logo
Niedziela, 21 października 2018 r.
imieniny:
Celiny, Hilarego, Janusza, Jakuba Strzemię, Urszuli – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
o. Mirosław Pilśniak OP
Spotkać Go, czy to możliwe?
List
 


 Romano Guardini pisze, że człowiek staje się chrześcijaninem wtedy, gdy osobiście spotyka Chrystusa. Nie wtedy, gdy poznaje Jego naukę i Jego uczniów, ale właśnie wtedy, gdy spotyka Go osobiście. Problem w tym, że Pan Jezus urodził się jakieś dwa tysiące lat temu. Żyło wówczas wielu ludzi, którzy osobiście Go znali, czasy te jednak dawno minęły
 
Pierwsze dotknięcie
 
Na początku trzeba powiedzieć, że to spotkanie dokonuje się z pewnością przez sakramenty. Na przykład chrzest - jego rytuał wydaje się bardzo prosty: polanie wodą głowy i wypowiedzenie słów formuły. Co się za tym kryje? Otóż Chrystus osobiście dotknął wody, której używamy podczas chrztu. Podczas Nocy Paschalnej wkładamy przecież rytualnie paschał - znak obecności Chrystusa, do wody, która w ciągu następnego roku będzie służyła jako chrzcielna. Odwołujemy się wówczas do Ducha Bożego, unoszącego się nad wodami w czasie stwarzania świata, prowadzącego lud przez pustynię i obecnego w czasie wejścia Jezusa do wód Jordanu. Zanurzenie paschału sprawia, że woda ta rytualnie staje się tą z Jordanu, tą, w której zanurzył się Chrystus. Jeden z Ojców Kościoła, św. Jan Chryzostom, mówił o tym geście: „On uświęcił tę wodę przez to, że przeniknął ją swoją Obecnością". Wodą tą polewamy później głowę chrzczonego. W ten sposób Chrystus dotyka go materialnie i osobiście po raz pierwszy w życiu.
 
Można powiedzieć, że każdy z nas wybrał już raz Chrystusa - na chrzcie. Ale w praktyce życia ten moment wyboru staje przede nami co chwilę. Raz podjęta decyzja nie oznacza, że teraz mam już spokój, mogę żyć po swojemu.
 
Jeszcze tylko trzy minuty
 
Jak nie przegapić momentów, w których nas dotyka? W moim życiu te chwile jakoś szczególnie wiążą się z Jasną Górą. Nie wiem, dlaczego. Może dlatego, że tam upewniłem się w swoim powołaniu, że często chodzę do tego miejsca z pielgrzymką i widzę tam rzeczy, które potwierdzają działanie Pana Boga.
 
Jedno z tych zdarzeń wyglądało następująco. Zostałem poproszony o wygłoszenie w Częstochowie konferencji przy okazji pielgrzymki studentów, która odbywa się w jedną z sobót maja. Dzień wcześniej nastawiłem sobie budzik, aby zdążyć na poranny pociąg z Warszawy. Przyjechałem na dworzec. Była godzina 6.55, pociąg - z tego, co pamiętałem - miał odjechać o 6.05. Patrzyłem na zegar i dopóki widziałem na jego wyświetlaczu godzinę szóstą, byłem spokojny. Trochę się dziwiłem, że nikt nie czeka na ten pociąg, że nie został zapowiedziany, ale uznałem, że to mało ważne. Muszę przyznać, że rano mój mózg dosyć wolno się „rozgrzewa"... Nagle zegar wyświetlił godzinę siódmą. Patrząc na zegar, zacząłem do siebie mówić: „Siódma, siódma... Zaraz, a o której ja mam ten pociąg?". Poszedłem sprawdzić na rozkładzie: 6.05. A jest 7.00. Co to znaczy? Wtedy właśnie uświadomiłem sobie, że przyjechałem na dworzec o godzinę za późno. Co teraz, jak zdążyć na konferencję? Postanowiłem szybko zorganizować sobie samochód do Częstochowy. Pobiegłem do metra. Mogłem telefonować do klasztoru tylko podczas postoju na stacjach, poza nimi znikał zasięg telefonu.  Kiedy wysiadłem na ostatniej, piątej stacji, samochód już na mnie czekał. Ruszyłem i w ostatniej chwili zdążyłem.
 
Po wygłoszeniu konferencji pomyślałem sobie: „Skoro już tu jestem, pójdę na Mszę. Dziś jeszcze nie byłem, a w Warszawie pewnie będzie mało czasu.". Próbowałem maksymalnie wykorzystać każdą wolną chwilę. Na Jasnej Górze Eucharystia sprawowana jest często co pół godziny. Spojrzałem na ogłoszenia: Msza rzeczywiście miała być odprawiana za trzydzieści minut. Wszystko szło zatem zgodnie z planem. „Zdążę się nawet wcześniej wyspowiadać" - stwierdziłem. Spowiedź, Msza, powrót do Warszawy i jeszcze będę miał wolny wieczór - świetna sprawa. Stanąłem w kolejce. Na początku trochę się zmartwiłem sporą liczbą osób, ale kiedy zobaczyłem, jak szybko przesuwa się kolejka - niczym do kasy w supermarkecie - uznałem, że jest znakomicie: pyk, pyk już jedna osoba, pyk, pyk, już druga. „Piętnaście minut i po wszystkim; zdążę bez problemu na Mszę" - pomyślałem. Msza miała się rozpocząć za dwadzieścia minut, a przede mną pozostała już tylko jedna osoba. Gdy zaczęła się spowiadać, coś się zacięło. Minęło pięć minut i nic. Myślę sobie: „Trudno, to przecież jeszcze nie tak długo". Mijały jednak kolejne minuty, a ona klęczała dalej. Kiedy pozostało siedem minut, zacząłem się zastanawiać, czy wybrać Mszę św., czy spowiedź. Trochę już odstałem, nastawiłem się na spowiedź, sumienie zaczęło intensywnie pracować. Uświadomiłem sobie, że spowiedź już jest mi koniecznie potrzebna, że do Mszy się nie nadaję, bo to będzie jakieś świętokradztwo. A więc spowiedź! Do Mszy św. zostały trzy minuty. „Jeśli ta osoba teraz skończy - pomyślałem - to może jeszcze zdążę. Potrzebuję dla siebie tylko minutki". Minęła kolejna minuta i... dalej nic. „Trudno" - nastawiłem się tylko na spowiedź. Przypomniały mi się wszystkie grzechy z całego życia, konieczność spowiedzi była oczywista. Wreszcie usłyszałem: „puk, puk" i ruszyłem. Wtedy otworzyły się drzwiczki konfesjonału, wychylił się z nich ksiądz i zwijając stułę, powiedział: „Ja już muszę biec". Tam trwała już Msza św., tu pozostał pusty konfesjonał i ja sam. Cały mój misterny plan legł w gruzach. Gdy stałem tak, zupełnie zdezorientowany, poczułem nagle stukanie w ramię. Odwróciłem się i zobaczyłem księdza. „Mógłby mnie ojciec wyspowiadać?" - zapytał. „Tylko nie to - pomyślałem - przecież to ja potrzebuję spowiedzi! Czekam tu już czterdzieści minut". „Nie. - powiedziałem. - To ksiądz niech mnie wyspowiada". „Może nawzajem się wyspowiadamy" - zaproponował. Zgodziłem się. To była niesamowita spowiedź, postawiła mnie na nogi, ożywiła mnie. Ten spowiednik wlał mi w duszę mnóstwo nadziei i radości z mojej drogi za Panem Jezusem. Mówił, że On cieszy się z moich zmagań. Wróciłem do zakrystii. Okazało się, że następna Msza będzie dopiero za godzinę, więc zostało mi jeszcze sześćdziesiąt minut na modlitwę dziękczynną za spowiedź. Dzięki temu, że miałem samochód, nie musiałem spieszyć się na pociąg do Warszawy. Wszystko to Pan Bóg zaplanował już dzień wcześniej - wtedy, kiedy pomyliłem się, nastawiając budzik. Miałem długie, porządne przygotowanie do sakramentu pojednania, dobrą spowiedź, godzinę modlitwy w kaplicy i jeszcze Mszę św. Wracałem do Warszawy szczęśliwy, lepiej nie mogłem zaplanować sobie całodziennych rekolekcji.
 
 
1 2  następna
Zobacz także
Przemysław Radzyński
Ludzie, którzy znają się na walce duchowej mówią, że każdy grzech otwiera bramę Złemu. Mały – małą furtkę, większy – wielkie wrota. Zły zamiata ogonem wokół nas, dlatego te drzwi trzeba mieć szczelnie zamknięte. O ile ja i żona dostrzegamy, że coś w naszym życiu jest nie tak i wtedy idziemy do spowiedzi, gdzie Pan Bóg nas oczyszcza, o tyle małe dziecko nie może jeszcze tego zrobić. Ono jest chronione łaską Pana Boga, ale Zły może mieć dostęp do niego w imię naszych grzechów.

O świętowaniu po wyjściu z konfesjonału i znaczeniu spowiedzi ojca dla całej rodziny opowiada Andrzej Sobczyk, szef największej internetowej księgarni religijnej Gloria24.pl oraz producent i dystrybutor filmów religijnych w rozmowie z Przemysławem Radzyńskim. 
 
Przemysław Radzyński
Dlaczego nie lubimy rachunku sumienia? Pewnie dlatego, że kojarzy się z grzechem, karą i przykrym poczuciem winy czy bezsilności. Zaniedbując go, zapominamy jednak, że jest to droga nie tylko wewnętrznego oczyszczania, ale także oświecenia i zjednoczenia z Bogiem, i to w tak delikatnej sferze, jaką jest nasza ułomność i grzeszność...
 
Ewelina Drela
Młodzi ludzie, targani emocjami i pytaniami, uczą się o Bogu mądrych, ale niezbyt przydatnych rzeczy. Nie mogą oczekiwać odpowiedzi dotyczących sensu życia, zostają sami ze swoimi wątpliwościami. Nie mówi się o tym, dlaczego modlitwa jest tak ważna. Nikt nie tłumaczy, że z żywym Bogiem trzeba rozmawiać jak z żywą osobą...
 
 

ISMCH

___________________
 
 reklama