logo
Poniedziałek, 26 października 2020 r.
imieniny:
Ewarysta, Lucyny, Lutosławy, Demetriusza – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Ks. Jarosław Międzybrodzki
Środowisko wzrostu uczniów
Wieczernik
 


 Zanim podejmiemy temat wyrażony w tytule, musimy odpowiedzieć na pytanie: co rozumiemy przez „wzrost”? Na początek trzeba powiedzieć, że wzrost niekoniecznie musi być związany z dobrym samopoczuciem czy psychicznym komfortem. Odwrotnie – wzrastanie często wymaga trudu, powiązane jest ze zmaganiami z własną słabością i niemocą. Jeśli mamy wzrastać, musimy dotykać swoich słabych stron, grzechu, upadku, bezradności. Wzrost nigdy nie jest przechodzeniem od sukcesu do sukcesu, od przyjaźni do jeszcze głębszych relacji. Wzrastanie nie jest sielanką! Piszę o tym, ponieważ czasami spotykam się z takimi oczekiwaniami: „będę się duchowo rozwijał, to znaczy będzie mi coraz lepiej”. Niestety, zbyt często mam do czynienia z emocjonalnym ocenianiem swojego rozwoju. „Dobrze się czuję na mszy świętej, to znaczy dobrze ją przeżywam, a może nawet głęboko”. „Podobała mi się oaza, to znaczy były to dobre rekolekcje”. Tymczasem najczęściej jest dokładnie odwrotnie. Najbardziej rozwijamy się, kiedy jest trudno i trzeba przełamywać swoje opory.
 
Kiedy ktoś żyje sam, mieszka osobno, mało styka się z ludźmi, wtedy może mu się wydawać, że kocha cały świat. Bardzo łatwo utwierdza się w swoich ograniczeniach i jakoś tłumaczy sam sobie, że inni – którzy go denerwują – są po prostu źli i niedobrzy. Bardzo często izolacja jest przejawem silnych mechanizmów obronnych. Kiedy wchodzimy we wspólnotę, po krótkim okresie fascynacji, prędko odkrywamy jak bardzo inni nas drażnią i denerwują. Oni rzeczywiście grzeszą, są nieodpowiedzialni, słabi, mają zupełnie inne przyzwyczajenia niż ja, wychowali się w innych środowiskach. Stosunkowo szybko można się zorientować, że nie da się wszystkich podporządkować sobie. Oni prawdopodobnie są niereformowalni!
 
I w tym momencie zaczyna się prawdziwy wzrost. Właśnie wtedy, gdy tracimy we wspólnocie swój komfort psychiczny. Obecność innych wydobywa z nas reakcje, o których nie mieliśmy pojęcia, kiedy byliśmy sami. Potrafimy się złościć, być agresywnymi, nie umiemy przebaczać, jesteśmy zazdrośni, prymitywni w swoich reakcjach, gardzimy innymi. „A tak miło było myśleć o sobie, że jestem fajny. I pewnie Jezus kochał mnie właśnie takiego. A teraz przez niego/nią zachowuje się tak podle…”! Wspólnota wydobywa prawdę o nas samym i jest to dzieło Boże! Jeśli ktoś stawał przed Panem Bogiem w abstrakcyjnym, nie rzeczywistym myśleniu o sobie samym, to jak On miał do niego przemawiać. Przecież zna nas do głębi. Jak Bóg ma być Prawdą dla osoby, która żyje w zakłamaniu, ma fałszywy obraz samego siebie. Dlatego we wspólnocie osoby, które pokazują naszą ciemną stronę, często są błogosławieństwem.
 
W Ewangelii św. Jana, na początku, czytamy jak dwaj uczniowie usłyszawszy świadectwo Jana Chrzciciela, poszli za Jezusem. Czytamy tam: Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: „Czego szukacie?” Oni powiedzieli do Niego: „Rabbi! – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz?” Odpowiedział im: „Chodźcie, a zobaczycie”. Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego (J 1,37-39). Zatem najpierw, aby być uczniem Chrystusa, trzeba zamieszkać z Nim, przebywać na co dzień, chodzić za Nim i podążać tam gdzie On się udaje. Szkoła Jezusa nie polega na wysłuchaniu jakiegoś wykładu, pokiwaniu głową i rozejściu się w swoja stronę. No, ewentualnie Jezus przepyta czy wszystko zapamiętaliśmy… Dla ucznia Jezus musi stać się Mistrzem, a Mistrz nie tylko czy nie tyle przekazuje wiedzę, co uczy życia.
 
Nie jesteśmy uczniami Chrystusa, jeśli ograniczymy się tylko do niedzielnej mszy św. i krótkiej codziennej modlitwy. To zdecydowanie za mało. Uczniami stajemy się wtedy, gdy uczymy się życia od Chrystusa, kiedy dajemy się prowadzić Chrystusowi, idziemy za Jego słowem, kontemplujemy Jego oblicze. Jednym słowem, uczeń Jezusa jest bardziej członkiem Jego rodziny, niż chodzi do Jego szkoły. Pamiętamy jak przyszła Matka Jezusa, a On wskazał na tych, którzy go słuchali i powiedział: Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je (Łk 8,21). Uczeń przebywa z Mistrzem 24 godziny na dobę. Przypatruje się, jak żyje, mówi, je, śpi, modli się, jak zwraca się do innych. Mistrz w zasadzie daje uczniowi dostęp do samego siebie, w pewnym sensie zawierza im siebie. Ale i odwrotnie: uczeń nie może niczego chować przed Mistrzem! Tu nie ma miejsca na podział: tutaj Cię dopuszczę, a tutaj to ja sam będę decydował. Uczeń i Mistrz żyją wzajemnie swoim życiem. W zasadzie decyzja zostania uczniem Chrystusa, praktycznie zawsze oznacza zmianę sposobu życia. To nie jest decyzja wpisania w swój harmonogram kilku godzin dziennie. To jest radykalne podporządkowanie wszystkiego stylowi życia Mistrza.
 
 
 
1 2  następna
Zobacz także
ks. dr Johannes Gamperl
Modlitwę wiernych można porównać do postawy św. Jana Apostoła, który w czasie ostatniej wieczerzy położył swoją głowę na piersiach Pana i kierował do Niego pytania. Można ją porównać do postawy kobiety z Ewangelii, która dotknęła szaty Jezusa i została uzdrowiona. Jest podobna prośbie grzesznej kobiety, która swoimi łzami zrosiła stopy Jezusa i swoimi włosami je otarła. Zostały jej odpuszczone liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała i w tej miłości, prosząc, podeszła do Pana.
 
ks. dr Johannes Gamperl
Ten, który obiecał, że nieustannie będzie nas wspierał i nam towarzyszył – wypełnia to, co zapowiedział: wciąż na nowo nas rodzi, próbuje pchać do przodu – ku światłu, byśmy nieustannie stawali się podobni do Syna – posłuszni, pokorni, kochający jak On. Bo wie Duch, że wówczas rozraduje się serce Ojca, który nieustannie wyczekuje i wypatruje każdego z nas, aby obdarować pełnią swej ojcowskiej miłości i przyjaźni.  
 
Dariusz Piórkowski SJ
Jeśli to Bóg ostatecznie jest źródłem oczyszczenia naszego serca, musimy odwrócić kierunek naszego patrzenia. Nie wiedzieć czemu, pierwsze pytanie, jakie rodzi się w nas, kiedy myślimy o religii, brzmi, co powinniśmy zrobić, co przedsięwziąć. Sądzimy, że bycie z Bogiem zakłada najpierw podjęcie arcyszczególnych wysiłków z naszej strony. Tymczasem, to nie my jesteśmy źródłem przemiany...
 
 
___________________
 
 reklama