logo
Sobota, 10 kwietnia 2021 r.
imieniny:
Borysławy, Makarego, Michała, Fulberta – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
ks. Andrzej Muszala
Stary model Kościoła umiera w pandemii. Jaki Kościół po niej zmartwychwstanie?
Więź
 


Minimum formy, maksimum treści – oto postulat w odniesieniu do funkcjonowania Kościoła dziś. Żadnego triumfalizmu, żadnego Bizancjum. Minimum struktur, maksimum ducha – Ducha Świętego.

 

Nie, bynajmniej nie cieszę się z COVID-u. Nawet mi to nie w głowie. Życzę wszystkim i sobie, żeby nas już zostawił w spokoju i poszedł sobie, najlepiej gdzieś w zaświaty. Żebyśmy mogli wyjść z domów, wrócić do normalnej pracy, szkół, biur, na uniwersytety. Byśmy mogli spotkać się w gronie znajomych, wyjechać razem na weekend, nabrać sił i zaczerpnąć świeżego powietrza. Lecz on nie chce odejść… Przyszedł pierwszą falą, potem drugą, zapowiada się trzecia. A do tego mutuje. Co z nim zrobimy? Jak sobie poradzimy z tym niewidzialnym zabójcą? Czy mało już zebrał ofiar? Czy już nie dość?

 

A może trzeba zejść głębiej w naszym myśleniu o tym przebiegłym bazyliszku, otworzyć Ewangelię i czytać ją przez jego pryzmat – przez pryzmat COVID-u? „Przypatrzcie się liliom… Przypatrzcie się ptakom…”. Dziś, po wiekach: „Przypatrzcie się wirusowi…”? Może nie przyniósł tylko zła, lecz – jak lilie i ptaki – ma dla nas jakieś specjalne przesłanie? I domaga się innego spojrzenia – spojrzenia nadziei na świat, człowieka. Na Kościół.

 

Tak, sądzę, że czas koronawirusa to szansa szczególnie dla Kościoła. Otwiera się przed nami możliwość wejścia w nową erę chrześcijaństwa, w której na pierwsze miejsce może powrócić to, co najistotniejsze. „Jest czas rodzenia i czas umierania. Czas zabijania i czas leczenia” (Koh 3,2). Jest czas Kościoła przed wirusem i czas Kościoła po wirusie. Kościoła, który patrzy na nieszczęścia i ludzkie tragedie w świetle wiary.

 

Początek nowej ery


Kończy się czas – przynajmniej w Polsce – Kościoła, do którego się przyzwyczailiśmy, w którym zadomowiliśmy się na dobre od wielu pokoleń, i w którym czuliśmy się tak dobrze, zwłaszcza my – księża. Czas, gdzie wszystko było zorganizowane w ramach roku liturgicznego, począwszy od Adwentu (roraty, lampiony, wędrująca figurka Dzieciątka Jezus), poprzez Boże Narodzenie (szopka, żłóbek, kolęda, jasełka, opłatek), Wielki Post (droga krzyżowa, Gorzkie Żale, rekolekcje, spowiedź wielkanocna), Triduum Paschalne (ciemnica, grób Pański, święcenie pokarmów), Wielkanoc (Biały Tydzień, Niedziela Miłosierdzia Bożego, czas pierwszych Komunii św. i rocznic, nabożeństw majowych i czerwcowych), Boże Ciało z codzienną procesją w oktawie, czas zwykły (odpoczynku i urlopów, też dla duszpasterzy).

 

A potem jeszcze nowy rok szkolny (poświęcenie tornistrów, początek katechezy w szkole), październik (nabożeństwa różańcowe), listopad (wypominki), i tak do kolejnego Adwentu. A wszystko przeplatane pierwszymi piątkami, sobotami, okolicznościowymi uroczystościami (odpusty, święta, chrzty, procesje, rocznice narodowe). Jak to wszystko dobrze umeblowaliśmy! Zawsze było „coś do zrobienia”, okazja, by znów bić w dzwony, zwołać święte zgromadzenie i prowadzić lud do zbawienia.

 

I nagle wszystko prysło… Nie ma rekolekcji, kolędy, jasełek, opłatków, katechez, wyjazdów wakacyjnych z młodzieżą. Opustoszały kościoły, owce zniknęły lub zaszyły się w swoich domach. Co teraz będzie? „Tęsknimy za Wami. Wasi księża” – napis, jaki pojawił na jednej z polskich świątyń, najlepiej oddaje zagubienie, w jakim się obecnie znaleźliśmy. Czy wróci stare? Czy uda się to wszystko odbudować? I liczymy straty. Nie tylko te finansowe.

A może nie trzeba się martwić, lecz właśnie teraz dokonać metanoi – przemiany myślenia – i dostrzec w tym wszystkim wielką szansę? Szansę nie tyle na powrót do sytuacji sprzed roku czy kilku lat, lecz o wiele wcześniej – do pierwszych wieków chrześcijaństwa, kiedy uczniowie Pana nie mieli tej misternie wzniesionej budowli? Nie mieli świątyń, sanktuariów, pielgrzymek, tradycji, praw w państwie, nie mówiąc już o przywilejach. A mimo to wniknęli w ówczesne społeczeństwo, zarażając je niewidzialnym „wirusem” Ewangelii. „Zakazili” tysiące obywateli cesarstwa, nie dysponując niczym innym poza modlitwą, służbą, Eucharystią i Słowem Bożym.

 

Czy COVID nie jest przypadkiem (choć w oczach Bożych nie ma przypadków) swoistym „znakiem czasu”, jakiego nikt z nas się nie spodziewał? Czy nie przybył niczym duch, o którym nie wiemy, skąd przyszedł, ani dokąd podąża? I który nastaje na nas w porę i nie w porę, pragnąc rozpalić współczesnych chrześcijan nowym ogniem? Czy nie wymusza w nas zmian, adaptacji, swoistego aggiornamento AD 2020/2021?

 

Czas koronawirusa. Czas szczególny. Początek nowej-starej ery, w której możemy wrócić do źródeł i dać światu, to co chrześcijaństwo może i powinno mu zawsze dawać: nadzieję. Widzę tę szansę w pięciu wymiarach.

 

1. Czas ducha


„Wierz Mi, kobieto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem: potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie” (J 4,21-24).

 

Słowa Jezusa do Samarytanki brzmią dziś ze zdwojoną mocą. Nie, bynajmniej nie neguję zewnętrznych struktur Kościoła, sam funkcjonuję w nich jako chrześcijanin i ksiądz, wiem, że mają swoje znaczenie i istotną rolę do odegrania. A jednak to nie one są najważniejsze. Są jedynie pomocą. I niczym więcej. Czasem mogą stać się wręcz przeszkodą, gdy zbytnio je rozbudujemy, aż do przekraczania granic ludzkiej wolności i odpowiedzialności. Lub też gdy służą za parawan dla działań nieetycznych.

 

Minimum formy, maksimum treści – oto postulat w odniesieniu do funkcjonowania Kościoła dziś. Żadnego triumfalizmu, żadnego Bizancjum. Minimum struktur, maksimum ducha – Ducha Świętego. Prawdziwy Kościół to wiara ludzi, modlitwa, altruistyczny styl życia. Taką budowlę ma wznosić każdy ochrzczony – niewidzialną, nadprzyrodzoną, której fundamentem jest Chrystus. Chodzi o relację z Nim, a nie kult. Kult może być zewnętrzny i często taki jest – rozbudowany, wydłużany, skomplikowany, oderwany od życia. Człowiek współczesny niewiele już z niego rozumie, nie pojmuje archaicznych gestów, słów, znaków, symboli. Nic mu już nie mówią. Nie bądźmy ich więźniami i nie czyńmy z nich na siłę części „niezmiennej tradycji Kościoła”.

 

Pierwsi chrześcijanie mieli „tylko” Eucharystię, Pismo Święte i modlitwę w duchu Ewangelii – to wystarczyło, by nie cofali się nawet przed oddaniem życia dla Pana w sposób męczeński. Kto dziś byłby do tego zdolny? Współcześni uczniowie Chrystusa życzą sobie „zdrowia, zdrowia i przede wszystkim zdrowia”? I by omijały ich jakiekolwiek krzyże („Wszelkiej pomyślności i spokoju. I jeszcze raz zdrowia!”).

 

Zacznijmy od modlitwy. Nie tej wielosłownej, przegadanej, lecz ewangelicznej, w duchu Jezusa: „On usuwał się na miejsca pustynne i modlił się” (Łk 5,16). Czas koronawirusa to czas odejścia „na pustynię” – do izdebki we własnym domu. Dosłownie. Tam możesz modlić się w ukryciu, a Ojciec twój, który widzi w ukryciu, da się tobie (por. Mt 6,6). Możesz uprzątnąć kawałek biurka, położyć ikonę, zapalić świecę i rozpocząć intymne spotkanie twarzą w twarz z Jezusem.

 

Tak czynili chrześcijanie w starożytności. Nie mając świątyń, modlili się u siebie lub odchodzili na pustynię. Nie pojedyncze osoby, lecz tysiące szaleńców Bożych, stęsknionych głębszej modlitwy i bardziej radykalnego oddania się Bogu poprzez surowy tryb życia. „Pustynia stała się miastem” – jak zapisał św. Atanazy z Aleksandrii w IV wieku. Tak wielu szukało tej drogocennej perły, że więcej ich można było spotkać w odludnych miejscach niż w metropoliach. Gotowi porzucić wszystko, by ją odnaleźć i nabyć.

 

Nie, nie mówię, abyś opuścił swój dom, pozostawił pracę lub rodzinę. Proponuję tylko jedno: wyłącz komputer o odpowiedniej porze i połóż się wcześniej spać, by nazajutrz wstać pół godziny przed domownikami i iść na twoje miejsce modlitwy. Otwórz Pismo Święte i czytaj. Powoli. Kilka zdań wystarczy. Pomyśl nad nimi i nie spiesz się. Chłoń je niczym gąbka zanurzona w oceanie. One zaczną w Tobie pracować i staniesz się człowiekiem duchowym: będziesz inaczej patrzeć na rzeczywistość, trudności, cierpienia, jakie cię dotykają. Na życie i śmierć. Na pandemię. Słowo Ojca – Logos, wcielony Syn Boży – zamieszka w Tobie i powoli przejmie ster nad twoim życiem, otwierając zupełnie nowe horyzonty. Byleś tylko czynił to każdego dnia – to kluczowo ważne!

 

COVID to wirus niedostrzegalny gołym okiem, nie ma nawet budowy typowej komórki, a jednak potrafi wniknąć do organizmu człowieka i zaatakować wszystkie jego układy – oddechowy, pokarmowy, wydalniczy, nerwowy, krwionośny. Podobnie działa Słowo Boże – „żywe, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca” (Hbr 4,12). Ewangelia to nadprzyrodzony „wirus”, który opanowuje ducha, wprowadzając weń Trójcę Świętą, Jej miłość, logikę działania i oceniania. Uwierz, że to tak działa! Osobiście znam około pięćdziesiąt osób, które rozpoczynają każdy dzień 30-minutową modlitwą. Zapraszam: dołącz do nich. Nie będziesz sam.

 

A potem przejdź do Eucharystii – jeśli możesz. Kiedyś sprawowano ją w domach. Księża, powróćmy do tego! Zamiast czynić karkołomne wysiłki, by na nowo ściągnąć ludzi do kościoła (rozumiem, to też ważne), wyjdźmy ze swoich plebanii i idźmy z Eucharystią pod dachy ludzi. Jezus nie chce być tylko raz w roku obnoszony po pewnych zakątkach parafii w święto Bożego Ciała – On chce się rodzić w blokach i domach, chce mieszkać w nich jak kiedyś w Nazarecie. Eucharystia jest sercem Kościoła!

 

Zamiast kolędy, umawiajmy się na Eucharystię w jakiejś rodzinie, każdego dnia gdzieś indziej. „Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną” (Ap 3,12). Mamy teraz więcej czasu – właśnie po to, by jak apostołowie sprawować pamiątkę Paschy Chrystusa tam, gdzie na co dzień żyją chrześcijanie – nasi parafianie. Tak było w pierwszych trzech wiekach Kościoła.

2. Czas świeckich
Czas koronawirusa to czas świeckich. Kończy się model tradycyjnej parafii, której centrum stanowi pasterz-proboszcz, inicjator niemal wszystkich działań duszpasterskich, czasem przy pomocy innych osób. Teraz punkt ciężkości przenosi się w miejsca zupełnie niespodziewane: do domów, szpitali, biur, sklepów, wielkich korporacji, na lotniska i dworce kolejowe. Głoszenie ewangelii to nie (tylko) słowa; to nowy styl życia.

 

Tak, ja – ksiądz piszący ten tekst – jestem głęboko przekonany, że najważniejszą i najbardziej skuteczną formą przekazywania Dobrej Nowiny jest czujna, wrażliwa obecność świeckich tam, gdzie mieszkają i pracują. I nie chodzi o mówienie o Bogu, „świadectwo” (to słowo bardzo mnie razi), chrześcijańskie pozdrowienia („Szczęść Boże” i inne), wieszanie symboli religijnych w klasach, miejscach pracy itp.

 

Wręcz przeciwnie – głoszenie Ewangelii może się dziś odbywać poprzez… milczenie o Bogu i Kościele. Słowa straciły swoją moc, napotkamy je wszędzie: w reklamach, sms-ach, mejlach, internecie, radiu, które nieustannie gra za uchem. Dziś potrzebne jest milczenie, które warunkuje uważność i wrażliwość na innych. Milczenie, które przekłada się na cierpliwość sprzedawczyni w hipermarkecie, brak pośpiechu pielęgniarki (i lekarza) wobec pacjenta, uśmiech i otwartość wobec kolegi, który siedzi przed komputerem tuż obok, wykonując podobną pracę, punktualność, słowność, optymizm, umiejętność słuchania, zainteresowanie się czyimś cierpieniem połączone z ofertą przyjścia z pomocą.

 

„Zobaczcie, jak oni się miłują” – mówili ludzie o chrześcijanach pierwszych wieków. Po jakimś czasie przychodzili do nich, zadawali pytania, otwierali swoje serca. Tamci zaś przyjmowali każdego, pamiętając na słowa Chrystusa: „Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz. Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące. Daj temu, kto cię prosi i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie” (Mt 5,40-42). Świeccy mają o wiele więcej okazji do głoszenia Ewangelii dziś, bo pracują „na froncie”. Bo jest ich więcej.

 

Zmiana modelu funkcjonowania Kościoła pociąga za sobą dwie konsekwencje. Po pierwsze, konieczne jest tworzenie małych grup, wspólnot modlących się razem i odczytujących znaki czasu, które wychodzą naprzeciw nowym trudnościom. Przykładem pola do zagospodarowania jest opieka duchowa w medycynie (patrz: ptodm.org.pl). Oczywiście nikt nie zastąpi kapelana, jeśli chodzi o sprawowanie sakramentów (pokuty, Eucharystii, namaszczenia chorych) – zawsze będzie miał on wielkie możliwości spełnienia swojej misji.

 

Nie zmienia to jednak faktu, że świeccy (na przykład osoby, które już przeszły na emeryturę i myślą, gdzie się teraz zaangażować) mogą stworzyć zespół składający się z kilkunastu, może kilkudziesięciu osób-wolontariuszy opieki duchowej i odwiedzać chorych w szpitalu lub domach, za darmo, zupełnie bezinteresownie. Cierpiący na ciele i duchu potrzebują, by po prostu z nimi być, poczytać im książkę, rozmawiać z nimi na ważne tematy – o wartościach, życiu, śmierci oraz tym, co po niej.

 

A tymczasem są pozostawieni samym sobie. Nie mają do kogo otworzyć ust w najbardziej dramatycznym dla nich momencie. Tęsknią za spotkaniem, za człowiekiem. Życzliwym, mądrym, który będzie miał czas ich wysłuchać. Kiedy Kościół dostrzeże to zupełnie zaniedbane pole swojej działalności?

 

Drugą konsekwencją powrotu świeckich na swoje właściwe miejsce w Kościele jest konieczność jak najszybszej zmiany modelu formowania księży. Seminarium potrydenckie już od dłuższego czasu nie spełnia swojej roli właściwego przygotowania kandydata do kapłańskiej posługi ludowi Bożemu. Dzisiejszy świat potrzebuje księży mądrych, głęboko duchowych, pokornych, umiejących współpracować ze świeckimi na równych zasadach. Zrozumiano to w innych krajach, lecz ciągle nie w Polsce. Obecna formacja seminaryjna dogorywa i nie ma w tym nic dziwnego.

 

Potrzebna jest prawdziwa szkoła modlitwy, wdrażanie młodych ludzi do studiowania teologii w duchu wiary, nie zaś na teoretycznych, często oderwanych od życia wykładach. Konieczni są mądrzy, rozmodleni tutorzy, którzy – niczym „starcy” – poprowadzą poszczególnych kandydatów przez kilka lat formacji. I oczywiście świeccy wykładowcy, w dużej mierze kobiety.

 

Klerycy winni wejść w system Erasmusa – wymiany międzynarodowej, by móc przebywać w seminariach zagranicznych, uczyć się innych Kościołów, otwierać się na ludzi z innych obszarów językowych i kulturowych, poznawać, jak studiują świeccy. Powinni pracować przez jakiś czas, także fizycznie, w szpitalu, korporacji, gdziekolwiek. Zmiany w tej dziedzinie muszą być przeprowadzone tak szybko, jak szybko wirus wtargnął w nasze życie.

 

3. Czas ekumenii


COVID jest ekumeniczny. Nie oszczędza nikogo. Przybył do nas z Chin i rozszedł się po świecie, zbierając żniwo wśród wyznawców wszystkich religii oraz niewierzących. Połączył ludzkość niewidzialną więzią, inspirując do zwarcia szeregów we wspólnej walce.

 

Jesteśmy chrześcijanami, co jest źródłem naszego szczęścia. Nie możemy jednak zapomnieć, że obok nas żyją wyznawcy judaizmu, islamu, buddyści, hinduiści, animiści, ateiści. Wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami na jednej planecie – Ziemi. Wszyscy wznosimy ręce do Boga, choć każdy pojmuje Go trochę inaczej. Jezus modli się nieustannie: „aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno […], tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie umiłowałeś” (J 17,21-23).

 

Nie chodzi tu o jednakowość treści wiary, lecz o jedność w miłości, wzajemnej życzliwości, solidarności. Możemy sobie wzajemnie służyć, nie patrząc na wyznanie, opcje polityczne, narodowość. Bądźmy życzliwi. Życzliwi dla wszystkich. Bez wyjątku. A zwłaszcza wobec tzw. wrogów. Możemy wziąć do swojego życia „Manifest życzliwości” – credo wspólnoty bezdomnych „Betlejem” z Jaworzna:

 

„Jestem życzliwy dla każdego bez wyjątku. Każdego uważam za brata lub siostrę. Nie ma już dla mnie wierzących czy niewierzących, Żydów czy chrześcijan, muzułmanów czy buddystów, Polaków czy imigrantów, lecz wszystkim we wszystkich jest Miłość.


Nie używam słów aroganckich, poniżających, złośliwych, destrukcyjnych. Nie deprecjonuję ludzi myślących inaczej niż ja, podejmuję z nimi dialog w duchu życzliwości. Szanuję każdego bez wyjątku. Nikim nie pogardzam.


Dążę do pokoju, pojednania i zgody. Nie wprowadzam podziałów w społeczeństwie. Buduję mosty. Nie wykorzystuję nikogo do własnych celów. Nie mam wrogów – ani politycznych ani osobistych.


Jestem człowiekiem nadziei. Nie sieję defetyzmu, nie straszę, nie wprowadzam zamętu, nie jestem podejrzliwy.


Pielęgnuję ciszę. Więcej słucham niż mówię.


Służę i daję swój czas jak Samarytanin. Czynię ziemię gościnną dla każdego, otwieram drzwi serca oraz własnego domu dla potrzebujących.


Kocham świat i przyrodę, nie zaśmiecam jej i nie niszczę przez bezmyślność czy chęć dominacji”.


4. Czas śmierci


Czas COVID-u to czas śmierci. Każdego dnia umierają dziesiątki, setki tysięcy ludzi, choć jeszcze przed rokiem nikt nie słyszał o tej infekcji. Idzie przez świat, wchodzi do domów, szpitali, hospicjów, szkół, sklepów, środków komunikacji, gdzie zbiera straszliwe żniwo. Nie patrzy na płeć, wiek, prawość czy grzeszność życia swojej ofiary. Pozostawia za sobą łzy i smutek osieroconych dzieci, owdowiałych żon lub mężów. Atakuje płuca, serce, krew, jelita. Dziesiątkuje całe regiony. Mikroskopijna śmierć groźniejsza niż kule armatnie.

 

Czas COVID-u to także czas śmierci starego modelu człowieka. Wcześniej żyliśmy beztrosko, nie myśląc o innych, o konsekwencjach naszych poczynań. Wsiadaliśmy w samolot, lecieliśmy gdzie niosły nas marzenia – na egzotyczne wakacje, alpejskie stoki, dziewicze wyspy, nieodkryte kontynenty. Wszędzie robiliśmy sobie selfie, pokazywaliśmy je innym po powrocie, równocześnie szykując się do nowej wyprawy. Kupowaliśmy, konsumowaliśmy, wyrzucaliśmy resztki jedzenia, czasem większe od tego, co zdołaliśmy spożyć. Karczowaliśmy lasy, wysiedlaliśmy rdzennych mieszkańców, wykorzystywaliśmy niewolniczą pracę nieznanych nam osób, bogaciliśmy się, ustawiając swoje „ja” w rankingach happy souls.

 

Nasz egoizm pewnie by wzrastał z roku na rok, gdyby nie zjawił się on – niewidzialny cenzor ludzkich fantazji. I zamknął nas w domach. Nakazał pozostać, siąść i przemyśleć styl dotychczasowego życia. Życia, do którego nie możemy i nie wolno nam wrócić. Effatha! – mówi Jezus. Otwórz się nie na swoje ego, lecz na innych, wydziedziczonych, bezdomnych, bezrobotnych. Tych, którzy nie mogą związać końca z końcem, a żyją na tej samej ulicy. Ofiary głodu i suszy w świecie. Imigrantów, których przepędzono z rodzinnych stron, zabiwszy wcześniej większość członków rodziny. Europo! Polsko, obudź się! Nie jesteś sama na tej ziemi. „Cóżeś uczyniła? Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi!” (Rdz 4,10).

 

Nie wiemy, ile czasu nam jeszcze pozostało, ale już dziś trzeba przeorganizować swoje życie na pro-egzystencję, „życie dla”: dla innych, dla potrzebujących, dla Boga. „Nie dzielić się własnymi dobrami z ubogimi znaczy okradać ich i pozbawiać życia. Posiadane przez nas dobra nie są naszymi, ale ich dobrami” – pisał św. Jan Chryzostom, starożytny biskup Konstantynopola.

 

Czas COVID-u to także czas śmierci starego modelu Kościoła. Pięćdziesiąt pięć lat po zakończeniu II Soboru Watykańskiego stoimy przed wielką szansą (i koniecznością) wdrożenia jego wskazówek. Kościół ubogi dla ubogich. Kościół rozmodlony i duchowy. Szpital polowy na „po bitwie”. Żywa wspólnota wspólnot. Kościół pełen Ducha Świętego. Kościół pokorny i służebny. Mistyczne Ciało Chrystusa. Tylko taki Kościół przetrwa, stanie się na nowo solą ziemi i przyciągnie młodych. Czy odważymy się na taki Kościół?

 

5. Czas zmartwychwstania

 

Czas COVID-u to w końcu czas zmartwychwstania. Dla chrześcijan nie ma sytuacji bez wyjścia, wszystko służy budowaniu nowego nieba i nowej ziemi, w których mieszka sprawiedliwość (2 P 3,13). Zmartwychwstaniemy po COVID-zie. To jedno jest pewne. Zmieni się świat, zmieni się myślenie o człowieku, społeczeństwie, Kościele. Nie wrócimy do starego; starej łaty nie można przyszywać do nowego ubrania.

 

Nie wiemy, co nas czeka. Nie musimy się jednak obawiać, jeśli tylko zachowamy ufność w Panu. Do Niego należy czas i wieczność. On – Alfa i Omega – osadził świat na mocnym fundamencie krzyża; jedno spojrzenie nań uzdrawia nas od ciężkiej choroby konsumpcjonizmu, egoizmu i zamknięcia w sobie. Popatrzmy dookoła inaczej, nowymi oczami. Nie trzeba było wojny, by wstrząsnąć światem – przyszedł niewidzialny kosmita z Państwa Środka. Zamieńmy go w „antywirus” Ewangelii – to najlepsza szczepionka, która nic nie kosztuje, z wyjątkiem śmierci starego człowieka.

 

ks. Andrzej Muszala
Wiez.pl | 30 grudnia 2020