logo
Sobota, 24 lipca 2021 r.
imieniny:
Kingi, Krystyny, Michaliny – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Dominik Jurczak OP
Śpiew i muzyka w życiu konsekrowanym
Liturgia.pl
 


Po ludzku tracimy umiejętność świętowania, coraz częściej zawężając czy redukując je do intelektualnego przekazu, a w konsekwencji ograbiając z piękna oraz teologicznej głębi. O ile wciąż nie wyobrażamy sobie 90. urodzin babci bez „Sto lat”, o tyle już niedzielna czy świąteczna liturgia bez śpiewu – nie wyłączając samego celebransa – nie stanowi większego problemu.

 

Przemienić kulturę

 

Wygrywająca „Voice of Italy” urszulanka to zakonne faux pas czy przeciwnie – kierunek, w jakim właśnie powinno zmierzać życie konsekrowane dzisiaj? Lady Gaga oraz jej „Bad Romance”, opisujący zalety i wady tytułowego złego flirtu, jaki nowicjusze dominikańscy zatańczyli i wyśpiewali podczas parafialnego festynu, mieści się w ramach kościelnej przyzwoitości, czy też – jakiejkolwiek górnolotnej interpretacji nie próbowalibyśmy znaleźć – to zbyt wiele? Czy naprawdę jedynie „zakonnica w przebraniu”, najlepiej na miarę Whoopi Goldberg, może wnieść uśmiech, autentyzm oraz symptomy życia do klasztornej codzienności?

 

Wszystkie te wątpliwości czy pytania, jakie kumulują się w naszych głowach; zwłaszcza tych, co rozeznają swoje powołanie, zastanawiając się nad wyborem życia konsekrowanego. Czy śpiew i muzyka, jaką proponuje współczesny świat, jakie podsuwa dzisiejsza kultura, to – tak z punktu widzenia chrześcijańskiego, jak i życia konsekrowanego – przejaw normalności czy wręcz odwrotnie, pozostaje nam zaciśnięcie zębów oraz narzucenie kaptura, by dalej odgrywać rolę „zakonnicy w przebraniu”. Właśnie w takiej perspektywie spróbujmy zadać pytanie, czym dla osoby konsekrowanej może i powinna być śpiew oraz muzyka. Wydaje się, że rodzące się na tym styku napięcie, domaga się jakiegoś doprecyzowania, a przynajmniej wskazania na swoistego rodzaju specyfikę. Nie chodzi przecież o to, żeby światem wzgardzić; chodzi o to, by go ostatecznie przemienić.

 

Dźwięczne świętowanie

 

Naszą wędrówkę zacznijmy jednak od prostej obserwacji, w jaką doskonale wpisują się przywołane przed chwilą sceny: muzyka i śpiew przynależą do ludzkiego życia, w pewnym sensie towarzyszą momentom, które – z rozmaitych względów – uznajemy za ważne. Rzeczywiście, trudno mówić o świętowaniu, jeśli z zasady miałoby się ono odbywać poza dźwiękiem. I wcale nie dlatego, że byłoby ono mało znaczące, lecz dlatego, że stałoby się „laboratoryjne”, wręcz aseptyczne.

 

Świętowanie tymczasem – zwłaszcza w chrześcijańskiej perspektywie – to coś więcej niż idea, którą wypada intelektualnie przyswoić czy przekazać. Nikt nie idzie przecież z bukietem kwiatów na 90-te urodziny babci i nie deklamuje znanego poematu pod tytułem „Sto lat, sto lat niech żyje, żyje nam”; przeciwnie, nawet jeśli śpiew nie jest jego domeną, to jednak próbuje włączyć się – na tyle, na ile potrafi. W świętowaniu 90-tych urodzin chodzi bowiem o coś więcej niż uwypuklenie wieku babci czy poprawne wykonanie repertuaru, choć oba wymiary nie są bez znaczenia. Wszystko to prowadzi nas do pierwszego ważnego wniosku: nie ma świętowania bez muzyki i bez śpiewu. Świętowanie bowiem to nie celebracja idei, lecz przede wszystkim to doświadczenie, jakie odnosi się do całego człowieka, a nie tylko jego części.

 

Umieć świętować

 

Wydaje się, że w znacznej mierze tu tkwi problem współczesnego człowieka, a więc dotyka on także osób konsekrowanych. Po ludzku tracimy umiejętność świętowania, coraz częściej zawężając czy redukując je do intelektualnego przekazu, a w konsekwencji ograbiając z piękna oraz teologicznej głębi. O ile wciąż nie wyobrażamy sobie 90-tych urodzin babci bez „Sto lat”, o tyle już niedzielna czy świąteczna liturgia bez śpiewu – nie wyłączając samego celebransa – nie stanowi większego problemu. Ostatecznie zadowalamy się stwierdzeniem, że wyrecytowana liturgia pozostaje ważna i godziwa. Idąc wszakże tym tropem analogicznie moglibyśmy spojrzeć na Mszę świętą, sprowadzając ją do ważnego i godziwego wypowiedzenia „słów konsekracji”. Podskórnie czujemy, że to ślepa uliczka wprost prowadząca do ograbienia Eucharystii z wielu ważnych jej elementów: ze Słowa Bożego, wspólnej modlitwy, z tych wszystkich, co nie zostali wyświęceni…

 

Wracając jednakże do świętowania: to nie uciecha dla mniej lub bardziej przekonanego intelektu, choć nie jest on bez znaczenia, lecz – jak wspomniałem – doświadczenie całego człowieka, to znaczy takiego, który ani się nie boi, ani się nie wstydzi własnej cielesności. W takiej perspektywie muzyka i śpiew nie będą przykrą czy nudną koniecznością, lecz czymś rodzącym się naturalnie, co jednocześnie stanowi odpowiedź i daje formę uczestnictwa, nawet jeśli w kategoriach artystycznych być może nie zawsze będzie to majstersztyk.

 

Wyczuć balans

 

Skoro trudno wyobrazić sobie świętowanie bez muzyki i bez śpiewu, czy oznacza to, że muszą się one pojawić zawsze i w każdych okolicznościach? Bynajmniej. Rzeczywiście, przejawem atrofii świętowania jest także długodystansowe „spłaszczanie” celebracji do któregokolwiek z wymiarów: tak jak eliminowanie śpiewu czy muzyki a priori nie jest dobre, tak podobnie ich permanentne wykonywanie prowadzi do wyjałowienia. Przesadzić można nie tylko przez niedomiar, lecz także przez nadmiar. W życiu tymczasem, zwłaszcza chrześcijańskim, pożądana i w pewnym sensie konieczna jest harmonia. Nie każdego dnia da się śpiewać „Sto lat”, bo śpiew taki straci swoją nośność i odświętność; mówiąc inaczej, po prostu powszednieje. Jeśli spojrzeć na liturgię, źródło życia chrześcijańskiego, oraz na rok kościelny to Wielkanoc czy Boże Narodzenie świętujemy raz w roku, a nie każdego dnia, choć w każdej Eucharystii wspominamy całą tajemnicę życia Chrystusa.

 

W obecnej liturgii ponadto z uroczystościami tymi związana jest oktawa, która wydłuża świętowanie aż do ośmiu dni – także po to, aby dać możliwość „strawienia” tajemnicy, nawet jeśli doskonale wiemy, że to niewykonalne nawet w perspektywie kilku czy kilkunastu lat. Podobnie niedziele, choć każda jest wspomnieniem zmartwychwstania, to jednak różnią się one między sobą: inaczej ma się sprawa z muzyką i śpiewem w niedziele Wielkiego Postu, a inaczej w niedziele „per annum”. Codzienność tymczasem bywa taka, że nie ma znaczącej różnicy między celebracjami: Wielkanoc w zasadzie wygląda jak przeciętna niedziela, a adwentowe roraty czy nabożeństwa pokutne w Wielkim Poście bywają bardziej uroczyste niż sama Wigilia Paschalna, wigilia wszystkich wigilii. Dodajmy: żadną miarą z mojej strony nie jest to zachęta do rezygnowania z rozmaitych form pobożności, lecz do refleksji, by zbadać puls chrześcijańskiego świętowania.

 

Liturgii Wigilii Paschalnej towarzyszy radosny śpiew

 

Tym sposobem dotarliśmy do aporii, w której, z jednej strony, dostrzegamy, że nie ma mowy o pełnym wymiarze świętowania bez muzyki i śpiewu, z drugiej natomiast, że świętowanie nie oznacza nieustannej i nachalnej egzekucji dźwięków. Wracając do naszego przykładu: trudno uznać recytację „Sto lat” za świętowanie urodzin babci, tak samo jak po ludzku trudno wytrzymać uroczysty śpiew „Sto lat” przy każdej możliwej wizycie. Jak rozwiązać zatem powstałą sprzeczność?

 

Tajemnica milczenia

 

Tak naprawdę to pozorny konflikt, bowiem gdy mowa o śpiewie i muzyce, nie sposób ich poprawnie uchwycić bez szerszego kontekstu, to znaczy, bez sfery, którą zwykliśmy nazywać milczeniem. W rzeczywistości tym, czego paląco brakuje współczesnej kulturze – kulturze, z której wszyscy wyrastamy i w jaką nolens volens jesteśmy zanurzeni – nie jest brak inwencji czy środków, nie wyłączając tych materialnych, nawet nie tak bardzo doskwiera nam brak ciszy (taciturnitas), ile problemem jest dramatyczny brak milczenia (silentium).

 

Tylko na pierwszy rzut oka cisza i milczenie to synonimy, natomiast w rzeczywistości mowa o dwóch odmiennych pojęciach. Cisza jest nic-nie-mówieniem, swoistego rodzaju pasywnością, brakiem dźwięków, natomiast milczenie przeciwnie – jest najwyższym stopniem aktywności, takim działaniem, z którym wiąże się napięcie i wyczekiwanie. Nie bez powodu w życiu konsekrowanym nie wystarczy jedynie nie hałasować, nie wystarczy powstrzymywać się od wydawania dźwięków, choć czasem – w świecie zdominowanym przez telefony, niekończące się lajki i esemesy – już nawet to bywa nie lada wyzwaniem. Potrzeba przede wszystkim silentium sacrum, owego runa, w którym da się cokolwiek usłyszeć i to na zupełnie innym poziomie.

 

Odkrywszy sens milczenia – nie tylko jako powstrzymywanie się od aktywności, lecz właśnie jako aktywną formę wyczekiwania – lepiej uchwycić możemy chrześcijański sens muzyki i śpiewu. To bowiem w milczeniu dokonują się kluczowe dla zbawienia i dla historii ludzkości sprawy. Z jednej strony, milczenie stanowi tło, w którym Bóg poza czasem – to znaczy, odwiecznie – rodzi Słowo, stwarza świat Słowem; z drugiej strony, pojawia się ono wtedy, kiedy Bóg posyła Słowo w czasie, które to, przyoblekając się w ludzkie ciało, w pełni staje się człowiekiem.

 

Słowo i milczenie zatem wzajemnie się warunkują i dopełniają. Jeszcze dobitniej pisał o tym Ignacy z Antiochii w liście do Magnezjan: „On to [Jezus Chrystus] jest Jego Słowem wychodzącym z milczenia (hos estin autou logos apo siges proelthon)”. Krótko mówiąc, milczenie jest twórczym i komplementarnym do Słowa momentem, wyrazem wsłuchania się i podporządkowania odwiecznemu Logosowi. W tej perspektywie jest ono dopełnieniem, i w tym właśnie sensie jest konieczne, by na Logos Stwórcy zrodzić się mogła właściwa odpowiedź stworzenia.

 

Muzyka i śpiew odpowiedzią

 

Wreszcie wyartykułować możemy w pełni sens muzyki i śpiewu. Nie są one jakąś nieuporządkowaną formą emanacji emocji, spontaniczną opowieścią stworzenia o sobie; przeciwnie, są „logiczną” odpowiedzią na Logos Stwórcy. Dlatego rolą muzyki i śpiewu jest pomoc w wybrzmieniu Słowu, nigdy zaś nie mogą Go przesłaniać. Nie tyle są estetycznym dodatkiem do szarej codzienności, upiększaczem, czymś, co trzeba wykonać bezrozumnie czy z zaciśniętymi zębami, ile twórczą przestrzenią dia-logos, jaki zrodzić się może jedynie między Stwórcą a stworzeniem. Jeszcze inaczej rzecz ujmując, tak jak w szerokim kontekście muzyka i śpiew towarzyszą ważnym wydarzeniom życiowym, tak w optyce chrześcijańskiej mają dać wybrzmieć Słowu, mają towarzyszyć jedynemu i centralnemu w historii ludzkości Wydarzeniu…

 

Dać się prowadzić

 

Te skomplikowane teologiczne stwierdzenia, ważne i prawdziwe, spróbujmy przetłumaczyć na konkret codzienności. Czym zatem jest i powinna być muzyka i śpiew w życiu osoby konsekrowanej? Co właściwie oznacza, że obie mają być narzędziem wspomagającym Słowo. By to rozumieć, trzeba sobie uświadomić, że żyjemy dzisiaj w odmiennym paradygmacie niż ten, jaki przed momentem naszkicowaliśmy. Obecnie od muzyki i śpiewu oczekuje się bowiem nie tyle, że będą się podporządkowywać czemukolwiek; przeciwnie, raczej mają być one narzędziem prowadzącym do całkowitego wyzwolenia, mają stanowić taki środek wyrazu, przez który artysta nareszcie może się w końcu uzewnętrznić i dalej już w sposób nieskrępowany opowiedzieć o własnych przeżyciach.

 

Cechą charakterystyczną współczesnej narracji – podkreślmy z mocą: nie tylko muzycznej – jest to, że nie jest ona skupiona na słowie, nie myśląc nawet o tym pisanym przez duże „S”, lecz na emocjach. W przestrzeni muzyki kościelnej to wszakże tylko część prawdy. Nie dlatego, że śpiew czy muzyka w Kościele z zasady pomijają człowieka na modlitwie lub nie są zdolne wyrazić go, ale dlatego, że nie stanowią jej pierwszorzędnego celu. W chrześcijańskim ujęciu kluczowa jest służebność wobec Słowa, prymat Logosu oraz całkowite podporządkowanie się Stwórcy. W tej teologicznej optyce, w spotkaniu stworzenia ze Stwórcą, z aktywnego wsłuchania się w Jego Słowo, z owego dia-logos zrodzić się może dopiero adekwatna reakcja: nie tyle strumień ludzkich emocji, ile właściwa odpowiedź – logike latreia, czyli „rozumna służba Boża” (Rz 12,1). W takiej optyce muzyka i śpiew prowadzą nie tyle do wyłącznie emocjonalnej ekstazy, ile do uświęcenia.

 

Teraz jaśniejszym staje się, dlaczego w średniowieczu zwrot rozumnego stworzenia ku Stwórcy nosił znamiona Bożego naśladownictwa (mimesis), zaś nie był formą emancypacji, ukrycia się przed Nim, czy jakiegoś błędnie rozumianego wyzwolenia, jak często ma to miejsce w czasach współczesnych. Tak naprawdę bowiem stworzenie traci orientację oraz gubi sens poza Stwórcą. Co więcej, to nie aniołowie czy szeroko pojęta przyroda, lecz jedynie człowiek – prawdziwa korona stworzenia, posługujący się jednocześnie ciałem i słowem – jest w stanie udzielić najpiękniejszej i rozumnej, „logicznej” odpowiedzi. W tym tkwi rzeczywista wielkość człowieka! Inaczej sprawy ujmując, człowiek, gdy naśladuje Stwórcę, może wypowiadać słowo, tym samym, jest w stanie w swoim życiu i na swoich ustach umieścić Słowo. Co więcej, gdy daje absolutne pierwszeństwo Słowu, gdy aktywnie Go wyczekuje i z posłuszeństwem się Jemu podporządkowuje, włącza się w proces stwarzania świata, to znaczy, realnie go przemienia. Tu kryje się najgłębszy sens życia chrześcijańskiego – być tak poddanym Słowu, by ostatecznie przemieniać świat, i to wszędzie tam, gdzie Pan nas posyła.

 

Nic zatem dziwnego, że w przestrzeni życia konsekrowanego, w całości oddanemu wyczekiwaniu Słowa, gdy świat traci zdolność percepcji Słowa, umiejętne Jego wypowiadanie stanowi zadanie ze wszech miar wyjątkowe. Umiejętne to znaczy takie, w jakie – w służbie Słowu – wpisana jest ludzka mowa oraz ciało, takie, jakie może zrealizować się w muzyce i w śpiewie. Nota bene, to także powód, dla którego przez wieki nie widziano najmniejszej sprzeczności między mówieniem a śpiewaniem, albo inaczej, dlaczego w słowniku chrześcijańskiej starożytności „czytać głośno” (legere) znaczyło to tyle samo co „śpiewać” (cantare)…

 

Odwrócić perspektywę

 

Odkrycie powyższego mechanizmu jest ogromnie pomocne w przestrzeni modlitwy, zwłaszcza liturgicznej, na której – jako osoby konsekrowane – spędzamy znaczną część dnia. Nie jest ona przede wszystkim momentem, w którym dominować ma dzika spontaniczność; nie służy bowiem do łatwego rozładowywania emocji. Nie uświęcamy przecież czasu liturgią godzin, ani nie sprawujemy Eucharystii jedynie po to, by emocjonalnie lepiej się poczuć, choć niektórzy chcą za wszelką cenę pójść tą drogą. Nie śpiewamy, ani nie przygotowujemy muzyki tak, by bardziej adekwatnie wyrazić siebie. Wiele z dyskusji, jakie mają miejsce w naszych wspólnotach, odnosi się właśnie do tych aspektów! I nie oznacza to, że na modlitwie nie jesteśmy ważni, lub, że trzeba siebie zatracić czy o sobie zapomnieć. Bynajmniej. Na to są także inne momenty. Koniecznym jest jednak wpierw odwrócenie perspektywy i powrót do takiego prymatu Logosu, jaki rodzi się z milczenia.

 

Jeśli przewertować współczesne dokumenty Kościoła odnoszące się do spraw śpiewu i muzyki kościelnej – nota bene, których wcale nie tak mało – wcześniej czy później oscylować one zaczynają wokół Logosu, podkreślając bezwzględne podporządkowanie się Jemu. Być może tę zależność najtrafniej opisali wielcy mistrzowie życia duchowego a jednocześnie autorzy reguł zakonnych: św. Augustyn i św. Benedykt. Pierwszy w swojej Regule poleca: „Modląc się do Boga w psalmach i hymnach, rozważajcie w sercu, co mówią usta” (psalmis et hymnis cum oratis Deum, hoc versetur in corde quod profertur in voce). Ojciec monastycyzmu zachodniego, w rozdziale Reguły dotyczącym disciplina psallendi, sugeruje, „aby nasze serce było w zgodzie z tym, co głoszą nasze usta” (ut mens nostra concordet voci nostrae). Tę samą optykę powtórzyli ojcowie Soboru Watykańskiego II, gdy mowa o liturgii godzin: „Ponieważ brewiarz (officium divinum), jako publiczna modlitwa Kościoła, jest źródłem pobożności i zasileniem modlitwy osobistej, najusilniej zachęca się w Panu kapłanów oraz innych uczestniczących w oficjum, aby przy jego odmawianiu myśli odpowiadały słowom” (KL 90). Trudno nie zauważyć, że za każdym razem pojawia się ten sam schemat: nasze życie, ciało, usta, śpiew, muzyka, mają być tylko i aż narzędziem, przez które Logos ma działać i przemieniać świat. Oto sekret i głęboki sens życia chrześcijańskiego i kontemplacyjnego…

 

Wokół Logosu

 

Być może ktoś po tekście o śpiewie i muzyce kościelnej spodziewał się zdecydowanie większej ilości praktycznych rozwiązań, argumentów, jakich można użyć w dyskusjach za klauzurą. Jestem jednak głęboko przekonany, że współczesny problem odnoszący się do muzyki i śpiewu mniej dotyczy formy – czy jest to śpiew gregoriański, czy nowo powstałe kompozycje, choć dyskusje te nie są bez znaczenia – a bardziej spraw zasadniczych, pryncypiów: czym w ogóle muzyka i śpiew powinny być dla chrześcijanina. Jeśli jako chrześcijanie zagubimy prymat Logosu, nadający sens naszemu życiu, pozostanie nam jedynie kręcić się wokół siebie; poszukiwać będziemy coraz to nowszych form ludzkiej ekstazy. Grozi to także osobom konsekrowanym, podcinając zasadność istnienia tej formy życia i służby…

 

Po przejściu całej drogi, powróćmy w końcu do naszego wyjściowego problemu. Czy zatem dla osoby konsekrowanej nie ma więcej miejsca na scenie „Voice of Italy”, czy piosenki Lady Gagi należy koniecznie wymazać z pamięcią, a chórki rodem z filmu „Zakonnica w przebraniu” raz na zawsze potępić? Jak zawsze problem tkwi nie w „tak” lub „nie”; on zaczyna się tam, gdzie to wyłącznie jedyne doświadczenie, to znaczy, gdzie brakuje samego Logosu i podporządkowania się Jemu. Być może właśnie brak silentium za klauzurą, hałaśliwy i przyspieszający rytm życia, także konsekrowanego, są właśnie tego symptomem? Nie zapomnijmy, że jako osoby konsekrowane mamy konkretnie przemienić ten świat. Piękno muzyki i śpiewu stanowią skuteczną broń i potężny instrument. Tym bardziej, jeśli związane są ze świętowaniem odwiecznego Słowa, nadającemu sens wszelkiemu stworzeniu.

 

Zupełnie na koniec, zamiast zakończenia: biada temu, kto może śpiewać, bo Bóg dał mu takie talenty, a z własnej winy tego nie robi! I lenistwo nie ma tu nic do gadania…

 

Dominik Jurczak OP
liturgia.pl | 15 kwietnia 2021
tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Życie konsekrowane”, nr 2(148)2021 „Muzyka i śpiew w życiu konsekrowanym”.