logo
Sobota, 31 października 2020 r.
imieniny:
Urbana, Krzysztofa, Wolfganga – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Agnieszka Turska
Śladem Miłości
Posłaniec
 


Śladem Miłości

Któż o niej nie słyszał? Któż nie podziwiał jej za skromność i za oddanie się najbardziej potrzebującym? Któż wreszcie nie ubolewał z powodu jej śmierci? "Oni" szczególnie odczuli tę stratę. Całe życie walczyła nie o sławę, nie o bogactwo, ale o każdą najdrobniejszą istotę, o jej prawo do miłości, do godnej śmierci. Ile w niej było dobra, tyle niezrozumienia i zła atakowało ją z każdej strony. Na szczęście jej starania nie poszły na marne. Nauczyła Miłości wielu innych, którzy poszli w jej ślady. Dowody na to są widoczne w wielu miastach Indii, ja jednak chciałam dotrzeć do źródeł, do miejsc, które wpłynęły na taką, a nie inną postawę Matki.

Agnieszka Bojaxhiu urodziła się 27 sierpnia 1910 roku w Skopie, w zamożnej albańskiej rodzinie. Od najmłodszych lat czuła bezgraniczną miłość do Boga. Polityka, w którą był zamieszany jej ojciec, niekorzystnie wpłynęła na sytuację rodzinną. Mając osiemnaście lat, Agnieszka została siostrą w Zgromadzeniu Matki Boskiej Loretańskiej. W 1928 roku wyjechała do Indii, do Darjeeling, gdzie odbyła nowicjat i przyjęła imię Teresy. Stamtąd skierowano ją do Kalkuty w celu ukończenia wyższej szkoły. Wedle woli przełożonych została nauczycielką historii i geografii w kolegium dla bogatych Hindusek. Była posłuszna. Nie widziała wówczas ubogich, wysłuchiwała tylko smutnych opowieści. Wiedziała, że jej życiową misją jest służba najuboższym. Czekała na wezwanie Boga aż do 10 września 1946 roku.

Kiedy ponownie odbywała podróż do Darjeeling na Ćwiczenia duchowe, jechała wśród tłumu nędzarzy. Doznała nowego powołania: Było to przesłanie jasne i wyraźne: miałam opuścić mury klasztoru i żyć pośród ubogich. On wzywał mnie, abym służyła zrozpaczonym, najuboższym z ubogich w Kalkucie - tym, którzy nie mają nic i nikogo; tym, do których nikt nie chce się zbliżyć, ponieważ są źródłem zarazy, brudni, pełni mikrobów i robactwa; tym którzy nie mogą nawet pójść żebrać o jałmużnę, ponieważ są nadzy, (...) tym, którzy już nie płaczą, ponieważ zabrakło im łez. Takich właśnie ludzi ukazał mi Jezus podczas owej podróży, abym ich pokochała. Odbyłam w Darjeeling Ćwiczenia duchowe, rozmyślając nad przesłaniem, jakie otrzymałam, a kiedy wróciłam do Kalkuty, byłam zdecydowana odmienić swoje życie (Renzo Allegri, Matka ubogich).

Do Darjeeling, znajdującego się u podnóża Himalajów, przybyliśmy, aby po zwiedzeniu miasta i malowniczych okolic udać się na kilkudniowy trekking w góry i na własne oczy zobaczyć choć z oddali najwyższe szczyty świata. Często, ze względu na pogodę, niewielu się to udaje. Nam dopisało szczęście. A może to coś więcej? Kiedy w mroźny poranek stanęliśmy na niewielkim szczycie (około 3600 m npm.), a przed nami zaczęły wyłaniać się z ciemności przepiękne pasma górskie, łzy zakręciły się nam w oku. To nie tylko zachwyt nad Everestem, Manaslu, czy Kanczendzangą, które w pierwszych promieniach słońca ukazały się nam w całej swej okazałości. Ale cisza... Ogrom natury budził respekt, ale i uspokajał duszę. Tam poczuliśmy się jakby odmienieni, szczęśliwsi, kochający świat, ludzi. Już wtedy z radością pomogliśmy biednemu tragarzowi. Daliśmy mu spory napiwek za jego ciężką pracę. Nie mógł uwierzyć. Łzy szczęścia pojawiły się w jego oczach. Poczuliśmy ogromną radość. Wtedy też starałam to sobie wyobrazić, co musiała czuć Matka Teresa w takim miejscu, w takich sytuacjach. Kiedy wróciliśmy do Darjeelingu i błądziliśmy po urzędach, aby uzyskać zezwolenie na pobyt w Sikkimie, zwróciłam uwagę na jeden z nich. Było w nim mnóstwo starych fotografii, ale największa przedstawiała Matkę Teresę: Tak - pomyślałam - przecież ona tu była. Była w tym mieście, widziała te góry. To tu postanowiła zmienić swoje życie. Wtedy właśnie poczułam, że okolica ta stała mi się szczególnie bliska, bardziej mistyczna.

Przemierzyliśmy już sporą część Indii. Widzieliśmy wiele nieszczęść i smutku, ale Kalkuty bałam się najbardziej. Jak zareaguję? Czy widok strudzonego człowieka ciągnącego rikszę wpłynie w pewien sposób na moją życiową postawę, na spojrzenie na świat. Nie chciałam być tylko turystką biernie obserwującą wszechobecną nędzę. Ale to nie takie proste.
Mieliśmy mało czasu, zresztą wolontariuszy było tam naprawdę mnóstwo. Jestem fotografem. Po powrocie do kraju zorganizowałam wystawę, aby pokazać, że ci nędznicy, bezdomni są podobni do nas. Chcą żyć, cieszyć się każdym "promieniem słońca", a nie być obiektem pustego współczucia. Wielu jednak nie zrozumiało, co chciałam powiedzieć przez moje fotografie. Najprościej jest przymknąć oko i oglądać tylko ładne widoczki...

Wiele razy czytałam, aby nie dawać nic żebrakom, bo to ich uczy lenistwa. Ale co może zrobić starzec z najniższej kasty, wśród tłumu innych, w kraju, w którym luksusem jest po prostu blaszany dach nad głową? Oczywiście widzieliśmy też naciągaczy, ale ich się wyczuwa. Wielu jednak za równowartość 10 groszy, dziękowało ze łzami w oczach. Dla nich zakupienie placka (ciapaty) to kolejny, szczęśliwie przeżyty dzień. Bez wyrzutów sumienia wynajmowaliśmy też riksze ciągnione przez ludzi, ponieważ w ten sposób dawaliśmy im zarobić na utrzymanie rodziny.

Dotarliśmy do bardzo czystej i spokojnej dzielnicy, gdzie mieścił się kiedyś przytułek dla najuboższych. Obecnie wokół "Misji Matki Teresy" panuje zupełny spokój. Wewnątrz natomiast, ku naszemu zdziwieniu, zobaczyliśmy piękny, ale skromny grobowiec. Wtedy zrozumieliśmy, że miejsce to stało się obiektem poświęconym pamięci Matki Teresy. Tam też w ciszy i spokoju można było obejrzeć zdjęcia przypominające jej życie, codzienne zajęcia, zadumać się i pochylić czoła... Na piętrze był prosty ołtarz, przed którym spędzała wiele czasu. Dowodem na to była figura klęczącej kobiety, ubranej w biały habit, ustawiona w miejscu, w którym zawsze kuliła się przed Bogiem. Nawet stąpając po korytarzach i czytając jej przesłania, miało się wrażenie, że jest gdzieś blisko, że oprowadza nas i przekazuje swoją miłość.

Nie wiedzieliśmy, czy to jest możliwe, ale bardzo chcieliśmy zobaczyć siostry przy pracy, podać dłoń potrzebującym i wreszcie wręczyć prezenty lub datki. Nieopodal Misji znajduje się przytułek dla dzieci i punkt, w którym wydawane są darmowe leki dla najbardziej potrzebujących. Mnóstwo wolontariuszek z różnych stron świata przybyło tutaj, aby pomóc misjonarkom, umilić trudne dzieciństwo maluchom, opiekując i bawiąc się z nimi. Smutno natomiast wyglądała sala, gdzie dzieci leżały w łóżeczkach. Pomimo wspaniałej opieki brakowało im tego szczerego, beztroskiego uśmiechu na twarzy. Nikt przecież nie zastąpi matczynego ciepła i miłości.

Następnego dnia z mapą w ręku udaliśmy się do szpitala założonego niegdyś przez Matkę Teresę. Do tej dzielnicy dociera już niewielu turystów. Pomimo iż zrobiliśmy ten krok, ranił nas widok ogromnej ilości żebraków, całych rodzin bez dachu nad głową próbujących coś upichcić na małych paleniskach przy krawężniku. Sam szpital, przesiąknięty miłością do Boga i bliźnich, położony jest w nietypowym miejscu, w pobliżu hinduskiej świątyni najbardziej okrutnej i krwawej bogini Kali. To zadziwiające jak te pozornie dwa odrębne światy nie kłóciły się tutaj z sobą. W świątyni przygotowywano codziennie posiłek dla ubogich, a obok chrześcijanie pomagali chorym i umierającym godnie zejść z tego świata. Chorzy leżeli wszędzie. Już za wejściowymi drzwiami młody wolontariusz pomagał bezradnemu mężczyźnie. Schowałam aparat... Tutaj baliśmy się nawet patrzeć. Nikt do nas nie podszedł. Na dużej, zbiorowej sali panował ogólny chaos. Nagle ktoś szybko zbliżył się do nas, zaprowadził nas do mniejszego pomieszczenia i wskazał szafki, gdzie schowaliśmy nasze rzeczy. Byliśmy zdezorientowani. Mojemu mężowi kazano opuścić salę. Były tam tylko kobiety. Nie wiedząc co z sobą począć, rozejrzeliśmy się dookoła. Nigdy nie zapomnę widoku zawstydzonej, rozebranej kobiety jakby pozbawionej skóry na plecach. Wzięto nas za wolontariuszy. Zakłopotani wycofaliśmy się. Uciekliśmy się do najprostszego sposobu pomocy. Przed wyjściem wręczyliśmy siostrze mały zwitek, który serdecznie ją ucieszył. Wyszliśmy w ciszy. Jeszcze długo nie mogliśmy rozmawiać. W tym dniu już nic nie było w stanie nas rozbawić.

Agnieszka Turska

tekst pochodzi z  Posłańca Serca Jezusowego

 
Zobacz także
br. Andrzej Zębik OFMCap.
W 1543 r. do furty kapucyńskiego klasztoru zadzwonił dwudziestoośmioletni Feliks, wyrażając pragnienie zostania zakonnikiem. Był dojrzałym mężczyzną, miał za sobą doświadczenie ciężkiej pracy na roli. Od dziecka wychowany przez głęboko wierzących rodziców w atmosferze zdrowej i prostej religijności. Jego powołanie kształtowało się pod wpływem dziecięcego zauroczenia opowieściami o pustelnikach, a przede wszystkim dzięki codziennemu chrześcijańskiemu życiu w rodzinie...
 
O. Wiesław Dawidowski OSA
Jestem augustianinem, czyli duchowym synem św. Augustyna z Hippony. Myślę, że ma to znaczenie dla rozważań o roli świeckich w Kościele, bowiem św. Augustyn nigdy nie chciał być ani biskupem, ani kapłanem. Wolał prowadzić życie tzw. sługi Bożego, mieszkającego we wspólnocie wiernych świeckich, oddanych modlitwie, pracy i filozofii. Pewnego dnia został przymuszony do święceń kapłańskich, a potem biskupich. Cóż, Duch Święty niekiedy działa na skraju przemocy! Ale Augustyn nigdy nie przestał żyć we wspólnocie ze świeckimi...
 
wywiad z Anną Dymną
Właściwie to wszystko stało się przez przypadek. Dziś w Polsce jest bardzo trudno pomagać. Wokół nas jest tyle nędzy, samotności, bezradności. Dostaję tyle listów od ludzi w beznadziejnych sytuacjach. Może nie wszystko jest prawdą, ale wiele spraw poraża... To przez przypadek właśnie poznałam ks. Tadeusza Zaleskiego i jego Fundację św. Brata Alberta w Radwanowicach. Odbywał się tam jakiś przegląd teatrów ludzi umysłowo niepełnosprawnych. Poproszono bym tam przyjechała, nie mogłam odmówić...
 
 
___________________
 
 reklama