logo
Środa, 13 maja 2026 r.
imieniny:
Agnieszki, Magdaleny, Serwacego, Roberta, Andrzeja, Marii – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 

Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
ks. Michał Heller
Racjonalność i zdziwienie
Znak
 
fot. Marek Piwnicki | Pexels (cc)


Nauka się rozwija, coraz mniej jest w naszych teoriach dziur, a rozumowanie badaczy z poprzednich wieków wydaje się nam dziś naiwne. Czy to oznacza, że nie ma już miejsca na podziw dla „cudów przyrody”?

 

W miarę jak coraz lepiej opanowywałem sztukę czytania struktur matematycznych, rosło moje zdziwienie faktem, że niektóre z nich precyzyjnie „pasują” do pewnych obszarów świata. Na przykład równanie, które ktoś wymyślił (Maxwell, Einstein, Schrödinger…), a które ja przyswoiłem sobie z wielkim trudem, i to jedynie w pewnym tylko stopniu, tak się zachowuje, jakby w nim była zapisana – lub wręcz zadana – struktura pewnej części (lub aspektu) świata, z detalami, jakich nie mogli znać ci, którzy to równanie po raz pierwszy napisali. Tę zadziwiającą własność świata (i matematyki!) zwykłem nazywać jego racjonalnością. Przecież matematyka jest wykwitem ludzkiej racjonalności i jeżeli świat jej ulega, to można go nazwać – w tym i tylko w tym sensie – racjonalnym. Oczywiście nie chodzi o matematykę, jaką wyrażamy za pomocą naszych pojęć i symboli, lecz o matematykę, do której nasze pojęcia i symbole jakoś się odnoszą.

 

Kiedy po raz pierwszy przeczytałem zdanie Leibniza, zapisane przez niego na marginesie tekstu Dialogus: „Gdy Bóg liczy i zamyśla, świat się staje”, uderzyła mnie trafność tej metafory. Rzeczywiście, równania Maxwella, Einsteina, Schrödingera i inne równania fizyki matematycznej zachowują się tak, jakby stanowiły fragmenty programu, według którego Bóg stworzył świat.

 

Moje zdziwienie skutecznością matematyki stawia nieco szerszy problem: jaka jest rola zdziwienia w argumentacji za istnieniem Boga?

 

Natychmiast po postawieniu tego pytania trzeba dodać zastrzeżenie: zdziwienie nie jest argumentem w sensie logicznym (dziwić się można nawet błędom w rozumowaniu!), ale może mieć dużą moc emocjonalną i, skutkiem tego, bardzo wzmacniać lub osłabiać przekonania. Bynajmniej nie znaczy to, że emocje nigdy nie były (nad)używane w charakterze argumentów logicznych, a gdy to miało miejsce, wykazywały dużą moc sprawczą.

Zdziwienie architekturą świata narodziło się prawie równocześnie z naukami przyrodniczymi. Oczom badaczy ukazał się wówczas świat niespodziewany. Niezmienny kosmos Arystotelesa, widziany przez teleskop, okazał się złudzeniem rozumu, który bezkrytycznie wierzy niewydolnym zmysłom. Mikroskop otworzył nowe światy, zaskakujące swoim bogactwem. Kto przedtem mógłby przypuszczać, że oko komara jest precyzyjnym instrumentem optycznym, przewyższającym możliwości ziemskich konstruktorów? A nowa fizyka sir Izaaka Newtona tylko dlatego nie została ochrzczona teorią wszystkiego, że to określenie miano wymyśleć dopiero trzy wieki potem, gdy fizyka uczonego z Trinity College stała się już tylko szczególnym przypadkiem ogólniejszych teorii.

 

Matematyka Newtona nie działała jednak tak sprawnie, jak można by przypuszczać. Jego wszechświat wymagał warunków początkowych, których sam sobie nie mógł zadać (z tym i dziś mamy kłopoty), oraz „poprawek”, gdy jego struktura ulegała zaburzeniom (np. wskutek nieprzewidzianych odwiedzin komet). Żeby wszechświat działał sprawnie – i w teleskopowej, i w mikroskopowej skali – potrzebny był Konstruktor. Ten sposób myślenia znacznie się rozpowszechnił i z czasem został nazwany fizykoteologią.

 

Rodzi się pytanie: czy moje zdziwienie racjonalnością świata nie jest bardziej wyrafinowaną formą tego samego zdziwienia, które zrodziło fizykoteologię? Chcę nad tym pomyśleć.

 

Zadziwienie światem


Fizykoteologia nie ma dobrych notowań ani w teologii, ani w historii nauki, w szczególności w historii nauki o życiu. Teologowie oskarżają fizykoteologię o zbyt pochopne przeskakiwanie od naturalnego podziwu do dopatrywania się wszędzie bezpośredniej działalności Boga. Biologowie widzą w niej styl myślenia, który blokował drogę do krytycznego myślenia i w efekcie do teorii ewolucji. Z dzisiejszej perspektywy tak to właśnie wygląda, ale w XVII w. perspektywa ta należała do odległej przyszłości. Bo jakie naukowe kontrpropozycje uczeni tamtych czasów mogli przeciwstawić fizykoteologicznym argumentom? Do dyspozycji były dwie wizje świata: Kartezjańska, która na Kontynencie jakiś czas jeszcze się broniła, i Newtonowska – na Wyspach było już oczywiste, że fizyka Kartezjusza w konkurencji z Newtonem długo nie wytrzyma. Kartezjański wszechświat jest światem mechanicznym, działa jak maszyna na zasadzie wzajemnych oddziaływań swoich części (zderzenia, tarcia). Aby wyjaśnić naturę jakiegoś zjawiska, należy odtworzyć jego genezę, to znaczy pokazać, jak mogło ono powstać na skutek działania przyczyn naturalnych (a nie przez odwoływanie się do bezpośredniego działania Boga). Jednakże wyjaśnienia, jakie Kartezjusz proponował przy pomocy swojej opisowo-mechanicznej fizyki, okazywały się nieskuteczne. Z kolei Newton ofiarowywał fizykę w pełni zmatematyzowaną i dobrze przystającą do obserwowanych zjawisk, ale sam podkreślał, że aby cały jego system mógł sprawnie funkcjonować, niezbędne są interwencje Stwórcy w niektórych krytycznych momentach. To właśnie ten pogląd, wywodzący się z wnętrza Newtonowskiej fizyki, walnie przyczynił się do utrwalenia fizykoteologii na Wyspach Brytyjskich.

 

Autorem, którego często cytuje się jako typowego przedstawiciela fizykoteologii i któremu chętnie wytyka się naiwność jego argumentów, jest John Ray (1627–1705). Tę obecną „złą sławę” przyniosła mu jego niegdyś bardzo poczytna książka pt. The Wisdom of God Manifested in the Works of the Creation (Mądrość Boga przejawiająca się w dziełach stworzenia). Był on wybitnym botanikiem swoich czasów. Położył duże zasługi w dziedzinie biologicznej taksonomii. Jemu biologia zawdzięcza pojęcie gatunku.

 

Ponieważ w zwięzłym artykule nie sposób dokonać wyczerpującej analizy całego dzieła, proponuję uważną lekturę niewielkiego fragmentu jako małej próbki argumentacji Raya. Chodzi mi o początek rozdziału poświęconego roślinom. Na wstępie Ray wyjaśnia, że przez rośliny rozumie takie ożywione byty, które są obdarzone duszą wegetatywną, i zapowiada, że następujące pytania będą przedmiotem jego zadziwienia: „(…) dlaczego niektóre rośliny wyrastają do dużych wysokości, a inne czołgają się po ziemi, chociaż mają nasiona tej samej wielkości, albo nawet mniejsza roślina może mieć większe nasienie? Dlaczego każda poszczególna roślina ściśle przestrzega właściwości gatunku, do którego należy, i czyni to z taką stałością, że zawsze wytwarza liście tego samego kształtu, podziału i wzoru brzegów oraz produkuje takie same kwiaty, owoce i nasiona? Czyni to nawet wtedy, gdy się ją przesadzi do gleby, w której nigdy dotychczas nie wyrastały rośliny tego rodzaju. A więc istnieje jakieś logos spermaticos, które to powoduje, albo raczej pewna inteligentna plastyczna Natura (…). W jaki bowiem sposób moglibyśmy wyjaśnić rozwój i wielkość roślin przy pomocy mechanicznych zasad ruchu materii bez odwolywania się do Opatrzności i Nadzoru jakiegoś wyższego Czynnika?”.

 

Sformułowanie tych pytań rzeczywiście brzmi naiwnie dla naszego ucha (np. sugerowanie w nich związku pomiędzy wielkością rośliny i rozmiarami jej nasienia), lecz w gruncie rzeczy dotyczą one rzeczywistych problemów. Świadczy o tym fakt, że dopiero niedawno zdołaliśmy na nie odpowiedzieć za pomocą teorii ewolucji i genetyki. John Ray nie miał do dyspozycji takich narzędzi. Odrzuciwszy (sfalsyfikowawszy) hipotezę, że różnice między roślinami mogą pochodzić od gleby, na której rosną, wyjaśnień szukał w dostępnych mu koncepcjach. Powołuje się na trzy: Arystotelesa, głoszącą, że porządek świata jest wieczny; Epikura, że porządek powstał z przypadkowych ruchów atomów; i Kartezjusza, usiłującego przyczyny celowe całkowicie zastąpić wyjaśnieniami mechanicznymi. Obszerna polemika z tymi „wyjaśnieniami” (najobszerniejsza z Kartezjuszem) pozostawia na placu boju jedynie możliwe – zdaniem Raya – wyjaśnienie odwołujące się do logoi spermaticoi albo inaczej do działania pewnej „inteligentnej plastycznej Natury”. Jest rzeczą nieco paradoksalną, że John Ray przywołał w tym kontekście logoi spermaticoi (rationes seminales, przyczyny zarodkowe) – wyrażenie, w którym późniejsi chrześcijańscy obrońcy Darwina dopatrywali się zaczątków teorii ewolucji. Nie ma jednak wątpliwości, że John Ray utożsamia logoi (rationes) z inteligentną plastyczną siłą działająca w przyrodzie. Nazywa ją także Wyższym Czynnikiem (Superior Agent).

 

O naprawianiu radia i istocie życia


Przenieśmy się teraz do innych czasów. Jest rok 2002. W prestiżowym czasopiśmie naukowym „Cancer Cell” Yuri Lazebnik publikuje artykuł, wcale niebędący pracą badawczą, lecz raczej nieco satyrycznym esejem, który jednak dość szerokim echem odbija się w naukowym świecie. Lazebnik uderzył w czułą strunę. Jego ostre pióro wywołało ważny temat – podstawy strategii badawczej, wręcz filozofii badań, w biologii.

 

Żonie Lazebnika zepsuło się stare radio tranzystorowe. Autor zadał sobie pytanie: jak biolog redukcjonista zabrałby się za jego naprawę, stosując swoje naukowe metody? Załóżmy, że w punkcie wyjścia na temat radia wie on tylko tyle, iż jest to pudło do grania muzyki. Zacząłby oczywiście od zabezpieczenia odpowiednich funduszy na badania (granty, sponsorzy etc.). Następnie kupiłby dużą liczbę takich samych egzemplarzy tego typu radia, żeby móc prowadzić statystyczno-porównawcze badania. Po otwarciu kilku radioodbiorników opisałby i scharakteryzował (według różnych kryteriów: kształtu, barwy itp.) wszystkie jego części. Potem usuwałby niektóre z nich (pojedynczo lub małymi podzespołami), by sprawdzić, czy tak uszkodzone radio jeszcze gra czy już nie. Mimo że te i inne podobne zabiegi nie przyniosłyby rezultatu (dalej nie byłoby wiadomo, dlaczego radio żony Lazebnika nie gra), biolog w okresowym sprawozdaniu szczegółowo wyłuszczyłby, o ile dzięki swoim badaniom wzbogacił naszą wiedzę o radioodbiornikach, i zapewne złożyłby wniosek o przyznanie dodatkowych funduszy na dalsze badania. A gdyby takie fundusze otrzymał, być może zszedłby z badaniami bardziej w głąb i angażując odpowiednich specjalistów oraz sprzęt, zacząłby badać strukturę molekularną metalowych części radia.

 

Lazebnik stawia kropkę nad i: alternatywą byłoby wezwanie specjalisty technika, który prawdopodobnie załatwiłby sprawę w ciągu kilkunastu minut. Specjalista bowiem wiedziałby, jak działają radia, to znaczy wiedziałby, jak w odbiorniku radiowym funkcjonują obwody elektroniczne i jak muszą być ze sobą połączone poszczególne części, żeby wszystko działało.

 

Do tej satyry odwołał się Paul Davies w swojej odkrywczej książce Demon w maszynie (Copernicus Center Press, Kraków 2020), uzupełniając wnioski, jakie z niej wyciągnął sam Lazebnik. Davies uważa, że rozkładając żywy organizm na części składowe – nawet najdrobniejsze: atomy i cząstki elementarne – nie zrozumiemy zjawiska życia, i w tym zgadza się z Lazebnikiem. Musimy również wiedzieć, jak wzorce informacji krążą w organizmie (na podobieństwo strumieni elektronów w obwodach radiowych). Więcej jeszcze: zdobyć wiedzę, „w jaki sposób operacje logiczne wyłoniły się z cząstek”. Jesteśmy dopiero u początku odkrywania fizyki tych procesów. Swoje wnioski Davies ilustruje fragmentem programowego artykułu noblisty Paula Nurse’a pt. Life, Logic and Information; artykuł ten został opublikowany w „Nature” w 2008 r.: „Skupienie się na przepływie informacji pomoże nam lepiej zrozumieć, w jaki sposób działają komórki i organizmy (…). Musimy opisać oddziaływania międzycząsteczkowe i przemiany biochemiczne zachodzące w żywych organizmach, a następnie przełożyć te opisy na obwody logiczne, które odzwierciedlają sposób zarządzania informacjami”.

 

„To, co dostrzegamy, to obiekty, a nie bity” – zauważa Davies. Zarówno Davies, jak i Nurse podkreślają, że nie zaniedbując obiektów, należy badać bity, czyli informację, a jeżeli informację, to przede wszystkim operacje logiczne, „które odzwierciedlają sposób zarządzania informacjami”. „Mogę sobie wyobrazić – to znowu Davies – że sztuczna inteligencja przyszłości będzie zdolna do odczytywania przepływu informacji oraz wyszkolona do rozpoznawania ludzi nie po ich twarzach, ale na podstawie architektury informacyjnej mieszczącej się w ich mózgach”.

 

Jeżeli to wszystko skonfrontujemy z argumentami Johna Raya, to trudno przeciwstawić się wnioskowi, że są one naiwne i nieskuteczne. Ostatecznie mamy prawo patrzeć na przeszłość z punktu widzenia naszej obecnej wiedzy. Trzeba rozumieć uwarunkowania naszych poprzedników, jednak przecież po to nauka się rozwija, żeby coraz lepiej rozumieć rzeczywistość. Czy znaczy to jednak, że podziw Raya dla „cudów przyrody” został ostatecznie zneutralizowany i trzeba odstawić go do lamusa?

 

Ten, który myśli świat


Wracamy zatem do zdziwienia racjonalnością świata, przejawiającą się w skuteczności jego badania za pomocą matematyczno-empirycznej metody. Jest ono pod pewnym względem podobne do zdziwienia, jakim John Ray dzielił się ze swoimi czytelnikami. W obydwu przypadkach źródłem zdziwienia jest dostrzeżenie pewnego braku proporcji pomiędzy kontemplowaną własnością świata (wewnętrzny plan budowy rośliny, matematyczność świata) a możliwością jej wyjaśnienia. A nawet mocniej, chodzi po prostu o brak takiego wyjaśnienia. Istnieje wszakże podstawowa różnica. John Ray czuje się zmuszony do zaakceptowania takiej sytuacji. Nauka obecnie nie dostrzega poszukiwanego wyjaśnienia i nie ma szans, żeby to w przyszłości uległo zmianie. Argument jest przejrzysty: plan, wedle którego w tym konkretnym przypadku działa przyroda, jest rozumny, ale sama przyroda jest pozbawiona rozumu, więc w jej obrębie nie znajdzie się wyjaśnienia. Mamy więc do czynienia z prawdziwą „dziurą” w wyjaśnianiu przyrodniczym.

 

Dziś takie widzenie całego problemu możemy usprawiedliwić tym, że nauki przyrodnicze były wówczas na bardzo wczesnym etapie swojego rozwoju, metoda naukowa dopiero się krystalizowała i nie pokazała jeszcze wszystkich swoich możliwości. Uczeni tamtych czasów, będąc świadkami (i autorami!) postępu, jakiego nigdy przedtem nie było, jego początkową fazę brali za stan dojrzały. Nawet wielki Newton uważał, że w dziedzinie fizyki swoim następcom pozostawił już tylko dopracowywanie szczegółów. Historia pokazała, jak bardzo się mylił.

 

Anegdota Lazebnika jest pod tym względem pouczająca. Biologia naszych czasów napotyka wiele dziur w wyjaśnianiu różnych procesów życiowych. Nie są one jednak traktowane jako końcowe wnioski z badań, lecz jako wyzwanie do pokonania. A ponieważ dziury są uporczywe i nie chcą dać się wypełnić za pomocą dotychczasowych redukcjonistycznych metod, Lazebnik nawołuje, żeby uzupełnić je metodami bardziej holistycznymi, a Paul Davies usilnie ich poszukuje i widzi je we „wzorcach informacji” krążących w organizmie, którymi rządzą prawa „nowej fizyki”. Nie wiadomo, czy ma rację, ale ważne jest to, że nie ma dziur; jest tylko pole do zagospodarowania.

 

Bóg Johna Raya jest kiepskim rzemieślnikiem. Pozostawia swoje dzieło pełne dziur i niedoróbek. Zdziwienie tym dziełem wypala się, gdy tylko nauka poczyni postępy i dziury zostaną wypełnione.

 

Matematyczna racjonalność świata sugeruje, że jeżeli Bóg myśli świat, to myśli go do końca, bez żadnych dziur czy Newtonowskich poprawek. Bóg Leibniza jest artystą doskonałym. Odstąpienie od wyjaśniania świata samym światem jest metodologicznym błędem i teologicznym bluźnierstwem. Zadziwienie racjonalnością świata zamienia się w kosmiczną modlitwę.

 

ks. Michał Heller
ZNAK styczeń 2022

 
Zobacz także
Jarek Kumor

Pewnym odzwierciedleniem specyfiki męskiego serca jest obraz budującego się Kościoła, gdzie mamy multum pomocników - facetów, którzy wiedzą, że mogą się tu na coś przydać. Gdy Kościół jest już ukończony, pojawiają się kilka razy, dumni, że przyłożyli do tego swoją rękę. Potem się gdzieś rozpływają. Widzą, że tu już ich rola się skończyła. Bo niestety słynne 3xS (stój, słuchaj, śpiewaj) nie jest naszą domeną.

 
Jacek Prusak SJ
Artykuł został usunięty, ponieważ redakcja Tygodnika Powszechnego zakończyła współpracę ze wszystkimi serwisami internetowymi, także z naszym.

Zapraszamy do czytania innych ciekawych artykułów w naszej czytelni.
 
Dariusz Kowalczyk SJ

W życiu współczesnych ludzi można zauważyć pewien paradoks. Otóż z jednej strony lansuje się typ człowieka, który sam jeden kieruje swoim życiem, zgodnie z własnymi upodobaniami, z drugiej zaś – szerzy się wiara w przeznaczenie oraz lęk przed tym, co przypadkowe i groźne w swojej nieobliczalności. 

 

___________________