logo
Poniedziałek, 30 listopada 2020 r.
imieniny:
Andrzeja, Maury, Ondraszka, Konstantego – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Beata Legutko
Spowiednik mimo woli
List
 


W XIX w. Ars było małą miejscowością, liczącą zaledwie 230 mieszkańców. Do znajdują¬cego się na obrzeżach małego kościółka przychodziło kilka osób, dlatego nie było tam nawet parafii. Młody kapłan Jan został tam mianowany proboszczem po trzech latach spędzonych w oddalonym ok. 30 km Ecully. Zapewne nie spodziewał się, że w tym miejscu spędzi 41 lat swojego życia.
 
Jan Vianney urodził się w 1786 r., we wsi nie­opodal Lyonu. W 1799 r., podczas Rewolucji Francuskiej, potajemnie przystąpił do Pierw­szej Komunii. Były to dość ciężkie czasy dla Kościoła katolickiego - prześladowano księ­ży, utrudniano spełnianie praktyk religijnych i sprawowanie kultu. Rewolucja miała też nega­tywny wpływ na szkolnictwo - m.in. zamyka­no szkoły parafialne - dlatego młody Vianney nauczył się czytać i pisać dopiero, gdy miał 17 lat. Powołanie Jana kształtowało się od mło­dości, w dużej mierze pod wpływem znajome­go proboszcza, u którego przez dziesięć lat pobierał lekcje łaciny. Niestety bezskutecznie. Nauka nigdy nie była jego mocną stroną.
 
W młodości Jan Vianney zapadł na ciężką chorobę, która uchroniła go od wojska, ale nie przeszkodziła mu wstąpić do wyższego semi­narium duchownego w Lyonie. Klerykiem zo­stał w 1811 r. Wątłe zdrowie i duże problemy w nauce sprawiły, że dwa razy był usuwany z listy alumnów. Jednak ostatecznie - głównie dzięki interwencji swojego proboszcza - zo­stał dopuszczony do świeceń kapłańskich. W wieku 29 lat, w 1815 r. został księdzem. „My­ślę - powiedział później po latach - że Pan chciał wybrać najbardziej ograniczonego czło­wieka ze wszystkich parafii, aby dać najwięcej dobra. Nie znalazł nikogo gorszego na moje miejsce, okazał więc swoje wielkie miłosier­dzie mnie". Przez trzy lata był w Ecully wika­riuszem, potem został przeniesiony do Ars.
 
W Ars-en-Dembes
 
Żył bardzo biednie. Za łóżko służyły mu zwy­kłe deski, sypiał zaledwie po kilka godzin -niekiedy tylko dwie, trzy. Dużo czasu spędzał na modlitwie przed Najświętszym Sakramen­tem, a kiedy w 1824 r. otwarto w wiosce szko­łę, zaczął katechizować. Powoli zjednywał sobie ludzi swoją uprzej­mością i otwartością. Garstka wiernych, któ­rzy przychodzili na odprawiane przez nowego księdza Msze, szybko przekształciła się w sporą grupę ludzi. Co ich tak przyciągało? Być może prostota nowego księdza, jego rady­kalny styl życia: drastyczne posty (po jakimś czasie zakazane przez biskupa i lekarza), umartwienia, sypialnia urządzona w piwnicy, potargane spodnie wystające spod sutanny... A może po prostu jego głęboka wiara? Tak czy inaczej, widząc, że ks. Vianney „nieźle so­bie radzi", miejscowy biskup zdecydował, by utworzyć w Ars parafię.
 
Z miesiąca na miesiąc kościółek zapełniał się coraz bardziej. Ludzie przychodzili już nie tylko w niedzielę i święta, ale też w dni po­wszednie. Rosła też liczba przystępujących do sakramentów… Z zewnątrz wszystko wy­glądało imponująco, parafia się rozrastała i tętniła życiem, jednak młody ksiądz widział to inaczej. Bardziej przejmował się tymi, którzy wciąż byli poza Kościołem, niż tymi, których udało mu się do niego przyprowadzić. Uwa­żał, że się nie nadaje, że za mało się stara. Chciał zrezygnować z bycia proboszczem. Kiedy jego prośby o przeniesienie okazały się bezskuteczne, uciekł nawet do klasztoru. Wszystko to nadaremnie. Posłuszny biskupo­wi, musiał powrócić do Ars…
 
Niezmiennie narzucał sobie bardzo surową dyscyplinę. Wstawał o 1.00 w nocy i szedł do kościoła, by modlić się przed Najświętszym Sakramentem. Już wtedy czekały na niego kobiety, potrzebujące spowiedzi. Jeśli widział, że penitentek jest dużo, po pół godzinie wcho­dził do konfesjonału i zaczynał spowiadać. Zimą, kiedy tłum był mniejszy, mógł się dłużej modlić. Spowiedzi słuchał do 6.00 rano, po­tem odprawiał Mszę św. a po niej przez długi czas trwał w dziękczynieniu. Gdy przychodził do zakrystii, też nie miał chwili wytchnienia. Błogosławił medaliki, różańce, święte obrazki, a następnie spowiadał mężczyzn. O godzinie 10.00 odmawiał brewiarz i po ok. dwudzie­stu minutach wracał do spowiadania; o 11.00 znów miał „przerwę" na katechizowanie dzie­ci. Około południa, mimo czekających na spo­tkanie z nim ludzi, zamykał się w zakrystii, po­tem wracał do kościoła spowiadać kobiety (do 17.00) i mężczyzn (do ok. 20.00). Jeśli ktoś pozostał jeszcze w kościele, to wspólnie z proboszczem mógł odmówić różaniec i modli­twę wieczorną. Na plebanię ks. Vianney wra­cał przed 21.00 i jeszcze przez godzinę spo­tykał się z wiernymi. Potem modlił się i szedł spać. Po trzech godzinach wstawał...
 
Uzdrawiał duszę i ciało
 
Nic dziwnego, że do Ars przybywało coraz to więcej ludzi. Przyciągały ich zwłaszcza informacje o spowiedniku, który potrafi prze­nikać ludzkie sumienia. Mówiono też, że w Ars dzieją się cuda. Oto jedna z historii: sio­stra Dozytea, zakonnica z domu Opatrzności w Vitteaux, chorowała na płuca, lekarze nie dawali jej wiele szans na przeżycie. Zauwa­żywszy zakonnicę wśród tłumów, ks. Vianney pozwolił jej przystąpić do konfesjonału poza koleją. »Dlaczego - zapytał - pragniesz odzy­skać zdrowie, siostro?« A gdy podała swe po­wody rzekł: »Dobrze więc, idź pomodlić się o zdrowie do kaplicy świętej Filomeny, a ja tym­czasem tu pomodlę się za ciebie«. Udała się więc siostra Dozytea do kaplicy i w tej samej chwili poczuła, że została uzdrowiona. Było to w maju 1853 r. Wspomniana zakonnica mia­ła wtedy dwadzieścia pięć lat. Po tym wyda­rzeniu żyła jeszcze sześćdziesiąt cztery. Nic dziwnego, że słysząc takie opowieści, ludzie chcieli zobaczyć na własne oczy tego niezwy­kłego kapłana.
 
Ksiądz Vianney przyjmował codziennie około 300 osób, spowiadał czasem nawet po kilkanaście godzin, bez przerwy, w ciągu roku miał ok. 30 tys. penitentów. Łącznie przez 41 lat przewinęło się przez Ars około miliona lu­dzi.
 
Niewygodne słowa
 
„Grzech wyrywa nas z nieba i rzuca w prze­paście piekła. A mimo to lubujemy się w nim!" - tłumaczył swoim parafianom. - „Cóż za sza­leństwo! Gdybyśmy dobrze sobie z tego zdawali sprawę, żywilibyśmy taki wstręt do grze­chu, że nie bylibyśmy w stanie go popełnić. (…) Spójrzcie na Ukrzyżowanego Pana i po­wiedzcie sobie: oto, ile kosztowało Go odku­pienie zniewagi, jaką moje grzechy wyrządziły Bogu. Wpatrujmy się w krzyż i zobaczmy, ja­kim złem jest grzech i jak bardzo winniśmy go nienawidzić".
 
Ludzie słuchali jego słów, ale był też i tacy, którym nauczanie Vianneya się nie podobało. W Ars zaczęto szemrać, że proboszcz jest nietolerancyjny, za surowy i niepotrzebnie wtrąca się w prywatne życie ludzi. Wielu pa­rafian, zwłaszcza tych, którzy nie dostali roz­grzeszenia, plotkowało na temat spowiednika i rozsiewało o nim nieprawdziwe informacje. Proboszcz czuł się gnębiony do tego stopnia, że pod koniec życia stwierdził: „Gdybym wie­dział w chwili przybycia do Ars, jakie czekały tam na mnie cierpienia, umarłbym w jednej chwili".
 
Dożył 73 lat, zmarł w 1859 r. W pogrzebie skromnego proboszcza wzięło udział ok. 300 kapłanów i ok. 6 tysięcy wiernych. Do końca swoich dni, nawet gdy już schorowany i wy­cieńczony leżał w łóżku, spowiadał ludzi przy­jeżdżających do niego specjalnie z dalekich stron. Swoim wiernym służył nie tylko sprawu­jąc sakramenty, ale również pokutując w ich intencji. Do śmierci.
 
Jan Maria Vianney został beatyfikowany przez papieża Piusa X w 1905 r. a kanonizowany dwadzieścia lat później przez Piusa XI. W 1929 r. ogłoszono go patronem wszystkich proboszczów.
 
 
Beata Legutko 
 
Zobacz także
o. Albert Wach OCD
Odpowiedź na powyższe pytanie teoretycznie jest prosta. Przynajmniej z chrześcijańskiego punktu widzenia. Słowa Jezusa, "bądźcie miłosierni", są przykazaniem miłości. Nie są jakąś ogólną zachętą albo radą tylko. Są jasnym nakazem. I to boskim! A zatem absolutnym. Nie zostawiają więc cienia wątpliwości: zawsze mam być miłosierny!...
 
Dorota Mazur
Codziennie we wnętrzu każdego z nas rozgrywa się duchowa batalia. Nie zawsze jednak jesteśmy jej w pełni świadomi i czasami mamy wrażenie, że nie potrafimy nazwać tego, co się wewnątrz nas dzieje. Czasami może jeden mały akcent w naszym życiu, zbyt wielkie spadające na nas obciążenie, jakiś mały dramat wewnętrzny, niezgoda samego z sobą powoduje, że zamykamy się w sobie...
 
Benedykt XVI
Poszukiwanie czegoś więcej poza codziennością życia i pracy, pragnienie czegoś prawdziwie większego, jest naturalną częścią młodości. Czy jest ono pustym marzeniem, które blednie wraz z przybywającymi latami? Nie! Kobieta i mężczyzna zostali stworzeni do rzeczy wspaniałych, do wieczności...
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー