logo
Piątek, 07 sierpnia 2020 r.
imieniny:

Doroty, Olechny, Kajetana, Sykstusa – wyślij kartkę

Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Beata Legutko
Spowiednik mimo woli
List
 


W XIX w. Ars było małą miejscowością, liczącą zaledwie 230 mieszkańców. Do znajdują¬cego się na obrzeżach małego kościółka przychodziło kilka osób, dlatego nie było tam nawet parafii. Młody kapłan Jan został tam mianowany proboszczem po trzech latach spędzonych w oddalonym ok. 30 km Ecully. Zapewne nie spodziewał się, że w tym miejscu spędzi 41 lat swojego życia.
 
Jan Vianney urodził się w 1786 r., we wsi nie­opodal Lyonu. W 1799 r., podczas Rewolucji Francuskiej, potajemnie przystąpił do Pierw­szej Komunii. Były to dość ciężkie czasy dla Kościoła katolickiego - prześladowano księ­ży, utrudniano spełnianie praktyk religijnych i sprawowanie kultu. Rewolucja miała też nega­tywny wpływ na szkolnictwo - m.in. zamyka­no szkoły parafialne - dlatego młody Vianney nauczył się czytać i pisać dopiero, gdy miał 17 lat. Powołanie Jana kształtowało się od mło­dości, w dużej mierze pod wpływem znajome­go proboszcza, u którego przez dziesięć lat pobierał lekcje łaciny. Niestety bezskutecznie. Nauka nigdy nie była jego mocną stroną.
 
W młodości Jan Vianney zapadł na ciężką chorobę, która uchroniła go od wojska, ale nie przeszkodziła mu wstąpić do wyższego semi­narium duchownego w Lyonie. Klerykiem zo­stał w 1811 r. Wątłe zdrowie i duże problemy w nauce sprawiły, że dwa razy był usuwany z listy alumnów. Jednak ostatecznie - głównie dzięki interwencji swojego proboszcza - zo­stał dopuszczony do świeceń kapłańskich. W wieku 29 lat, w 1815 r. został księdzem. „My­ślę - powiedział później po latach - że Pan chciał wybrać najbardziej ograniczonego czło­wieka ze wszystkich parafii, aby dać najwięcej dobra. Nie znalazł nikogo gorszego na moje miejsce, okazał więc swoje wielkie miłosier­dzie mnie". Przez trzy lata był w Ecully wika­riuszem, potem został przeniesiony do Ars.
 
W Ars-en-Dembes
 
Żył bardzo biednie. Za łóżko służyły mu zwy­kłe deski, sypiał zaledwie po kilka godzin -niekiedy tylko dwie, trzy. Dużo czasu spędzał na modlitwie przed Najświętszym Sakramen­tem, a kiedy w 1824 r. otwarto w wiosce szko­łę, zaczął katechizować. Powoli zjednywał sobie ludzi swoją uprzej­mością i otwartością. Garstka wiernych, któ­rzy przychodzili na odprawiane przez nowego księdza Msze, szybko przekształciła się w sporą grupę ludzi. Co ich tak przyciągało? Być może prostota nowego księdza, jego rady­kalny styl życia: drastyczne posty (po jakimś czasie zakazane przez biskupa i lekarza), umartwienia, sypialnia urządzona w piwnicy, potargane spodnie wystające spod sutanny... A może po prostu jego głęboka wiara? Tak czy inaczej, widząc, że ks. Vianney „nieźle so­bie radzi", miejscowy biskup zdecydował, by utworzyć w Ars parafię.
 
Z miesiąca na miesiąc kościółek zapełniał się coraz bardziej. Ludzie przychodzili już nie tylko w niedzielę i święta, ale też w dni po­wszednie. Rosła też liczba przystępujących do sakramentów… Z zewnątrz wszystko wy­glądało imponująco, parafia się rozrastała i tętniła życiem, jednak młody ksiądz widział to inaczej. Bardziej przejmował się tymi, którzy wciąż byli poza Kościołem, niż tymi, których udało mu się do niego przyprowadzić. Uwa­żał, że się nie nadaje, że za mało się stara. Chciał zrezygnować z bycia proboszczem. Kiedy jego prośby o przeniesienie okazały się bezskuteczne, uciekł nawet do klasztoru. Wszystko to nadaremnie. Posłuszny biskupo­wi, musiał powrócić do Ars…
 
Niezmiennie narzucał sobie bardzo surową dyscyplinę. Wstawał o 1.00 w nocy i szedł do kościoła, by modlić się przed Najświętszym Sakramentem. Już wtedy czekały na niego kobiety, potrzebujące spowiedzi. Jeśli widział, że penitentek jest dużo, po pół godzinie wcho­dził do konfesjonału i zaczynał spowiadać. Zimą, kiedy tłum był mniejszy, mógł się dłużej modlić. Spowiedzi słuchał do 6.00 rano, po­tem odprawiał Mszę św. a po niej przez długi czas trwał w dziękczynieniu. Gdy przychodził do zakrystii, też nie miał chwili wytchnienia. Błogosławił medaliki, różańce, święte obrazki, a następnie spowiadał mężczyzn. O godzinie 10.00 odmawiał brewiarz i po ok. dwudzie­stu minutach wracał do spowiadania; o 11.00 znów miał „przerwę" na katechizowanie dzie­ci. Około południa, mimo czekających na spo­tkanie z nim ludzi, zamykał się w zakrystii, po­tem wracał do kościoła spowiadać kobiety (do 17.00) i mężczyzn (do ok. 20.00). Jeśli ktoś pozostał jeszcze w kościele, to wspólnie z proboszczem mógł odmówić różaniec i modli­twę wieczorną. Na plebanię ks. Vianney wra­cał przed 21.00 i jeszcze przez godzinę spo­tykał się z wiernymi. Potem modlił się i szedł spać. Po trzech godzinach wstawał...
 
Uzdrawiał duszę i ciało
 
Nic dziwnego, że do Ars przybywało coraz to więcej ludzi. Przyciągały ich zwłaszcza informacje o spowiedniku, który potrafi prze­nikać ludzkie sumienia. Mówiono też, że w Ars dzieją się cuda. Oto jedna z historii: sio­stra Dozytea, zakonnica z domu Opatrzności w Vitteaux, chorowała na płuca, lekarze nie dawali jej wiele szans na przeżycie. Zauwa­żywszy zakonnicę wśród tłumów, ks. Vianney pozwolił jej przystąpić do konfesjonału poza koleją. »Dlaczego - zapytał - pragniesz odzy­skać zdrowie, siostro?« A gdy podała swe po­wody rzekł: »Dobrze więc, idź pomodlić się o zdrowie do kaplicy świętej Filomeny, a ja tym­czasem tu pomodlę się za ciebie«. Udała się więc siostra Dozytea do kaplicy i w tej samej chwili poczuła, że została uzdrowiona. Było to w maju 1853 r. Wspomniana zakonnica mia­ła wtedy dwadzieścia pięć lat. Po tym wyda­rzeniu żyła jeszcze sześćdziesiąt cztery. Nic dziwnego, że słysząc takie opowieści, ludzie chcieli zobaczyć na własne oczy tego niezwy­kłego kapłana.
 
Ksiądz Vianney przyjmował codziennie około 300 osób, spowiadał czasem nawet po kilkanaście godzin, bez przerwy, w ciągu roku miał ok. 30 tys. penitentów. Łącznie przez 41 lat przewinęło się przez Ars około miliona lu­dzi.
 
Niewygodne słowa
 
„Grzech wyrywa nas z nieba i rzuca w prze­paście piekła. A mimo to lubujemy się w nim!" - tłumaczył swoim parafianom. - „Cóż za sza­leństwo! Gdybyśmy dobrze sobie z tego zdawali sprawę, żywilibyśmy taki wstręt do grze­chu, że nie bylibyśmy w stanie go popełnić. (…) Spójrzcie na Ukrzyżowanego Pana i po­wiedzcie sobie: oto, ile kosztowało Go odku­pienie zniewagi, jaką moje grzechy wyrządziły Bogu. Wpatrujmy się w krzyż i zobaczmy, ja­kim złem jest grzech i jak bardzo winniśmy go nienawidzić".
 
Ludzie słuchali jego słów, ale był też i tacy, którym nauczanie Vianneya się nie podobało. W Ars zaczęto szemrać, że proboszcz jest nietolerancyjny, za surowy i niepotrzebnie wtrąca się w prywatne życie ludzi. Wielu pa­rafian, zwłaszcza tych, którzy nie dostali roz­grzeszenia, plotkowało na temat spowiednika i rozsiewało o nim nieprawdziwe informacje. Proboszcz czuł się gnębiony do tego stopnia, że pod koniec życia stwierdził: „Gdybym wie­dział w chwili przybycia do Ars, jakie czekały tam na mnie cierpienia, umarłbym w jednej chwili".
 
Dożył 73 lat, zmarł w 1859 r. W pogrzebie skromnego proboszcza wzięło udział ok. 300 kapłanów i ok. 6 tysięcy wiernych. Do końca swoich dni, nawet gdy już schorowany i wy­cieńczony leżał w łóżku, spowiadał ludzi przy­jeżdżających do niego specjalnie z dalekich stron. Swoim wiernym służył nie tylko sprawu­jąc sakramenty, ale również pokutując w ich intencji. Do śmierci.
 
Jan Maria Vianney został beatyfikowany przez papieża Piusa X w 1905 r. a kanonizowany dwadzieścia lat później przez Piusa XI. W 1929 r. ogłoszono go patronem wszystkich proboszczów.
 
 
Beata Legutko 
 
Zobacz także
Iwona Żurek

Apostoł Paweł napisał w jednym ze swoich listów: „Przecież wolą Bożą jest wasze uświęcenie” (1 Tes 4, 3). Podobnie apostoł Piotr: „Nie postępujcie według waszych dawnych żądz, ale w całym postępowaniu stańcie się wy również świętymi, gdyż jest napisane: Świętymi bądźcie, bo Ja jestem Święty” (1 P 1, 14-16). Jeszcze mocniej wyraził to autor Listu do Hebrajczyków: „Starajcie się o uświęcenie, bez którego nikt nie zobaczy Pana” (Hbr 12, 14). Rzecz jasna, świętość jest darem Bożym, własnymi siłami nikt jej nie osiągnie. Jednak Bóg tego daru udziela chętnie.

 

Z o. prof. Jackiem Salijem OP o świętości rozmawia Iwona Żurek

 
Cezary Sękalski
Życie chrześcijańskie podlega nieustannej zmianie. Droga rozwoju duchowego niejednokrotnie wymaga od nas takiego dostosowania podejmowanych środków duchowych, by były jak najbardziej adekwatne do naszych potrzeb. Dotyczy to również sakramentu pojednania.
 
ks. Wiesław Baniak SDC
Słowo „przyjęcie” (kogoś) ścisłe się wiąże z okazaniem miłości, miłosierdzia (caritas) i gościnności oraz opiera się na zaufaniu do tego, kogo przyjmujemy. Także przyjęcie Jezusa implikuje zaufanie Jemu, Jego Słowu. Pojęcie „przyjęcia kogoś” oznacza zrobienie miejsca, otwarcie bram swego domu, swego serca. 
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー