logo
Piątek, 19 października 2018 r.
imieniny:
Michaliny, Michała, Piotra, Jana, Pawła, Izaaka – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Jim McManus CSsR, Stephanie Thornton
Przebaczenie jako proces naturalny
Kwartalnik Homo Dei
 


Większość ludzi (chociaż nie wszyscy) w końcu potrafi przeboleć krzywdę – tracą zainteresowanie zemstą i przechodzą do innych, teraźniejszych spraw. Proces ten ma swój naturalny rytm, etapy, różnie nazywane w literaturze fachowej, ale wymieniane mniej więcej w tej samej kolejności.
 
Etapy te wymagają czasu. Czas goi rany – głosi znane porzekadło. W rzeczywistości uzdrawia nas nie bierny upływ dni i miesięcy, lecz potężny, dynamiczny proces przebaczenia. Jeśli się w niego nie zaangażujemy, czas może unieruchomić nas na którymś z etapów, pozbawiając nas możliwości prawdziwego powrotu do zdrowia.
 
Etap pierwszy: zaprzeczenie
 
Dochodzi do jakiegoś nieszczęścia – i początkowo nie przyjmujemy go do wiadomości: „To niemożliwe!” Nasz umysł woli nie mierzyć się z okropną prawdą, nie narażać się na wstrząs i cierpienie. Wielu ludzi, którzy przeżyli osobistą tragedię, wspomina, że najpierw nie chcieli uwierzyć w to, co się stało. Udawali, że nic strasznego się nie dzieje. Z nikim nie rozmawiali, jakby dopiero mówienie o tragedii mogło uczynić ją realną. Jakby milczenie, zachowywanie pozorów normalności oznaczało, że nieszczęścia po prostu nie ma.
 
Takie zaprzeczenie to potężna ochrona przed tym, co trudno jest znieść – jeden z mechanizmów obronnych zidentyfikowanych przez Zygmunta Freuda. Nasz umysł ucieka w świat, w którym nieszczęście się nie wydarzyło i nie trzeba się z nim zmagać: „Nic się nie stało albo nie stało się nic ważnego!” Jest to jednak świat nierealny, który nie uwzględnia naszych prawdziwych potrzeb i uczuć. Przebywanie w nim prowadzi do nienaturalnych zachowań i chaotycznych emocji. Zaprzeczenie odrywa nas od rzeczywistości, nie pozwala nam uczciwie ocenić własnych doznań i obaw. Nie może więc nas uzdrowić (bo uzdrowienie dokonuje się w realnym świecie), a przy tym trudno jest w nim długo wytrwać. Za uporczywe zaprzeczanie płaci się wysoką cenę.
 
Rozważmy choćby historię Jane. Pięć lat po okrutnym wyszydzeniu i odrzuceniu przez partnera Jane twierdzi, że doszła już do pełnej równowagi, ale już nigdy więcej nie zaufa mężczyźnie. Nie dostrzega związku między tym brakiem zaufania a nie zaleczoną raną z przeszłości. Analiza tego związku byłaby dla niej zapewne zbyt nieprzyjemna! Jak piszą Sidney i Suzanne Simonowie: Mamy powody do niepokoju, bo skoro przyznamy, jak bardzo zostaliśmy zranieni i – zwłaszcza – do czego to zranienie nas skłoniło, będziemy musieli się zmienić. Będziemy musieli działać i reagować inaczej niż dawniej, a nie wiemy, jak to robić. Nie wiemy, czy zdołamy przeżyć coś takiego.
 
Autorzy ci twierdzą, że każda skrzywdzona osoba spędza pewien czas w stanie zaprzeczenia, a niektórzy tkwią na tym pierwszym etapie wiele lat. Zaprzeczenie wyraża się w ignorowaniu krzywdy, jakby nie miała znaczenia, nie wymagała namysłu, już się nie liczyła, dotyczyła jedynie przeszłości, była czymś normalnym. Nie jest to skuteczna metoda leczenia ran emocjonalnych, podobnie jak nie uleczymy się z szoku wywołanego wjechaniem ciężarówki w grupę uczniów, udając, że śmierć i okaleczenie dzieci nie mają większego znaczenia, nie wymagają namysłu, nie liczą się wobec obecnych problemów, wydarzyły się przed pięciu laty, należą zatem do historii, i że takie tragedie są na porządku dziennym.
 
Zaprzeczenie nie uzdrawia. Co więcej, zaprzeczając, że zostaliśmy skrzywdzeni lub że problem istnieje, odmawiamy naszym ranom należnej im uwagi, a sobie możliwości zatroszczenia się o nie. Udając, że nic się nie wydarzyło lub że to, co się wydarzyło, nie ma znaczenia, skazujemy się na życie pośród ruin.
 
Zaprzeczenie nie uzdrawia – bez względu na to, jak długo zaprzeczamy. Zdrowia nie przynosi nam czas, lecz wędrówka ku przebaczeniu. Jeśli zaś chcemy ruszyć naprzód, uporać się z problemem, musimy najpierw uświadomić sobie, co się stało, uświadomić sobie, że doznaliśmy zranienia.
 
Jednocześnie musimy stwierdzić własną wartość: musimy stwierdzić, że nasza rana jest nie tylko fizyczna lub emocjonalna, lecz także egzystencjalna. Musimy rozpoznać jasno, że to, co się stało, nie odpowiada naszej idei tego, co „słuszne” lub „w porządku” – i że czujemy urazę, żal.
 
Etap drugi: obwinianie siebie
 
Pierwszym krokiem po zaprzeczeniu, pierwszą reakcją osób, które przyznają, że rzeczywiście zostały zranione, bywa obwinianie samych siebie. Trudno uwierzyć, że ktoś może doznać nieszczęścia, a potem jeszcze się o nie obwiniać. A przecież tak postępują niemal wszyscy! „Gdybym był/była grzeczniejszym dzieckiem, tatuś by mnie kochał i nigdy by mnie nie uderzył! Gdybym była lepszą żoną, mąż nie złamałby przysięgi małżeńskiej, nie zdradził mnie i nie porzucił dla innej kobiety. Gdybym bardziej się starał, gdybym wybrał inną trasę, gdybym się nie zakochała, nie wyrzucono by mnie z pracy, nie byłoby tego wypadku, nie złamano by mi serca…”.
 
Gdyby… Gdyby zachować się inaczej, inaczej zareagować, nie byłoby problemu… Kogo nie nawiedzały takie myśli? Dlaczego obwiniamy się w ten sposób? Dlaczego od zaprzeczenia przechodzimy prosto do karania samych siebie za to, co się stało?
 
1 2 3 4  następna
Zobacz także
Beata Kolek
Uciekać można we wszystko: w pracę, seks, życie towarzyskie, sen, alkohol, fantazje, w religię też. W każdej sytuacji psychika może stosować jakiś przebiegły mechanizm ratujący przez poczuciem porażki, przykrości, a przede wszystkim chroniący przed przykrą prawdą. W jednym z podręczników do psychologii można znaleźć taką oto anegdotę. Pewnego razu student zapytał wykładowcę: „Panie Profesorze, czym jest nauka?". Po chwili namysłu profesor odpowiedział: „Nauka jest szukaniem czarnego kota w ciemnym pokoju".  
 
Jan Halbersztat
Co byś zrobił mając świadomość, że już zawsze będzie ciężko i pod górkę? Że zawsze już będziesz musiał zmagać się ze zniechęceniem, z brakiem poczucia Bożej obecności, z duchowym chłodem, z pustką w sercu? Że już zawsze modlitwa czy Eucharystia będą (na poziomie uczuć) ciężkim obowiązkiem, a nie radością? Że już do końca będziesz musiał walczyć z pokusą grzechu, nie mając za grosz satysfakcji ze zwycięstwa? Że miejsce radości wiary i poczucia bliskości Boga zajęła pustka - i że ta pustka wcale nie zniknie jutro, pojutrze ani za rok?
 
ks. Stanisław Hartlieb
Nie rozumiemy, że Pascha to nie tylko Zmartwychwstanie, Wielka Noc, to równocześnie śmierć Pana Jezusa na krzyżu. Pełne przeżycie Triduum obejmuje i domaga się okresu przygotowania: Wielki Post - od Popielca do południa Wielkiego Czwartku - oraz okresu dopełniającego: Pięćdziesiątnica Radości Paschalnej - od Wielkiej Niedzieli do Niedzieli Zesłania Ducha Świętego. 
 
 

ISMCH

___________________
 
 reklama