logo
Piątek, 05 marca 2021 r.
imieniny:
Aurory, Euzebiusza, Hadriana, Fryderyka, Oliwii – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Gennaro Preziuso
Przenosiny, których nie było
Głos Ojca Pio
 


Jego wypowiedź, a zwłaszcza słowa "użyję mojej władzy" utwierdziły obecnych w przekonaniu, że ów zakonnik może być nowym przełożonym klasztoru, choć miał na sobie habit nieco odmienny od tego, jaki noszą kapucyni. Podnieśli więc natychmiast alarm: "Biegnijcie, zabierają Ojca Pio!".

Po kilku minutach wzburzony tłum nacierał na klasztor. Kapucyni na próżno próbowali powstrzymać najbardziej agresywnych. Dopiero około godziny 22.00 zdołano wszystkich wyprowadzić i zabarykadować drzwi wejściowe.

Z placu dobiegały krzyki i groźby: "Wynoś się!... Na pohybel!... Rozerwiemy cię na strzępy!... Jeśli zmusisz Ojca Pio do opuszczenia klasztoru, urządzimy rzeź!...".

Pechowy franciszkanin

Pechowy zakonnik w rzeczywistości nie był nowym przełożonym. Był to ojciec Eugenio M. Tignola, z kolegium serafickiego św. Piotra w Neapolu, który, nieświadomy sytuacji, przybył do klasztoru w San Giovanni Rotondo jedynie w celu poznania Ojca Pio i wyspowiadania się u niego. Tak o tym zdarzeniu pisał 6 maja 1931 roku: "W nocy z 6 na 7 kwietnia, podczas gdy spałem w klasztorze braci kapucynów w San Giovanni Rotondo, przyszedł tłum ludzi, który domagał się, bym natychmiast wyjechał. Gwardian i Ojciec Pio przez półtorej godziny czynili wszystko, by uspokoić tłum, aż w końcu przybył burmistrz i karabinierzy, którzy zaprowadzili porządek i kazali rozejść się ludziom".

W rzeczywistości uzbrojeni po zęby uczestnicy zajścia domagali się za wszelką cenę, by gwardian przekazał im owego zakonnika, aby mogli odprowadzić go do Foggii. Ponieważ ich żądanie nie zostało spełnione, około północy wzięli słup pozostawiony na placu przez robotników zakładających linie elektryczne i, sforsowawszy nim drzwi, wdarli się na wewnętrzny dziedziniec klasztoru. Było tam około setki mężczyzn, kobiet i dzieci.

Gwardian, który w tym czasie znajdował się na chórze, zszedł na dół i rozkazującym tonem nakazał wszystkim opuścić klasztor. Obietnica przywołania Ojca Pio zdołała nieco uspokoić ludzi. Ojciec Pio, za którym ledwie żywy podążał ojciec Eugenio M. Tignola, pokazał się w oknie celi usytuowanej najbliżej chóru. Przyjęty został długimi brawami. Poproszony przez gwardiana o interwencję, wezwał wszystkich do spokoju: "Moje błogosławione dzieci, zawsze byliście dobrzy... Błagam was teraz, byście posłuchali mnie jak zawsze i wrócili do swoich domów, nikomu nie czyniąc nic złego. Obecny tutaj gość nie jest tym, za kogo go uważacie. To brat, który przybył tutaj w drodze powrotnej z posługi kaznodziejskiej ze względu na potrzeby swojej duszy...". Jednak nieufny tłum wciąż myślał, że słowa wypowiedziane przez Ojca Pio zostały mu narzucone przez przełożonego i ponownie zaczął podnosić głos.

W końcu nadeszli karabinierzy, prowadzeni przez sierżanta i burmistrza Morcaldiego, który zażądał wydania gościa. Gwardian zszedł, by z nim porozmawiać i udało mu się przekonać burmistrza.

Don Ciccio wspiął się na stopień i wychwalając "swoich" obywateli, których przyjął i ugościł Ojciec Pio, duma Kościoła, Włoch i miasta San Giovanni Rotondo, oznajmił: "Bóg dał nam Ojca Pio i nikt nie może nam go odebrać. Ja jako pierwszy zdejmę uniform burmistrza i chwycę za karabin. Teraz, jeśli dobrze mnie zrozumieliście, wiedzcie, że nie możemy wyrzucić przybyłego dziś wieczór zakonnika, ponieważ przede wszystkim nie jest on tym przełożonym, którego się wyczekuje... Jest on zwykłym gościem, który przybył do Ojca Pio w potrzebach duchowych, i dlatego nie możemy go wyrzucić. Nade wszystko trzeba uniknąć sytuacji, w której o Ojcu Pio mówiłoby się bez czci, że pozwolił, by bez najmniejszej winy obrażono jego gościa".

Dyplomatyczne przemówienie burmistrza ostudziło rozpalone dusze. Grupa się rozwiązała i wszyscy, zorganizowawszy uprzednio na całą noc straże dokoła klasztoru, powrócili do domów.

Wrócił do siebie także ojciec Eugenio M. Tignola. Wyjechał pierwszym autobusem, o piątej rano, śniąc na jawie o swoim, o wiele bezpieczniejszym, kolegium serafickim w Neapolu, przy Via Vecchia Capodimonte, nr 146. cdn.

Gennaro Preziuso
tłumaczenie: Tomasz Duszyc OFMCap

 
poprzednia  1 2 3
Zobacz także
Tadeusz Basiura
Nie ma człowieka, który nie dźwigałby swojego życiowego krzyża. Życie obarcza go różnorakimi ciężarami – bardzo wielkimi: śmierć w rodzinie, choroba, kalectwo, nieco mniejszymi: brak pracy, brak pieniędzy, samotność, jak i tymi całkiem małymi: zawód miłosny, awaria samochodu, nagana od szefa, deszczowy urlop...
 
Tadeusz Basiura
Choć nie wszyscy uczestniczymy w balach, to jednak jest w nas coś z tej karnawałowej atmosfery. Nieczęsto zwracamy na to uwagę i nie odkrywamy tego w sobie. Lubimy, podobnie jak bawiący się w Wenecji, zakładać maski i odgrywać różne role, kryjąc się za zasłoną, która w naszym mniemaniu upiększa nas...
 
Paweł Szpyrka SJ
Tomasz More w pustelni, którą nakazał wznieść w swoim ogrodzie w Chelsea, oddawał się lekturze i modlitwie. W piątki pościł i często rozważał Mękę Pańską. Opatrzność sprawiła, że mógł jej doświadczyć bardzo osobiście. Dramat rozpoczął się właściwie 16 V 1532 r., kiedy złożył rezygnację z kanclerstwa. Król łaskawie ją przyjął, jednak już wtedy Tomasz zdawał sobie z tego sprawę, że człowiek niełatwo uwalnia się od własnych dobroczyńców. Pod wpływem nieprzychylnego otoczenia król coraz bardziej zaczął odczytywać jego odejście jako zuchwałą dezaprobatę dla jego reformatorskich działań.
 
 
___________________
 
 reklama