logo
Środa, 30 września 2020 r.
imieniny:
Geraldy, Honoriusza, Wery, Hieronima, Felicji – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Marcin Jakimowicz
Uzdrawianie uwielbieniem
Gość Niedzielny
 


O dorosłych związanych przez nadopiekuńcze mamusie i pustelni, która daje ewangelizacyjnego kopa, z Rafałem Kogutem OFM rozmawia Marcin Jakimowicz.
 
Wielu moich rozmówców opowiadało, że mamy w Polsce do czynienia z przebudzeniem duchowym, charyzmatycznym. To prawda czy żałosny chwyt marketingowy?
 
Myślę, że prawda. Bóg przychodzi w ogromnej mocy i konkretnie działa: kocha i daje siebie. To przebudzenie nie dotyczy jednak jedynie Polski: ono ożywia cały Kościół.
 
Dlaczego Bóg działa dziś w tak spektakularny sposób? Jedziemy do Ojca przez Chorzów: mijamy plakaty „Msza z modlitwą o uzdrowienie”, w Bytomiu plakaty „Msza z modlitwą…”.
 
To nie jest pytanie do mnie (śmiech). To tajemnica Jego działania. Bóg w każdym czasie znajdzie sposób przychodzenia do człowieka. On bardzo pokornie dostosowuje się do naszych możliwości…
 
W Istebnej – niezwykle tradycyjnej góralskiej parafii założył Ojciec grupę modlitewną…
 
Ja??? To Duch Święty! Byłem jedynie narzędziem.
 
Znam dobrze tę parafię. Jak przekonał Ojciec kilkadziesiąt osób, by wyszły poza tradycyjną, wyssaną z mlekiem matki wiarę i zaczęły posługiwać charyzmatami?
 
Nie musiałem niczego robić. Ci ludzie sami tego pragnęli! Ja naprawdę nikogo nie ciągnąłem do wspólnoty. Było w nich ogromne pragnienie spotkania żywej osoby Jezusa. Szukali czegoś więcej niż tradycje, zwyczaje. Szukali osoby. Ja byłem wówczas w pustelni w Jaworzynce, niedaleko Istebnej.
 
Dlaczego pustelnia daje takiego kopa? Daniel Ange słyszy w Alpach: „Wyjdź do młodych”, o. Delfieux chowa się na pustyni, gdzie słyszy: „Wracaj do miasta, załóż wspólnotę”. Ojciec też dostał niezłego ewangelizacyjnego szwungu…
 
Był taki czas w moim życiu, gdy zacząłem szukać ciszy. Zacząłem chodzić w wewnętrznej ciszy, nie słuchałem w domu żadnej muzyki, otwierałem się na to, co powie Pan Bóg. To doprowadziło mnie na pustelnię. Przyznam szczerze: byłem już 13 lat kapłanem, 20 lat przebywałem w zakonie, ale wciąż bardzo tęskniłem za spotkaniem żywego Boga. To doprowadziło mnie do całkowitego oddania życia Jezusowi. Przeżyłem chrzest w Duchu Świętym…
 
Co się zmieniło?
 
Moja modlitwa. Zacząłem wreszcie budować relację z żywą osobą! Byłem proboszczem w Zabrzu, świetnie czułem się w duszpasterstwie, ale coraz mocniej tęskniłem za tym, by zostawić wszystko i pójść na pustelnię. To w naszym zakonie nic nowego. Franciszek nieustannie przebywał na pustelni, a jedynie od czasu do czasu wychodził do braci, by dzielić się tym, co rozeznał na samotnej modlitwie. To był mistyk, kontemplatyk. Pustelnia była najpiękniejszym czasem mego życia.
 
Jak Ojciec wytrzymał sam ze sobą? Moi znajomi chcieli zwiewać po kilku dniach rekolekcji ignacjańskich…
 
Ja mieszkałem na pustelni sześć lat (śmiech). Najtrudniejszy jest rzeczywiście pierwszy okres: gdy człowiek staje sam ze sobą i musi zaakceptować swe słabości. Ważne, by nie rezygnować wówczas z tej drogi, ale dać się poprowadzić Bogu. Pustelnia była w moim życiu przełomem. Napełniałem się Jezusem i wiedziałem, że nie mogę tego zostawić dla siebie, ale muszę to oddać, dzielić się, rozdać. Uczyłem się słuchać tego, co do mnie mówi. Najpierw powiedział: „Zostaw wszystko. Jedź na pustelnię”. Po kilku latach usłyszałem konkretne wezwanie do ewangelizacji. A ponieważ w zakonie nie ma samowolki, przedstawiłem to pragnienie przełożonym. Oni rozeznali: „Tak, to twoja droga”. I wysłali mnie do samego centrum Bytomia, mojego rodzinnego miasta.

Co to znaczy „usłyszałem głos Boga”?
 
Należę do facetów, którzy nie przeżywają emocji. Moja relacja z Bogiem jest relacją wiary. Ja Mu wierzę. Wierzę, że jest w tej chwili we mnie, nie odczuwam tego, nie przeżywam. Wierzę. Wierzę, że On mi się oddaje. Słuchanie Pana Boga nie polega na tym, że nagle doznaję objawienia i słyszę jakiś głos. Jeśli żyję słowem Bożym, to wewnętrznie słyszę to, co chce mi powiedzieć. Wszystkie reformy i odnowy wewnętrzne naszego zakonu zawsze były związane z powrotem do modlitwy. Rodziły się na pustelni. Co robił w XV wieku Bernard ze Sieny? Szedł i głosił Jezusa. Niósł nawet sztandar z wypisanym imieniem „Jezus”. A co robimy dzisiaj? Dokładnie to samo. Nic się nie zmieniło.
 
Prowadzi Ojciec prężne wspólnoty. Czy ludzie naprawdę czekają na to, by kapłan zaczął głosić im wreszcie Ewangelię, a nie zanudzał moralizowaniem?
 
Moje doświadczenie duszpasterskie jest takie, że trzeba wyjść do ludzi. Oni sami nie przyjdą do kościoła.
 
To „wychodzenie do ludzi” stało się już sloganem. Jak to robić?
 
To musi być zrobione mądrze. Przerobiłem różne etapy szukania sposobu na nową ewangelizację. Dwukrotnie w parafii chodziłem od domu do domu. Okazją do głoszenia Dobrej Nowiny były też odwiedziny duszpasterskie. Chodzili ze mną świeccy. Ja głosiłem słowo Boże i błogosławiłem, oni mówili świadectwa. Wychodzenie na zewnątrz jest konieczne, ale po latach rozeznałem, że najlepiej sprawdza się jednak w praniu metoda komórek parafialnych. Jej istotą jest ewangelizacja środowiska. A najbliższe środowisko człowieka to rodzina, miejsce zamieszkania i miejsce pracy. Komórka parafialna to grupa do 14 osób prowadzona przez proboszcza. Co tydzień jest modlitwa, nauczanie. Ewangelizuje się w ciekawy sposób; poszczególna osoba znajduje kogoś z najbliższego otoczenia, kto nie wierzy w Boga. I teraz – uwaga! – nie podchodzi od razu z gadką o Jezusie. Nie! Najpierw modli się za tę osobę. W drugim etapie zaczyna jej bezinteresownie pomagać, służyć. I dopiero na końcu, gdy ta osoba pyta: „Dlaczego to robisz?”, zaczyna głosić Ewangelię.
 
1 2  następna
Zobacz także
Peter Halldorf
W człowieku znajduje się fundamentalna tęsknota. Jesteśmy stworzeni dla Boga. Wszyscy wiemy jak łatwo możemy żyć tylko na powierzchni, gdzie nie dociera nic z tej tęsknoty. Sposób w jaki człowiek poszukuje ciągle nowych rzeczy i cały czas się rozczarowuje, jest dla mnie dowodem na to, że tęskni za czymś nieskończonym.

Rozmowa Peterem Halldorf z karmelitą o. Wilfridem Stinissenem.
 
Marek Wójtowicz SJ
Święty Jan od Krzyża (1542-1591) należy do największych mistyków Kościoła. Jego dzieła napisane w modlitewnym zachwycie nad tajemnicą Boga nie przestają być na nowo odczytywane. W swojej ojczyźnie został uznany za jednego z głównych twórców literackiego języka hiszpańskiego. Jego poezja nasycona jest chrześcijańskim doświadczeniem, zaś proza jest pełna symbolicznych wyrażeń...
 
Cały świat, wszystko, co nas otacza, wyszło spod Bożej ręki. Bóg powołał wszystko – z nicości do istnienia. Stworzył, bo chciał, niczego nie musiał; jest zawsze całkowicie wolny w swoim chceniu i działaniu – kocha. Wszystko więc jest w jakiejś relacji ze swoim Stwórcą. W wymiarze zupełnie podstawowym jest to bycie podtrzymywanym w istnieniu. Im dany byt jest bardziej „skomplikowany”, tym ta relacja jest bardziej złożona: wielowymiarowa, wielowątkowa, bogatsza. 
 
 
___________________
 
 reklama