscyplinie łączy się z ofiarnością i rezygnacją z siebie. Ale wtedy przypominam sobie, że im większa ofiarność, tym większa miłość. Jest to tym trudniejsze, że angażuję się w wiele dzieł, prowadzę liczne inicjatywy mające na celu wspieranie rodzin lub ewangelizację.

 

Jako terapeuta spotyka się Pan z wieloma małżonkami. Jaka jest kondycja dzisiejszej polskiej rodziny?

 

Zajmując się terapią, spotykam ludzi w sytuacjach rozmaitych kryzysów i konfliktów, stąd moja ocena sytuacji rodziny może nie być pełna. Wydaje się jednak, że zarówno stopień kryzysów, jak i wciąż zwiększająca się liczba małżeństw w głębokich konfliktach, jest bardzo alarmująca.

 

Problemy, które pomagam rozwiązywać, dotyczą przede wszystkim relacji w małżeństwach. Można je sprowadzić do dwóch zasadniczych kwestii, które bywają źródłem pozostałych. Po pierwsze, małżonkowie albo ze sobą nie rozmawiają, albo nie potrafią tego robić. Drugi problem to brak spędzanego wspólnie czasu. A obecność, obok dialogu, jest niezbędnym elementem do budowania relacji. Zaufanie, odpowiedzialność, szczerość, przebaczenie i wiele innych pomagają budować dobrą relację. Tym niemniej fundament jest zawsze ten sam: obecność i dialog. Jeśli więc małżonkowie mają z tym problem, to w efekcie nie mają poczucia więzi i stawiają sobie pytanie: „po co nam w ogóle to małżeństwo?”

 

Pracując z małżonkami, zaczynam od naprawy tego, co fundamentalne. Zwykle okazuje się, że pozostałe problemy łatwiej jest rozwiązać. Dzieje się tak z dwóch powodów: po pierwsze, małżonkowie, mający poczucie więzi i bliskości, są bardziej wrażliwi na to, by się nie ranić, a po drugie, umiejętność rozmawiania pozwala im szybciej znaleźć rozwiązanie trudnej sprawy.

 

Rozmowa i wspólne spędzanie czasu wydają się oczywistymi elementami w małżeństwie. Dlaczego stanowią taki poważny problem?

 

Problemem jest powierzchowność. Małżonkowie potrafią spędzać czas koło siebie i mogą mieć mylne poczucie, że spędzają go razem. Problem polega na tym, że nie jest to czas poświęcony sobie nawzajem.

 

Czyli robią to niewłaściwie?

 

Tak. Pytania o to, czy śmieci są wyrzucone albo opony zmienione, nie są rozmowami o małżeństwie. Co prawda, są to ważne i potrzebne rozmowy dotyczące funkcjonowania rodziny, ale nie dają poczucia bliskości. Czymś innym jest dyskusja o pasjach, zainteresowaniach, marzeniach, obawach, nadziejach czy uczuciach, o tym, co dzieje się w małżeństwie.

 

Ze spędzaniem czasu jest podobnie. Małżonkowie nie dedykują sobie nawzajem własnego czasu. Dzieje się to stopniowo i często tego nie zauważamy. Gdy codziennie robimy krok wstecz, to może się okazać, że nie zobaczymy różnicy, ale z perspektywy roku będzie to odległość kilkuset metrów. Dlatego oddalanie zwykle odbywa się stopniowo, niezauważalnie, subtelnie..., ale efektem po czasie jest przepaść między sercami. Wielkie mury składają się z małych cegieł.

 

Jak temu zaradzić?

 

Potrzeba małżeńskich rytuałów, czyli systematycznego działania ustalonego przez małżonków. Może to być np. godzinne spotkanie raz w tygodniu – czas tylko dla nich. Możliwa jest wtedy rozmowa na z góry określone tematy; można odpowiadać na wcześniej przygotowane pytania albo wspólnie czytać wartościową książkę. Pracując z małżonkami, posługuję się opracowanym przez siebie zestawem przeszło dwustu pytań, które pobudzają małżonków do rozmów, pozwalają na nowo się odkrywać i poznawać. Ważny jest też symbol, który towarzyszy temu rytuałowi. Często proponuję małżonkom, żeby kupili sobie filiżanki, które będą wyciągali tylko przy okazji tych spotkań. Nadają one posmak wyjątkowości. Ale mogą mieć również inną funkcję. Kiedy dojdzie do kłótni i trudno jest powiedzieć: „Spotkajmy się wieczorem i porozmawiajmy” – wtedy wystarczy wyciągnąć filiżanki, które będąc symbolem, stają się zaproszeniem do rozmowy.


Zachęcam również do przeczytania mojej książki Razem przez życie. Przewodnik dla małżeństw, które pragną zwyciężać, w której można znaleźć wiele praktycznych wskazówek i przykładów na to, jak odbudować relację i zbudzić uśpione uczucia.

 

Kiedy można zauważyć, że cofamy się, że dokładamy kolejne cegiełki do muru?

 

Gdy ginie w nas ciekawość. Kiedy nie interesują mnie plany, marzenia, obawy drugiej osoby, to mimo pozostawania w relacji zanika poczucie więzi i bliskości. Za tym idzie poczucie izolacji i odosobnienia. Potrzeba wracać do fascynacji z czasu zakochania. Relacja małżeńska ma być niekończącą się przygodą.

 

W sprawie wspólnie spędzanego czasu można zrobić łatwy rachunek, odpowiadając na kilka prostych pytań: Ile czasu poświęcacie na ważne rozmowy? Bilans często jest tragiczny – 8 minut w tygodniu, czyli niecała godzina w miesiącu. Trzeba sobie też zadać inne pytanie: Ile czasu poświęcacie na kłótnie i konflikty?

 

Warto przy tym pamiętać – mimo że może to początkowo wzbudzić pewną irytację i wzburzenie – że konflikt daje ludziom bardzo duże poczucie bliskości – raniącej bliskości, ale jednak bycia razem w czymś dla nich ważnym. W kłótniach ludzie mówią raniącą prawdę, są w dialogu, zachowują się autentycznie – to elementy charakterystyczne dla sytuacji bliskości. Jest to sytuacja destrukcyjna, ale w niej małżonkowie są blisko siebie. To z jednej strony znak, że para jest mocno zaangażowana w relację, z drugiej zaś, że nie potrafią osiągać bliskości w inny sposób. Wtedy pojawia się pytanie: Jak osiągnąć bliskość, nie korzystając z konfliktu? Dysponujemy takimi narzędziami.

 

Najczęściej myślimy, że konflikt jest dowodem na brak więzi i skończoną miłość. Ale konflikt może również wynikać z faktu, że małżonkowie chcą nowej, lepszej jakości w swoim związku i pragną tego tak bardzo, że chwytają się wszelkich, nawet tak destrukcyjnych sposobów, jak kłótnia.

 

Czy tacy małżonkowie mogą poradzić sobie sami?

 

Są takie małżeństwa, które potrzebują wskazania drogi i podjęcia pracy z towarzyszącym im terapeutą. Są i tacy, którzy radzą sobie sami. Ja pracuję z tymi, którzy są wyczerpani walką o swoją relację, nie widzą szans na jej poprawę, a poczucie bezradności dominuje w ich codzienności. Czują się zmęczeni nieustannym szarpaniem się, aby coś zmienić, powrócić do dawnej więzi. Okazuje się wtedy, że zwykle inwestowali w sposoby, które nie mogły im pomóc. Zobaczyć to może dopiero ktoś z zewnątrz.

 

Kryzysom małżeńskim często towarzyszą trudności z nierozliczonej dotąd przeszłości. Nie można odbudować relacji bez uzdrowienia zranień z dzieciństwa czy wczesnej młodości, ponieważ kreowanie swojej przyszłości musi mieć swój korzeń w rozliczonej, czyli przepracowanej przeszłości.

 

Jak przełamać opór przed mówieniem obcej osobie o osobistych problemach?

 

Ludziom trudno zwierzać się z ich intymnych problemów obcej osobie. Mimo że wiele osób ma w sobie opór, to jednak nosi w sobie nadzieję. I ta nadzieja na zmianę jest powodem ich przyjścia. Zwykle odwołanie się do tej nadziei jest kluczem do nawiązania relacji terapeutycznej. Ponieważ pracuję dynamicznie, bardzo angażując się w proces terapii, zwykle pacjenci odnajdują w sobie siły i energię potrzebną do podjęcia pracy. To dla mnie wielka radość, kiedy widzę się z ludźmi po raz ostatni i wspominamy sobie początek terapii, kiedy wszystko wydawało się zbyt trudne i nie do udźwignięcia. A teraz, z perspektywy czasu i po doświadczeniu autentycznej przemiany i uzdrowienia relacji, mówią: „Kryzys był dla nas wielką szansą, którą dobrze wykorzystaliśmy i która pozwoliła nam się zmienić”.

 

Fakt, że ktoś do Pana przychodzi i prosi o pomoc, jest chyba sygnałem, że małżeństwo jest dla niego ważne.

 

Nie zawsze. Czasem zdarza się, że ludzie przychodzą po usprawiedliwienie. Ich motywacją jest przyjść na terapię tylko po to, by później powiedzieć sobie: „Próbowaliśmy wszystkiego. Nie udało się, więc mamy dowód na to, że musimy się rozwieść”. Taka motywacja zostaje przeze mnie natychmiast nazwana i skonfrontowana. Zaraz potem jednak pokazuję, że jest inna perspektywa: skorzystać ze wspólnej pracy dla naprawy relacji. Często odnoszę się do marzeń, jakie małżonkowie mieli przed ślubem. To moment, w którym zwykle wracają dobre uczucia, a wizja urzeczywistnienia tych marzeń budzi nadzieję. I to staje się początkiem pracy.

 

Co w przypadku, gdy tylko jedna osoba widzi problem w relacji?

 

To prawda, że w połowie przypadków pracuję tylko z jednym z małżonków, ponieważ drugi nie widzi lub nie chce widzieć problemu. Wówczas podejmuję pracę z tym małżonkiem, który przyszedł. I dzieje się często rzecz niezwykła: oporny małżonek, zainspirowany zmianą współmałżonka, dołącza do procesu terapii. Kiedy natomiast przychodzi para, ale jedno z nich nie widzi absolutnie żadnego problemu, wtedy pomocne jest analizowanie aktualnych uczuć. Jeżeli np. jakaś sytuacja nie stanowi problemu dla męża, to trzeba mu pokazać, jak wielkim problemem jest dla żony i jak wielkie budzi w niej emocje. Jeśli zaakceptuje zarówno emocje, jak i perspektywę żony, to wiele może się zmienić. Wierzę, że zawsze istnieje możliwość zmiany i uzdrowienia nawet najbardziej poszarpanej relacji. Czy zostanie wykorzystana? To często nie zależy ode mnie. Wprawdzie mogę pokazać konkretne sposoby, ale zmiany dokonać mogą tylko małżonkowie. To trochę tak, jakbym przepisał lekarstwo, które może zlikwidować chorobę. Wystawiam receptę, ale czy pacjent z niego skorzysta, to już jest poza mną.

 

Czy stosunek terapeuty do Pana Boga wpływa na terapię?

 

Najważniejszym narzędziem oddziaływania terapeuty jest sam terapeuta. Dlatego ważne są jego przekonania i wartości. Jeżeli sam doświadczył rozwodu, to może powiedzieć: „Rozejdźcie się! Po co wam małżeństwo?” Moją aksjologią są wartości chrześcijańskie. Dlatego zawsze na początku terapii mówię: „Tutaj walczy się o małżeństwo! Jeśli szukają Państwo pomocy w rozejściu się, to nie będę mógł Państwu pomóc”. Dotąd nie zdarzyło mi się, aby ktoś w tym momencie wstał i wyszedł. Co ciekawe, pracuję również z parami niewierzącymi, które celowo szukały terapeuty o takich wartościach i – co za tym idzie – spojrzeniu na małżeństwo. Kieruje nimi zwykle przekonanie, że wierzący terapeuta zawalczy z nimi o ich małżeństwo, nie biorąc pod uwagę rozwodu. Niestety bywa, że terapeuta może być większym zagrożeniem dla małżonków niż problem, z którym się mierzą, ze względu na swoje przekonania, że rozwód jest rozwiązaniem problemów. Trzeba pamiętać, że terapeuta ma duży autorytet i jeśli powie: „Nie widzę dla was innego rozwiązania, niż rozwód” – małżonkowie mogą pomyśleć: „Skoro tak mówi, nie ma dla nas ratunku” – nawet jeśli w istocie jest.

 

Czy rodzina może być drogą do świętości?

 

Każda droga dana przez Pana Boga może prowadzić do świętości. Szczególnie małżeństwo i rodzina, bo tu odpowiedzialność jest olbrzymia. Kościół przegra wszystko, gdy przegra rodzinę. To tu rodzi się wiara, tu rodzą się powołania, to tu odkrywa się wezwanie do miłości.

 

Jak ją osiągać?

 

Poprzez jedność małżeńską i wspólną modlitwę. Walka o jedność też jest pewną formą modlitwy. To jest przecież odpowiedź na wyzwanie, które narzeczeni podjęli mówiąc sakramentalne „tak”; to dobra reakcja na to, czego pragnie dla nich Pan Bóg.

 

Ważna jest też gotowość do przebaczenia – za każdym razem. To jest bardzo trudne, ale z wiarą przychodzi to łatwiej. To jest moment, kiedy małżonkowie powinni oprzeć się na Kimś mocniejszym od nich, ponieważ sami czują się bezradni wobec ogromu trudności i zranień. Jest to zarazem jedyny w swoim rodzaju moment w terapii, kiedy nawet niewierzący małżonkowie doświadczają obecności Pana Boga. Widziałem parokrotnie, jak niewierzący małżonkowie doświadczający przebaczenia mówili, że jest ktoś poza nimi, bo po ludzku to uzdrowienie nie mogło być możliwe. „Panie Michale, co się stało? Skąd w nas radość? Czemu nie ma nienawiści, którą żyliśmy przez tyle lat?” – pytają. Wtedy podsuwam im odpowiedź. Przebaczenie jest tym momentem w miłości, kiedy najłatwiej spotkać Chrystusa.

 

Jak Pan w swoim małżeństwie osiąga świętość?

 

Poprzez codzienne spotkanie z naszym Mistrzem: w modlitwie, lekturze Pisma Świętego, poście, oddawanej dziesięcinie. Rzeczywistość wiary jest dla nas rzeczywistością relacyjną, to znaczy, że spotykamy osobowego Boga, z którym łączy nas autentyczna więź. Więź, która wymaga podtrzymywania, pielęgnowania. W mojej ocenie świętość jest wcielaniem w życie słów naszego Pana. I to staramy się robić w naszym małżeństwie. Staramy się być wrażliwi na potrzeby innych, przygotowując im w zimie posiłki, zapraszając samotnych i bezdomnych na święta, organizując paczki lub wsłuchując się w ich niezwykłe, choć często smutne historie. Nasz dom jest domem otwartym. Otaczamy w cotygodniowych modlitwach wstawienniczych wszystkie pary, z którymi pracuję. Bardzo angażujemy się w nasze małżeństwo i rodzinę. Wspieramy się na tej drodze. Należę również do wspólnoty mężczyzn oddanych Bogu – Przymierze Wojowników. To wszystko pozwala nam wzrastać w świętości.

 

Rozmawiał Przemysław Radzyński
Rycerz Niepokalanej 6/2012