logo
Wtorek, 25 września 2018 r.
imieniny:
Aureli, Kamila, Kleofasa, Władysława – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Przemysław Radzyński
Traktować Boga serio
eSPe
 
fot. Skalekar1992, People | Pixabay (cc)


O tym, co jest najtrudniejsze w kapłaństwie, ale także o największych radościach księdza mówi o. Piotr Recki SP. Ojciec duchowny pijarskich kleryków i duszpasterz powołań komentuje ankietę „eSPe” przeprowadzoną wśród młodzieży.
 
Gdy rodziło się Ojca powołanie, to jakie były Ojca wyobrażenia na temat kapłaństwa i życia zakonnego?
 
Miałem to szczęście, że urodziłem się i wychowałem w parafii prowadzonej przez księży salezjanów. Mogłem więc od samego początku widzieć to, czym jest wspólnota kapłańska. Wiele lat później – kiedy duża parafia salezjańska decyzją biskupa zamieniła się w dwie parafie diecezjalne – miałem okazję z bliska poznawać życie księży diecezjalnych, żyjących w pojedynkę. Gdy rodziło się moje powołanie, wiedziałem już, że nie chcę żyć w pojedynkę, a chcę mieszkać we wspólnocie. Jakoś intuicyjnie czułem, że we wspólnocie jest po prostu łatwiej.
 
Może zabrzmi to dziwnie, ale kapłaństwo zawsze bardzo mocno kojarzyło mi się tylko z odprawianiem Mszy św. i spowiadaniem. Nigdy np. nie łączyłem mojego ewentualnego kapłaństwa z katechezą w szkole. Pewnie dlatego, że ja sam nigdy nie miałem księdza katechety. Zawsze katechizowały mnie osoby świeckie. Kiedy więc decydowałem się na życie zakonne i na kapłaństwo, szkolna katecheza była jakby obok mnie. Wtedy nie myślałem, że mógłbym stać przy tablicy i mówić uczniom o Bogu. Za to zawsze widziałem siebie przy ołtarzu i w konfesjonale. Takie były moje pierwsze wyobrażenia dotyczące kapłaństwa. To wszystko zmieniło się później – gdy już poznałem pijarów i dowiedziałem się, że charyzmatem tego zakonu jest nauczanie. I wtedy zmieniłem nieco sposób patrzenia – zobaczyłem księdza nie tylko w kościele, ale i w szkolnej klasie.
 
Po przyjściu do seminarium, po święceniach, po kilku latach kapłańskiej posługi jak te wyobrażenia się zweryfikowały? Jest tak, jak Ojciec myślał? Coś Ojca rozczarowało? Coś pozytywnie zaskoczyło?
 
Przez prawie piętnaście lat życia zakonnego wiele rzeczy mnie rozczarowało i wiele pozytywnie zaskoczyło. Zobaczyłem np. że wspólnota zakonna może być przestrzenią Bożego błogosławieństwa, ale ta sama wspólnota może być też jakimś ciężarem. Wspólnota to bogactwo, ale nie wolno zapominać, że ta sama wspólnota jest dla jej członków także swego rodzaju zadaniem. Zadaniem, za które każdy z zainteresowanych bierze odpowiedzialność.
 
Tym, co jakoś ciągle mnie zaskakuje i czego mocno doświadczam, jest wielka otwartość wiernych na kapłanów i życzliwość, z jaką się z ich strony spotykam. Na palcach jednej ręki mogę policzyć sytuacje, w których ktoś mi naubliżał, oskarżył, wyzwał czy wykrzyczał przykre słowa prosto w oczy. O wiele częściej spotykam się z ogromną ludzką życzliwością. Może nieraz jest ze strony ludzi taka zwyczajna blokada, że nawet czasem na ulicy „szczęść Boże” nie mówią, ale kiedy porozmawia się z tymi osobami tak normalnie, zwyczajnie, napotkać można na ogromne pokłady zaufania, jakim ludzie obdarzają kogoś, kto ma ochotę ich wysłuchać, wesprzeć, poradzić, wyspowiadać… Bardzo zaskakują mnie w kapłaństwie ludzkie reakcje. Te negatywne oczywiście też. Ale przede wszystkim te pozytywne. Bo – na szczęście – tych drugich jest o wiele więcej.
 
Wielu młodych, którzy kiedykolwiek myśleli o powołaniu kapłańskim mówi, że byliby wtedy bliżej Boga, „może łatwiej dostaliby się do nieba”? To prawda? Ksiądz przez sam fakt, że ma święcenia jest bliżej Pana Boga? Myśli Ojciec, że księdzu łatwiej dostać się do nieba?
 
Nie wiem, czy każdy ksiądz rzeczywiście jest bliżej Boga, ale wiem, że na pewno każdy ksiądz powinien zrobić wszystko, by do Boga się nieustannie przybliżać. Mam w pamięci słowa, które wypowiedział kiedyś św. Bonawentura. Powiedział: „Nie po to wstąpiłem do zakonu, by żyć, jak żyją inni. Ale po to, by żyć tak, jak wszyscy inni żyć powinni”. Oczywiście, można z tymi słowami dyskutować, różnie je interpretować, ale na pewno od kapłana trzeba wymagać więcej. W myśl słów z Ewangelii: „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie”.
 
Kapłaństwo jest piękne i może być naprawdę pięknie przeżywane. Ale gdy patrzę na wielu fantastycznych małżonków, którzy na co dzień zmagają się np. z wiernością sobie i z wiernością Panu Bogu, a przy tym z wieloma innymi trudnościami dnia codziennego, jestem przekonany, że i oni dostaną się do nieba. Może nawet szybciej niż ja – kapłan.
 
Ludzie mnie, księdza, rzeczywiście często proszą o modlitwę. Ja z kolei często proszę o modlitwę ludzi starszych, schorowanych, samotnych. Ich wiara i modlitwa też przecież mają niesamowitą moc. Nie mam co do tego żadnej wątpliwości.
 
Ci, którzy nigdy nie myśleli o kapłaństwie mówią, że nie wyobrażają sobie życia mężczyzny bez rodziny – żony, dzieci.
 
Bałem się i wciąż boję się samotności. Nie rozumiem tych, którzy mówią, że w kapłaństwie nie można czuć się samotnym. Można… Można się spalać dla innych, można posługiwać, ewangelizować, nawracać, rozgrzeszać, ale przecież prędzej czy później po takiej posłudze wraca się do zakonnej celi, gdzie nie ma się do kogo odezwać. I jest doświadczenie samotności. Jest i ma być.
 
Jan Paweł II dobrze o tym wiedział, gdy mówił, że po to kapłan jest sam, aby inni ludzie sami nie byli.
 
Warto zobaczyć tutaj także drugą stronę medalu – czy w małżeństwie nie ma doświadczenia samotności? Oczywiście, że jest. Czy nie ma doświadczenia pustki? Jest. Czy gdyby nie było takiego doświadczenia niektórzy spośród tych, co żyją w małżeństwie sięgaliby po coś, co wydaje się tylko namiastką szczęścia – alkohol, pornografię, itp.? Czy fakt, że niektórzy tak właśnie robią, nie jest najlepszym dowodem na to, że i w małżeństwie ludzie doświadczają jakiegoś głodu, pustki, samotności?

Jak sobie z tym radzić?
 
Trzeba się zgodzić na to, że i w małżeństwie i w kapłaństwie człowiek doświadcza i będzie doświadczał samotności. Ona po prostu wpisana jest w nasze życie – bez względu na to, jakie powołanie podejmiemy. Ale trzeba też wiedzieć, że samotność to już jest jakiś efekt końcowy. Samotność nie bierze się z dnia na dzień. Nie pojawia się nagle. Ona rodzi się nieraz całymi miesiącami i  latami. Rodzi się wtedy, gdy człowiek się alienuje, ucieka, próbuje być samowystarczalny. To dlatego ciągle powtarzam moim klerykom w seminarium, że w powołaniu trzeba mieć jeszcze dwie inne literki „p” – pasje i przyjaciół. Bez pasji i bez przyjaciół bardzo szybko przyjdzie doświadczenie pustki i samotności i bardzo trudno będzie sobie z tym doświadczeniem poradzić.
 
Jak ja radzę sobie bez żony, bez dzieci? Jak radzę sobie z samotnością? Najpierw powinienem powiedzieć rzecz oczywistą – lekarstwem na każdy brak jest zawsze przede wszystkim kontakt z Bogiem. Czyli modlitwa. Ale przecież nawet ksiądz nie żyje tylko modlitwą. Mam przyjaciół, z którymi czasem się widuję. Odwiedzam ich, rozmawiamy, dzielę ich radości i smutki. Ostatnio nawet zaczęliśmy razem wychodzić na kręgle.
 
I mam pasję. Moją pasją – i mówię to z całą odpowiedzialnością – jest posługa, którą obecnie pełnię w naszej Prowincji zakonnej. Obok posługi ojca duchownego i spowiednika kleryków, jestem też duszpasterzem powołań. Niemal każdego dnia odpowiadam na maile, rozmawiam przez telefon, spotykam się z młodymi, którzy rozeznają swoje powołanie. Jednym słowem – towarzyszę. I tak już od ośmiu lat. Mam szczęście, bo lubię to, co robię i robię to, co lubię.

Czy ksiądz skazany jest na samotność?

Niedawno w Kołobrzegu zmarł ks. Józef Słomski – wieloletni proboszcz kołobrzeskiej katedry. Człowiek niezwykle zasłużony dla miasta i dla całej koszalińsko-kołobrzeskiej diecezji. Na kilka miesięcy przed śmiercią udzielił wywiadu. Choć sam pobłogosławił bardzo wiele małżeństw i ochrzcił setki dzieci, w wywiadzie przyznał, że czasem czuje się samotny.
 
„Samotność dokucza każdemu księdzu – mówił ks. Józef -  jednemu mniej, innemu bardziej. I to nie tylko na emeryturze, ale także w czasie jego aktywności duszpasterskiej. Jedno jest pewne: jeżeli ksiądz nie będzie widział najważniejszego celu swojej posługi, czyli głoszenia Ewangelii Chrystusa, to zawsze będzie bardzo samotny”.
 
Niech słowa ks. Józefa będą odpowiedzią na to pytanie. Ja pod tymi słowami w zupełności się podpisuję.
 
Na pytanie o to, co w kapłaństwie jest najtrudniejsze, młodzież najczęściej wskazuje na celibat. To faktycznie jest największy kapłański trud?
 
W życiu kapłańskim trudów jest wiele. Celibat również może nim być, choć wcale nie musi. Wszystko zależy od tego, jak ksiądz przeżywa swoje kapłaństwo. Jeśli coraz częściej myśli tylko o sobie, jeśli przestają interesować go inni i jeśli dojdzie do wniosku, że Kościół go jakoś unieszczęśliwił i skazał na smutne i samotne życie, to z czasem będzie robił wszystko, żeby sobie pewne braki, które mogą być obecne w życiu kapłańskim, zwyczajnie rekompensować. Wówczas jedną z pierwszych rzeczywistości, które ksiądz sobie zwyczajnie podaruje, będzie sfera czystości. A to dlatego, że łączy się ona nierozerwalnie z przyjemnością.
 
Wszystko więc zależy od tego, jak ksiądz traktuje swoje kapłaństwo. Jeśli jest w nim szczęśliwy, będzie z radością podejmował kolejne posługi i akcje, i nawet mu do głowy nie przyjdzie, że celibat to męczarnia. On po prostu będzie żył z innymi i dla innych. Ale jeśli ksiądz zacznie się koncentrować tylko na sobie, będzie widział przede wszystkim czubek własnego nosa, to niestety celibat może być zagrożony. Czara goryczy może się przelać w różnych sytuacjach. Np. wtedy, gdy dojdzie do nieporozumienia z przełożonym albo gdy zrodzi się jakaś większa frustracja czy zwyczajne zawodowe wypalenie (choćby na katechezie).

Jak Ojciec sobie radzi z celibatem?

Jeśli mam mówić o sobie, to szczerze przyznam, że myśląc o przyszłości bardziej boję się doświadczenia samotności niż trudności wynikających z celibatu.
 
Co Ojciec uważa za najtrudniejsze w kapłaństwie?

Dla mnie osobiście najtrudniejsza w kapłaństwie jest bezradność, jakiej doświadczam w bardzo wielu sytuacjach. Mógłbym o tym mówić godzinami. Jestem bezradny, gdy przychodzi do mnie matka i mówi, że ma ciężko chore, umierające dziecko. Jestem bezradny, gdy dostaję maila od chłopaka, którego od wielu miesięcy prowadzę, a który pisze mi: „Proszę ojca, bardzo chcę być księdzem, ale niestety, moi rodzice mi na to nie pozwalają. Nie wiem, co robić”. Jestem bezradny, kiedy rozmawiam z chłopakiem, czynnym homoseksualistą, który przychodzi na rozmowę i płacze, bo z jednej strony żyje w grzesznym związku, a z drugiej nie może dostać rozgrzeszenia, chociaż bardzo chciałby przyjąć Komunię św.
 
Najtrudniejszą rzeczą w kapłaństwie jest dla mnie moja bezradność. Pamiętam dziesiątki sytuacji, w których – poza wysłuchaniem danej osoby – mogłem ją tylko pobłogosławić a potem bezradnie rozłożyć ręce. Oczywiście, zawsze pozostaje modlitwa i tę modlitwę zawsze w takich sytuacjach obiecuję, ale gdzieś po ludzku zostaje we mnie jakiś niesmak i pytanie: Co jeszcze mógłbym zrobić? Jak jeszcze mógłbym pomóc? To są często pytania bez odpowiedzi. Niestety…
 
Jak w takich sytuacjach kapłan radzi sobie z pewnego rodzaju napięciem, gdy ktoś przychodzi z problemami – czasami wagi życia i śmierci – i prosi o poradę, wręcz o ratunek?
 
W tym napięciu jest zawsze jedna złota zasada. W obliczu różnych trudnych doświadczeń staram się zawsze pytać o to, co w danej sytuacji zrobiłby Jezus. Znam na tyle Ewangelie, że jestem w stanie dość sprawnie przywołać na pamięć biblijne sytuacje w jakimś stopniu odpowiadające problemom, z którymi przychodzą do mnie inni.
 
Ktoś powiedział, że w Ewangelii jest odpowiedź na każde nurtujące człowieka pytanie. Czy tak jest rzeczywiście, nie wiem, ale mogę powiedzieć, że Ewangelia nie raz i nie dwa pomogła mi popatrzeć na czyjś problem z zupełnie innej perspektywy i w ten sposób komuś rzeczywiście pomóc.
 
Młodzi z naszej ankiety mówią, że trudne w kapłaństwie jest „wytrwanie w powołaniu”, „wytrwanie w wierze” – podkreślam słowo „wytrwanie”. Papież Franciszek często powtarza, że żyjemy w kulturze tymczasowości; trudno nam o wytrwałość czy wierność swoim ideałom czy postanowieniom. Ma Ojciec jakieś recepty dla młodych w tej kwestii? Myślę, że nie chodzi tylko o kapłaństwo, ale właściwie każdy przejaw ludzkiej działalności.
 
Bez wątpienia żyjemy w takiej rzeczywistości, w której wytrwałość czy stałość są często towarem deficytowym. Widać to m.in. w statystykach: 1/3 małżeństw zwyczajnie się rozpada, ok. 70 kapłanów diecezjalnych i prawie drugie tyle zakonnych każdego roku odchodzi z kapłaństwa, ponad 60 podań od polskich tylko księży trafia każdego roku na biurka watykańskiej Kongregacji ds. Duchowieństwa z prośbą o dyspensę od czynności kapłańskich (w tym od celibatu). Te dane powinny przerażać, a już na pewno zastanawiać i zasmucać.
 
Jaka jest recepta? Bardzo prosta: Kiedy weźmiemy do ręki rytuał, z którego korzysta biskup przy udzielaniu święceń kapłańskich czy ksiądz przy sakramencie małżeństwa, dostrzeżemy tam znamienną, acz nie zaskakującą nas do końca kwestię. W jednym jak i w drugim przypadku mamy tam bardzo mocne odwołanie do Bożej pomocy.
 
W czasie święceń kapłańskich biskup stawia kandydatowi na kapłana pytanie: „Czy chcesz coraz ściślej jednoczyć się z Chrystusem, Najwyższym Kapłanem, który z samego siebie złożył Ojcu za nas nieskalaną Ofiarę, i razem z Nim poświęcać się Bogu za zbawienie ludzi?”. Na tak postawione pytanie, kandydat odpowiada: „Chcę, z Bożą pomocą”.
 
W czasie sakramentu małżeństwa również mamy odwołanie do pomocy Pana Boga. Po publicznie i na głos wypowiadanej formule przysięgi małżeńskiej, zarówno pan, jak i pani młoda dodają: „Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy Jedyny, i wszyscy święci”.
 
Myślę, że w tych dwóch zdaniach z obrzędu święceń i z obrzędu sakramentu małżeństwa kryje się cała istota. Ludzie proszą Boga o pomoc, ale w momentach kryzysowych chyba zupełnie o tym zapominają. Zapominają, że prosili. A skoro prosili, to mają pełne prawo oczekiwać, że Bóg w momencie trudnych doświadczeń nie zostawi ich samych. Kiedy więc przychodzą życiowe trudności – a z pamięci ulatują słowa, które wypowiadali – ludzie podejmują różne decyzje. Również tak dramatyczne jak odejście z kapłaństwa czy rozstanie z małżonkiem.
 
Młodym i nie tylko młodym radziłbym więc nauczyć się poważnie traktować słowa, które wypowiada się przed Bogiem. Tylko wtedy, kiedy sami potraktujemy Boga serio, będziemy mogli przy pomocy łaski Bożej wyjść z największego życiowego dołka.
 
Żeby nie zatrzymać się tylko na tym, co w kapłaństwie jest najtrudniejsze, na koniec zapytam Ojca o największą radość kapłana.
 
Może zabrzmi to jakoś górnolotnie, ale może warto, by tak właśnie zabrzmiało, skoro właśnie tak jest. Mam dwa najpiękniejsze momenty w mojej kapłańskiej posłudze. Pierwszy jest wtedy, kiedy w czasie spowiedzi wypowiadam – zawsze na głos i bardzo wyraźnie – formułę rozgrzeszenia, a po niej dodaję: „Pan odpuścił tobie grzechy, idź w pokoju”. Dla mnie jest to najpiękniejszy moment i może właśnie dlatego już wiele razy w różnych konfesjonałach miałem czelność zwracać spowiadającym mnie kapłanom uwagę na to, by słowa rozgrzeszenia wypowiadali powoli i głośno. „Ojcze, formułę rozgrzeszenia chcę usłyszeć” – mówiłem już niejednemu w konfesjonale. Niestety, wielu wciąż wypowiada te piękne słowa niedbale i bez głębszej refleksji. A dla mnie jest to po prostu Dobra Nowina o tym, że Jezus mi przebacza i chcę usłyszeć właśnie to, a nie jakieś kapłańskie mamrotanie pod nosem.
 
I drugi moment mojej kapłańskiej radości: Chwila, gdy wypowiadam słowa: „Ciało Chrystusa” i pozwalam, aby ci, którzy do mnie podchodzą, odchodzili z Jezusem w sercu. Nie ma chyba w życiu kapłana piękniejszego momentu, jak ten, w którym daje się Boga ludziom.
 
Rozmawiał Przemysław Radzyński
eSPe130/2018 
 
Zobacz także
Piotr Mucharsk, Artur Ryś
Artykuł został usunięty, ponieważ redakcja Tygodnika Powszechnego zakończyła współpracę ze wszystkimi serwisami internetowymi, także z naszym.

Zapraszamy do czytania innych ciekawych artykułów w naszej czytelni.
 
oprac. Karol Wojteczek
Jako symbol odkupienia ludzkości krzyż zajmuje pierwsze pośród ważności miejsce wśród katolickich sakramentaliów. Na nim zasadza się istota całego chrześcijaństwa – wiara w Syna Bożego, który zstąpił na Ziemię i oddał swe życie, by zbawić nas i zadośćuczynić za nasze grzechy. 
 
Michał Gołębiowski
Kiedy prorok Jonasz został wyrzucony do morza, a następnie połknięty przez wielką rybę, przez trzy dni i trzy noce modlił się z wnętrza jej brzucha psalmami. Wtedy Pan wydał rozkaz, żeby ryba wyrzuciła Jonasza na ląd (Jon 2,11). Kiedy zatem nadszedł ratunek? Czy Bóg wpierw wydobył Jonasza z sideł śmierci, a następnie prorok, stojąc już bezpiecznie na brzegu, wzniósł modlitwę dziękczynną dla swego Wybawiciela? Nie, Pismo Święte wyraźnie mówi, że cudowna interwencja Opatrzności była dopiero odpowiedzią na cierpliwe, pełne ufności trwanie na modlitwie Księgą Psalmów.  
 
 

ISMCH

___________________
 
 reklama