logo
Wtorek, 25 września 2018 r.
imieniny:
Aureli, Kamila, Kleofasa, Władysława – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Szymon Hołownia
Uczeń wziął ją do siebie
Stacja 7
 
fot. Nathaniel Kohfield | Unsplash (cc)


Panu Bogu nic nie brakuje

Maryja to dla wielu brakujący kobiecy pierwiastek Trójcy Świętej. Zmiękczający męskie kanty trójjedynego Boga. Bóg od razu będzie sądził, stawiał wszystko w kosmicznym świetle, a Maryja wysłucha, przytuli, jej można powiedzieć na ucho, niejako "przefiltrować" przez nią wszystko o czym nie chcielibyśmy, żeby Bóg dowiedział się tak wprost. 
 
Daliśmy się uwięzić w ziemskich pojęciach "matka" oraz "ojciec". Z tożsamości, relacji Osób Trójcy Świętej i Maryi zrobiliśmy państwa Kowalskich, tylko, że z innej planety. A przecież Bogu nic nie brakuje, nikt nie musi go niczym dopełniać. Jest i Ojcem i Matką. Na Jego obraz i podobieństwo zostali stworzeni i mężczyzna i kobieta (czyli razem: człowiek). Ma w sobie i sprawiedliwość i czułość.

Maryja to nie płyn zmiękczający
 
Maryja to naprawdę nie płyn zmiękczający, dzięki któremu duchowe pranie będzie się na tej ziemi jakoś przyjemniej nosić. Proponowałbym zamiast się nad Maryją w majowe wieczory roztkliwiać, dostrzec jak nieprawdopodobnie trudne miała życie. Jak bohatersko, jak mądrze i bezkompromisowo je przeżyła.
 
Kocham nasze nabożeństwa majowe (zostało mi z czasów młodości, gdy chodzili na nie nawet najwięksi żule, bo na majowym były zawsze najfajniejsze dziewczyny, a w klasie maturalnej – pod białostocką katedrą – giełda  tematów), maj od jakiegoś czasu jest jednak dla mnie miesiącem, w którym zamiast tylko śpiewać o „wieżach z kości słoniowej”, próbuję też zrozumieć.
 
Jak to się stało, że ona w tym wieku, bez całej teologicznej wiedzy, którą później na niej zbudowano, bez wiedzy o tym jak to wszystko będzie wyglądało, początkowo przestraszona przez anioła nie grzeszącego zresztą (jak to anioł) wielomówstwem, podejmuje decyzję, która zmieni jej życie i świat.
 
Przecież on z nią nie podpisał kontraktu z milionem klauzul, nie wyjaśnił, nie zapytał o zgodę na to i na tamto. Wystarczyło parę zdań. Po których było trzydzieści lat zastanawiania się, o co mogło chodzić. Wdowieństwo, odejście Syna z domu, egzekucja, grób.
 
Maryja dlatego jest tak ważna w życiu każdego, kto poważnie chce żyć wiarą, że jej życie w całości było jedną wielką wiarą, niczym więcej. Zaufaniem Bogu, a nie stawianiem ultimatum: pozwól się zrozumieć, wyjaśnij co planujesz, wtedy pogadamy.
 
Ona mówi jedno zdanie i to wystarcza, nie znika nawet gdy ze wszystkich wyparowało pod krzyżem. To dlatego Kościół mówi tyle o Maryi – żyła dokładnie tak, jak powinien żyć człowiek, żeby być szczęśliwym i spełnionym (choć pewnie nie zawsze zadowolonym i radosnym). To dlatego miażdży głowę złego ducha – on wprowadził nieufność, ona przywraca zaufanie. Nie napisała traktatów (nie wiadomo, czy umiała pisać), nie zostawiła duchowych dzienników. Ogłosiła zbawienie sobą. Powtórzę myśl, którą już tu kiedyś zapisałem: pod krzyżem, gdy wszyscy poza nią stracą wiarę, okaże się, że trzydzieści lat bycia z Nim jest dużo ważniejsze niż półtora roku robienia z Nim i gadania.

Poszukiwania Maryi
 
Szukam jej. Choć nigdy nie byłem pielgrzymkowym typem.
 
W sanktuariach dość przeraża mnie cały ten kod, w który zaraz trzeba się wpisać: tu obchodzimy cudowne źródełko, tu figura lub obraz, tu zeszyt na cuda, hurtowe spowiedzi z całego życia i autokary, budki z hotdogiem, świecące różańce i znów autokary.
 
Wiele razy toczyłem boje z moimi bardziej oświeconym kolegami, przekonującymi mnie, że te wszystkie rozliczne sanktuaria Matki Bożej Takiej oraz Innej to w głowach ludzi po prostu wyłażące z nas pogaństwo, maryjnie uzasadniona tęsknota za kultem lokalnych boginek. Takie bzdury można powielać do momentu, w którym samemu się w tym nie zanurzy.
 
Polubiłem odwiedzanie sanktuariów, gdy nie ma tam wielkich pomp. Nawet wtedy, gdy w kościele otwarty jest tylko przedsionek. Czuję się wtedy jakbym znajdował w zakamarkach świata różne zdjęcia bliskiej mi osoby. Każde z nich wydobywa jakąś cechę, coś otwiera, przypomina, coś innego buduje.
 
Wyjątkowym miejscem zawsze będzie dla mnie Guadalupe.
 
Za każdym razem jadę tam napompowany oczekiwaniami, a wychodzę potraktowany "po Maryjowemu" – jednym, prostym zdaniem. Takim, że idzie w pięty, ale bez oczekiwanych girland, fanfar i wirującego słońca.
 
Nigdy nie byłem w Medjugorje, ale nie ciągnie mnie tam, bo mam wrażenie, że to jakoś nie w stylu Maryi – tyle gadać. Znam ludzi, którzy przeżyli tam swoje nawrócenia, szanuję, podziwiam, może to nie teologia, może po prostu mam inną wrażliwość.
 
Maryjność wpisuje się w geografię każdego Polaka, również w moją, nie ma rady.
 
Gdy jestem w Białymstoku modlę się w katedrze przed kopią obrazu Matki Bożej Ostrobramskiej, w Wilnie modliła się przed nią moja pochodząca stamtąd rodzina.
 
Odwiedzam Różanystok.
 
To moje strony, niedaleko mam dom. Omijam wielkie imprezy. Napatrzyłem się na nie przekłuwając bąble jako obstawa medyczna na różanostockich pielgrzymkach. Wpadam tam czasem w środku dnia, po drodze. Ostatnio  uklęknąłem w przedsionku, za mną wszedł człowiek, w gumiakach, ubarbrany, prosto z pola. Uklęknął obok i rozpłakał się tak, że nikt, ze wszystkimi świętymi, nie był chyba w stanie już myśleć o niczym więcej. Twardy, prosty człowiek szlochał jak dziecko, łkał.
 
Jak już człowiek nie ma siły ufać, ona zaufa za niego. Po co słowa?
 
W Różanymstoku jest dziś namalowany w 1929. obraz, wcześniej – od XVII wieku była ikona, którą rodzina Tyszkiewiczów trzymała w domowej kaplicy, ale odkąd zaczęły dziać się przy niej cuda, stała się własnością Kościoła.
 
Gdy Różanystok znalazł się w zaborze rosyjskim a katolickie zakony skasowano, kościół z ikoną przejęły prawosławne mniszki, które uciekając przed I. wojną zabrały ją na Wschód. Po wojnie nie wpuściliśmy ich z powrotem, ikona została w Połocku, jej kopia (mocno już obmodlona i okopcona dymem świec) jest dziś w monastyrze w Zwierkach, który kontynuuje tradycje tego krasnostockiego (bo tak nazywali go prawosławni).Mniszki nie są niczemu winne, jak wszyscy padły ofiarą wielkiej polityki. A co car podzielił, Maryja znów łączy, bo serce mam dziś i tu i tu. I w Różanymstoku i w Zwierkach, gdzie mają jeszcze jeden skarb.
 
Przywiezioną z Atosu kopię cudownej ikony Pantanassa (Wsieceryca, Wszechwładczyni). Przepiękna, ludzie modlą się przed nią o zdrowie.
 
Magia? A to magia, że światło wpada przez okno i ogrzewa ludzi? Ikona to okno, a to jest pierwszej przejrzystości. Mam pewne maryjoznawcze plany. W planach mam wyjazd do sanktuarium w Ngome w RPA.
 
W Hondurasie, przed kilkucentymetrową figurką Matki Bożej z Suyapa kardynał Maradiaga tłumaczył mi jeszcze inny wymiar maryjnej pobożności – ludzie, których życie to czasem jedna droga przez mękę, potrzebują chwili radości i święta.
 
Słyszałem wiele o sanktuarium w Aparecida, gdy następny raz będę w Ziemi Świętej chciałbym wybrać się do Deir Rafat, może ktoś tam był, może podzielić się wspomnieniem?
 
Boję się jechać do Lourdes, Fatimy, Częstochowę szanuję, ale chyba wciąż jeszcze do niej nie dorosłem.
 
Szukam jej, ale pielgrzyma już chyba ze mnie nie będzie. Jakoś zafiksowało mi się w głowie, że uczeń nie tyle ma ganiać po świecie za Matką, ale ma wziąć ją do siebie. Żeby codzienne bycie z nią nauczyło go jak być z Nim.
 
Szymon Hołownia
stacja7.pl 
 
Zobacz także
Tadeusz Basiura
Pismo Święte niewiele mówi o obecności Matki Boskiej na drodze na Golgotę, którą musiał pokonać Jej Syn Jezus Chrystus. Jedynie św. Jan Ewangelista pisze: "A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena" (J 19,25). Należy zatem przyjąć za pewnik, że Matka Boska szła również za swoim umęczonym Synem, który z wielką trudnością, w bólu i cierpieniu, z ciężkim krzyżem na plecach podążał kamienistą drogą na Golgotę. Bo czyż mogła nie iść?  
 
Fr. Justin
Świętość Kościoła zdaje się kłócić z konkretnym doświadczeniem jego rzeczywistości w świecie. Nikt nie zaprzeczy istnienia grzechu w Kościele. W jakim sensie mówimy o świętości Kościoła?
 
O. Jacek Salij OP
Z jednej strony wciąż na nowo przypomina się nam, że słowa Chrystusa: Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje – są nie tylko formułą konsekracyjną, ale stanowią wezwanie skierowane do każdego z nas, żebyśmy komunii świętej nie unikali. Z drugiej strony staramy się w Kościele pamiętać o przestrodze apostoła Pawła, że: kto spożywa ten chleb lub pije kielich Pański niegodnie, winny będzie Ciała i Krwi Pańskiej...
 
 

ISMCH

___________________
 
 reklama