logo
Piątek, 11 września 2026 r.
imieniny:
Dagny, Jacka, Prota, Adelfa, Wincentego – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 

Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
kard. Grzegorz Ryś
Trzy miejsca nawrócenia
Stacja 7
 
fot. Furkan Alakoc | Pexels (cc)


24 października odbyło się spotkanie synodalne ekip synodalnych w Watykanie z papieżem Leonem XIV. Spotkanie otwierało wystąpienie kard. Grzegorza Rysia, który zwrócił uwagę na napięcia ujawnione w procesie synodalnym oraz na konieczność otwarcia Kościoła na wszystkich, zgodnie z wezwaniem papieża Franciszka. Poniżej przedstawiamy przetłumaczone przemówienie kard. Grzegorza Rysia.


Synodalność nie tworzy napięć, lecz je odsłania. Odsłania je zarówno wewnątrz Kościoła, jak i w Jego relacji do świata. Wskazuje miejsca, w których Kościół musi się nawrócić, by pozostać wierny swojemu Panu. Spróbuję wskazać trzy, te które, jak sądzę, są najistotniejsze.

 

Między „ja” a „my”


Pierwsze kluczowe napięcie to napięcie między „ja” a „my” – między tym, co indywidualistyczne (nie mylić z tym, co indywidualne czy osobowe), a tym, co stanowi wartość wspólnotową.

 

Wierzymy, że mężczyzna i kobieta – tak, jak zostali stworzeni i jak zostali odkupieni w Chrystusie – są przez Boga powołani do życia i wzrastania poprzez głębokie relacje między osobami. Księga Rodzaju mówi: Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam (Rdz 2,18). Ewangelia Pana mówi: Latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie (J 15,4). Sobór Watykański II naucza: podobało się jednak Bogu uświęcić i zbawiać ludzi nie pojedynczo, z wykluczeniem wszelkiej wzajemnej między nimi więzi, lecz uczynić z nich lud, który by Go poznawał w prawdzie i zbożnie Mu służył. (LG 9).

 

Synodalność mówi to samo, wzywając nas do nawrócenia relacyjnego – do tego, byśmy byli gotowi i zdolni „iść razem” (syn-hodos).

 

Ludzie naszych czasów nie tylko cierpią z powodu samotności – oni często wybierają samotność. Cierpią z powodu osamotnienia, ale boją się prawdziwych i trwałych relacji. Dysponują najlepszymi w historii narzędziami komunikacji, a unikają osobistego spotkania. Jedyny rodzaj relacji, jaki znają, to rywalizacja:


„Zyskałem to, czego ty nie mogłeś”, „Mam to, do czego ty nie sięgnąłeś”. Dlatego: „Jestem kimś, bo ty jesteś nikim”, a nawet „Jestem tym bardziej kimś, im bardziej ty jesteś nikim”. Wyścig szczurów.

 

„Jestem lepszy. Wiem lepiej. Robię wszystko znacznie lepiej. Nie potrzebuję cię. Lepiej mi samemu. Nie zaryzykuję współpracy z tobą!” I to nie tylko w świecie wielkich korporacji – to również postawa obecna w Kościele, wśród tych, którzy głoszą Ewangelię! „Uczę sam. Głoszę kerygmat sam. Prowadzę rekolekcje sam, nigdy w zespole. Kieruję parafią sam” (oczywiście lepiej niż proboszcz z sąsiedztwa – a często wbrew wskazaniom biskupa). Samowystarczalne, autoreferencyjne przywództwo jednego człowieka.

 

Nauczyć się być razem


Kiedy osiem lat temu przybyłem do swojej diecezji, po kilku dniach zaprosiłem Diecezjalną Radę Kapłańską i zapytałem: „Jaki, waszym zdaniem, jest największy problem naszego prezbiterium?”. Wszyscy odpowiedzieli: brak wspólnoty. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy dziś – po ośmiu latach – można powiedzieć, że sytuacja się zmieniła, i w jakim stopniu…

 

To wyraźne wyzwanie, na które znów zwraca uwagę synodalność: potrzebujemy formacji do wspólnoty. Jak żyć razem? Jak wierzyć razem? Jak budować Kościół razem? Jak razem głosić Ewangelię światu? Taka formacja jest potrzebna od pierwszego katechumenatu przed chrztem, a potem na każdym etapie życia chrześcijańskiego. W końcu wiemy, że prawdziwym celem ewangelizacji nie jest tylko wiedza osobista, lecz wiara, która działa przez miłość (Ga 5,6).

 

Między jednością a jednolitością


Drugie kluczowe napięcie dostrzegamy wewnątrz wspólnoty. Kościół jest powołany przez Pana do jedności. Podczas Ostatniej Wieczerzy Chrystus modlił się o jedność swoich uczniów, ukazując ją jako warunek owocności ich misji: „Aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, by świat uwierzył (J 17,21).

 

Tak, Pan modlił się (i nadal modli) o jedność, ale nie o jednolitość swojego Kościoła. Jednym z największych błędów (a zarazem silną pokusą) jest zastąpienie jedności jednolitością. Ci, którzy próbują „ujednolicić” Kościół, nie wnoszą w niego pokoju i jedności, lecz podział.

 

Jednolitość rodzi się z ducha wyłączności: „tylko moje jest dobre; tylko nasze jest właściwe; tylko nasze jest prawdziwe”. Prawdziwa jedność to harmonia – w różnorodności i odmienności.

 

Jak w jednym ciele: Jedno jest ciało, choć składa się z wielu członków. (…) Gdyby całość była jednym członkiem, gdzież byłoby ciało? (1 Kor 12,12-19). Albo jak ogród – pełen różnych kwiatów.

 

Św. Augustyn z Hippony (Sermo 304) pisał: Ogród Pański ma nie tylko róże męczenników, ale i lilie dziewic, bluszcze małżonków oraz fiołki wdów.

 

A św. Franciszek Salezy dodawał (Filotea): Kiedy Bóg Stwórca uczynił wszystko, nakazał, by rośliny rodziły owoce według swego rodzaju; podobnie nakazał chrześcijanom, którzy są żywymi roślinami Jego Kościoła, aby przynosili owoce pobożności każdy zgodnie ze swoim powołaniem i stanem.

 

Franciszek miał rację: w Kościele popełnia się wiele absurdów w imię jedności rozumianej jako jednolitość. Dlaczego tak się dzieje? Skąd bierze się to nieporozumienie?

 

Pod dębem Augustyna


Pozwólcie, że przywołam tylko jeden przykład – historyczny, nie współczesny – może w ten sposób będzie bezpieczniej? Starożytny Kościół Brytów (np. w Walii), skupiony wokół ośrodków monastycznych, którego początki sięgają II-III wieku. O misjonarzach, którzy dotarli do Brytanii z Rzymu, wspomina już Tertulian. Kościół celtycki (IV wiek), z ośrodkiem w Whithorn, założony przez św. Niniana po jego pobycie w Rzymie. To prawdopodobnie tam również św. Patryk otrzymał swoją formację. Wreszcie Kościół „rzymski”, przyniesiony z Rzymu przez św. Augustyna z Canterbury (od roku 596).

 

A zatem wszystkie trzy nurty pochodziły z Rzymu, lecz na początku VII wieku różniły się między sobą – zarówno w liturgii, jak i w strukturze Kościoła. Różnice liturgiczne dotyczyły m.in. daty obchodzenia Paschy, liturgii chrztu czy nawet kształtu tonsury. Odmienny był też model organizacji Kościoła: Kościół celtycki miał charakter bardziej monastyczny niż episkopalny – kierowali nim opaci, nie biskupi. Sam św. Patryk konsekrował około trzystu biskupów dla Irlandii. Po co? Z pewnością nie po to, by rządzili! Te różnice wynikały z wielu wpływów – z Galii, a nawet z Egiptu. Do dziś Kościół Wschodni zna tzw. „świętych celtyckich” znacznie lepiej niż Kościół Zachodni.

 

Czy mogli żyć razem – w harmonii – pamiętając, że wszystkie te nurty zrodziły się i wyszły z Rzymu? Nie! Marzenie o jedności musiało ustąpić miejsca konfrontacji. Możemy to prześledzić dzięki Czcigodnemu Bedzie i jego dziełu Historia ecclesiastica gentis Anglorum (Historia kościelna narodu angielskiego).

 

Pierwszym etapem tej konfrontacji był tzw. synod pod „dębem Augustyna” (604 r.). Siedmiu biskupów celtyckich przybyło, by spotkać się ze św. Augustynem. Zanim jednak przyszli, zasięgnęli rady u pewnego mnicha – pustelnika. Jego rada była krótka:

 

Jeśli jest człowiekiem Bożym, idźcie za nim. Zapytali: A po czym możemy to poznać? Odpowiedź brzmiała: Pan powiedział: Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem. Jeśli więc ten Augustyn jest cichy i pokorny sercem, można wierzyć, że niesie jarzmo Chrystusa i wam je ofiaruje; jeśli jednak jest surowy i pyszny – jasne jest, że nie pochodzi od Boga i nie należy zważać na jego słowa.

 

Ale jak to rozpoznać? – dopytywali. Jeśli wstanie, gdy wejdziecie – poznacie, że jest sługą Chrystusa. Jeśli jednak wzgardzi wami i nie zechce powstać, choć was jest więcej – wzgardźcie i wy nim. I rzeczywiście – kiedy biskupi weszli, Augustyn pozostał siedzący.

 

Widzimy więc jasno: to nie różnice dzielą Kościół. Nie różnice, lecz pycha.

 

Epilog tej historii nastąpił dokładnie sześćdziesiąt lat później, podczas synodu w Whitby, gdzie obie strony spotkały się ponownie. Uderzające jest to, że jako pierwszy zabrał głos nie biskup, lecz król – Oswiu. Powiedział: Ci, którzy służą jednemu Bogu, powinni żyć według jednej zasady i nie różnić się w sprawowaniu świętych sakramentów, skoro wszyscy oczekują jednego Królestwa Niebieskiego. Dlatego należy zbadać, która tradycja jest prawdziwsza – i za nią wszyscy razem pójść.

 

Irlandczycy próbowali bronić swoich zwyczajów, dowodząc, że sięgają one św. Jana Apostoła i że praktykowali je liczni święci, jak św. Kolumba. Na próżno. Ich różnice nazwano „uporem” i „głupim sprzeciwem wobec całego świata”. Aby pozostać katolikami, musieli stać się tacy sami jak ci, którzy mieli za sobą króla.

 

Tu ujawnia się drugi korzeń jednolitości: nadużycie władzy.

 

Jedenaście lat po synodzie w Whitby urodził się na ziemi anglosaskiej Winfryd – późniejszy św. Bonifacy. Mając czterdzieści trzy lata, został wysłany przez papieża Grzegorza II do Niemiec, by głosić Ewangelię. Wysłany z Rzymu, głosił jednak nie tylko Ewangelię, lecz także rzymski model Kościoła jako jedyny właściwy: rzymską liturgię, rzymskie struktury, rzymskie zwyczaje. Granice tej postawy – a może i jej zmagania – można dostrzec w słynnym liście papieża Zachariasza do Bonifacego (745 r.).

 

Papież odpowiada w nim na setki pytań biskupa dotyczących „właściwej” (czytaj: rzymskiej) organizacji Kościoła. Wśród nich jest i takie: jaki jest prawidłowy sposób spożywania boczku (łac. lardum)?

 

Co naucza Kościół Rzymski na temat jedzenia boczku?!

 

Odpowiedź papieża jest równie zabawna, co znacząca: Zapytałeś również, po jakim czasie można spożywać boczek. Nie ma na ten temat żadnego postanowienia Ojców. Udzielamy ci jednak tej rady: nie należy go jeść, dopóki nie zostanie wysuszony dymem albo ugotowany ogniem.

 

Synodalność jest lekarstwem na takie postawy. Uczy nas słuchania – prawdziwego słuchania. Uczy przyjmowania różnic, dostrzegania w nich bogactwa, a nie przeszkody dla jedności. Synodalność zaprasza do wymiany darów, przede wszystkim darów duchowych – pochodzących od tego samego Ducha, lecz objawiających się w różny sposób. Ukazuje piękno różnorodności, wspólnotę w odmiennościach – jako na naszą naturalną i Bożą przestrzeń życia. Odsłania jednolitość jako grzech – przeciwko Bogu, przeciwko Kościołowi i przeciwko człowiekowi.

 

Między zachowawczością a misją


Rozważanie nad naturą jedności Kościoła prowadzi nas bezpośrednio do trzeciego (i ostatniego) kluczowego napięcia: między zachowawczością a misją.

 

Synodalność jest obliczem Kościoła in uscita – Kościoła, który wychodzi. Do kogo? Wiemy dobrze: do wszystkich, wszystkich, wszystkich! Po co? Jaki jest główny cel i horyzont Jego misji? I tu również znamy odpowiedź: Kościół jest w Chrystusie niejako sakramentem, czyli znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego (LG 1).

 

Aby móc ofiarować jedność całemu rodzajowi ludzkiemu, sam Kościół nie może być podzielony – ale nie może też być jednolity. Jedność ludzkości objawia się w wydarzeniu Pięćdziesiątnicy, a nie w obrazie wieży Babel, gdzie wszyscy mówili jednym językiem.

 

Jakie są najlepsze narzędzia i drogi misji Kościoła rozumianej jako ofiarowanie doświadczenia jedności?

 

I znów – znamy odpowiedź: pokorne świadectwo i dialog. Świadectwo – będące początkiem każdej ewangelizacji – składa się z ubóstwa, miłosierdzia i wolności. Prawdziwy dialog zaczyna się od słuchania – siebie nawzajem i wspólnego słuchania Ducha Świętego. To są wymiary Kościoła synodalnego głęboko zakorzenione w Soborze Watykańskim II.

 

Wszystko to brzmi znajomo. A jednak – wciąż łatwiej wokół nas znaleźć i współtworzyć Kościół o zupełnie innym obliczu: skupiony na sobie – na liczbach, dochodach, prawach, pozycji, statusie prawnym, czystości doktryny i tożsamości – zamiast na ludziach spoza wspólnoty; pełen wymyślnych struktur, zamiast ubóstwa; nauczający jednostronnie, zamiast prowadzić dialog; działający jak urząd, zamiast jak wspólnota osób.

 

Sobór Watykański II bywa obwiniany o niemal wszystko. Jego obraz Chrystusa Sługi zbyt łatwo zastępuje się dawnym obrazem Chrystusa Króla. A przecież obraz Chrystusa zawsze kształtuje obraz Kościoła:


wymagającego, dominującego, zależnego od władzy i finansów, szukającego bezpieczeństwa w oparciu o państwo. O wiele łatwiej bronić tożsamości Kościoła za pomocą kategorii anatem, niż wyjść na zewnątrz w duchu Dobrego Samarytanina.

 

Tu właśnie widzimy prawdziwe i dramatyczne napięcie.

 

Nawrócenie i pascha


Te trzy napięcia – między „ja” a „my”, między jednością a jednolitością, między zachowawczością a misją – mogą zostać rozwiązane tylko na drodze nawrócenia, nie jedynie reformy, oraz przez prawdziwą Paschę: nie poprzez zwykłą reanimację czy ulepszenie – mniejsze lub większe – lecz przez śmierć „starego człowieka” i przyjęcie całkowicie nowego życia od Zmartwychwstałego Pana, w Duchu Miłości, czyli – w Duchu Synodalności.

 

kard. Grzegorz Ryś
stacja7.pl | 7 listopada 2025
Śródtytuły zostały nadane przez Redakcję Stacji7

 
Zobacz także
ks. Paweł Bortkiewicz TChr
Bohaterem dramatu dziejów świata, oglądanych z perspektywy teologicznej, jest Bóg i człowiek, człowiek i Bóg. Ich wzajemny dialog, milczenie, podejmowanie rozmowy są zapisem dziejów czegoś absolutnie unikalnego. Podejmując próbę refleksji nad tym, kim jest człowiek, autorzy Pisma Świętego dokonują przede wszystkim opisu świadomości moralnej człowieka...
 
Dominika Kozłowska

W jaki sposób cielesność określa ludzką egzystencję? Co to znaczy, że „jestem ciałem”? To znaczy: jestem śmiertelny. To znaczy także: jestem podatny na cierpienie.

 

O ciele, śmierci i zmartwychwstaniu z Krzysztofem Michalskim rozmawia Dominika Kozłowska

 
ks. Andrzej Maryniarczyk
Sfery religijności nie można więc nie doceniać czy wręcz lekceważyć. Nierozwijana właściwie, może się stać łatwą „żertwą” różnego typu „szarlatanów”, „boskich działaczy” czy „sezonowych proroków”. To oni z łatwością wkradają się podstępnie w tę tak delikatną sferę życia osobowego, niszcząc ją, a nierzadko degenerując...
 

___________________