logo
Sobota, 06 marca 2021 r.
imieniny:
Kolety, Jordana, Marcina, Róży, Wiktora – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Przemysław Radzyński
Warto myśleć o niebie
Rycerz Niepokalanej
 


Z o. prof. Zdzisławem Kijasem, relatorem Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, byłym rektorem Papieskiego Wydziału Teologicznego św. Bonawentury "Seraphicum" w Rzymie i autorem obszernego opracowania dotyczącego spraw ostatecznych człowieka ("Niebo, czyściec, piekło. W domu Ojca, dla kogo, w oddaleniu"), rozmawia Przemysław Radzyński.

 

W "Pozdrowieniu Anielskim" praktycznie każdego dnia powtarzamy prośbę do Matki Bożej o modlitwę w godzinie naszej śmierci. Jakim wydarzeniem w naszym życiu jest śmierć, że potrzebujemy wstawiennictwa Maryi?

 

O śmierci trudno mówić. Mowa nie zawsze odda to, co człowiek przeżywa w chwili ostatecznej. Śmierć jest trudna, bo daje koniec temu wszystkiemu, do czego człowiek jest stworzony. Człowiek stworzony jest do życia, a śmierć przynosi jego koniec. Sam moment przechodzenia na drugą stronę i czas przygotowywania się do niego dla osób ciężko chorych, które żyją w perspektywie śmierci, jest najtrudniejszym doświadczeniem. To jest moment zupełnego uwolnienia się od siebie. Człowiek wie, że jest stworzony do panowania, a śmierć mówi, że przestaje panować; stworzony jest do radowania się, przyjaźni, miłości, a śmierć mówi: "koniec z radością, przyjaźnią, miłością"; człowiek stworzony jest do wieczności, a śmierć zadaje koniec wszystkiemu, co najcenniejsze dla człowieka. Człowiek jest gotowy zrobić wszystko, żeby ochronić życie, miłość, przyjaźń. Bronimy tego, co posiadamy, a śmierć przychodzi i wszystkiego nas pozbawia.

 

Ale to nie jest chrześcijańska perspektywa śmierci.

 

Chrześcijańska perspektywa śmierci zawsze bazuje na tym, czego człowiek doświadcza. Zanim zacznę postrzegać śmierć jako osoba wierząca, doświadczam jej jako osoba. Dlatego wielka musi być wiara człowieka, żeby w obliczu śmierci mogła pojawić się iskra nadziei. W istocie wiara chrześcijańska nie daje niczego w chwili śmierci, oprócz światła nadziei. W czasie życia mogę odwoływać się do wielu elementów, które mi towarzyszą. W momencie śmierci jest tylko nadzieja. Pewność nastąpi po.

 

Każdy z nas dramat śmierci przeżywa przede wszystkim jako człowiek – niezależnie od tego, czy jest osobą wierzącą, czy nie. Jednak wiara może mi pokazać, że jest rodzaj nowego zakończenia czy raczej nowego początku.

 

Co światło nadziei zmienia w naszym życiu przed śmiercią?

 

Wiara podpowiada, że żyjąc w tej przestrzeni, zdrowie nie jest ostateczną wartością. Chrześcijańska nadzieja pozwala nam już być małym paluszkiem po drugiej stronie przestrzeni. Wszystko zmierza do końca, ale on w rzeczywistości nie jest końcem, tylko początkiem. Chrześcijanina śmierć nie zaskakuje totalnie. Jest przygotowywany na spotkanie z ciemnością. Nie może jej uniknąć.

 

Pamiętamy krzyk Chrystusa w Ogrójcu, krzyk na krzyżu, krzyk wielu męczenników chrześcijańskich – dramat śmierci zawsze wpisany jest w ludzkie doświadczenie. To, co jest bliższe mnie, bardziej boli. A wiara nie odczłowiecza, nie zabiera bólu i cierpienia, oczekiwania i tęsknoty. Ona może tylko sprawić, że ból nie będzie tak wielki.

 

Skoro z perspektywy chrześcijanina śmierć nie jest końcem, lecz początkiem, to dlaczego musimy umierać?

 

Klasyczna teologia mówi, że śmierć jest skutkiem grzechu. W refleksji powiemy, że śmierć jest skutkiem materii, której jesteśmy owocem. Wieczny jest duch, a nie materia, która się niszczy. Śmierć jest związana z materią, która się wypala. Wszystko w kosmosie pokazuje, że materia ma swój koniec, czyli przechodzi w inną jakość. Wypalające się gwiazdy stają się czarnymi dziurami. Nasze umieranie jest pożegnaniem się z tym, co jest w nas materialne, aby przejść w stan duchowy.

 

Śmierć, ze względu na swój związek z materią, jest czymś naturalnym. Dramat śmierci związany jest z odejściem od Boga. Kiedy Bóg jest daleko, to nasza śmierć staje się końcem wszystkiego. Kiedy jesteśmy blisko Boga, to – jak mówią mistycy – śmierć jest powodem radości, bo wreszcie człowiek będzie mógł oglądać Tego, za którym tęsknił całe życie. W istocie to nie śmierć jest dramatem, ale niewidzenie tego, co jest po niej. Dramatem jest niewidzenie życia. Dramat śmierci we współczesnej kulturze jest ogromny, ponieważ za bardzo skupiliśmy się na materii. Nasze szczęście związane jest tylko z posiadaniem, z tym, co widzę, co słyszę, czego dotykam.

 

Jak ma wyglądać nasze życie, żeby ten dramat śmierci nie powodował lęku?

 

Filozofia mówi, że trzeba żyć w perspektywie śmierci. Wiara mówi, że trzeba żyć w perspektywie życia z Bogiem. Jedno i drugie stwierdzenie jest prawdziwe. Jeśli każdego dnia żyjemy w perspektywie śmierci, to nie wystraszy nas ona bardzo, gdy w końcu przyjdzie. Dla osób wierzących jest życie w perspektywie Boga, który pokonał śmierć. Nasz Bóg jest Bogiem żywych, a nie umarłych. Wprawdzie jest Bogiem wymagającym, ale też wynagradzającym; karzącym, ale i miłosiernym. Śmierć jest granicą, którą należy przejść.

 

To jest sytuacja analogiczna do jazdy samochodem. Jeżeli kierowca patrzy tylko na długość maski samochodu, to zawsze spowoduje wypadek. Ale jeśli patrzy daleko przed siebie, to może poruszać się bezkolizyjnie nawet bardzo szybkim samochodem. Podobnie jest z naszym życiem. Musimy mieć szeroką perspektywę. Musimy mieć wielkie pragnienia. Udowodniły to ostatnie igrzyska paraolimpijskie, które pokazały, że po wypadku człowiek nie musi stać się gnuśnym, zamkniętym czy opilcem. Jeśli ma wielkie pragnienia, to na miarę swoich możliwości może je realizować i być szczęśliwym. Radość paraolimpijczyków jest wielokrotnie większa od pełnosprawnych sportowców, bo to są osoby, które widzą, szerszą perspektywę życia od tej, którą nakreśliła ich choroba czy wypadek. Życie w szerokiej perspektywie, z wielkimi pragnieniami sprawia, że śmierć przestaje być widziana wyłącznie jako dramat czy ciemność, z którą należy walczyć.

 

Oszukujemy rzeczywistość, pudrując się albo pokazując w telewizji tylko młodych, zdrowych i pięknych. Tak, jakby końca nie było. A on istnieje. Ale dramat końca zostaje niwelowany przez pragnienia, które są niczym kotwica rzucona w inną przestrzeń życia.

 

Czyli telewizja nie pokazująca starości i odchodzenia tylko pozornie pomaga nam niwelować ten dramat śmierci?

 

Wystarczy tylko pójść do szpitali, domów starców czy domów opieki. One zawsze są pełne. To jest inny świat, o którym my nic nie wiemy. Kultura współczesna nie pomaga w przygotowywaniu się do śmierci, która się z tego cieszy, że nie jest oswajana, bo gdy przychodzi, może zamanifestować się w całej swojej potędze.

 

Przejdźmy teraz tę granicę. Co jest po śmierci?

 

Coraz więcej na ten temat wiemy – z doświadczeń wieków, z przekazów wiary. Wiemy dużo, aczkolwiek niewiele. To jest jak porównywanie ludzi zdrowych i chorych. Zdrowy nigdy nie zrozumie chorego. I na odwrót. To są dwie różne przestrzenie życia. My mówimy, że to przyszłe życie jest szczęśliwe. Ale nie wiemy, co to szczęście znaczy. Możemy sobie robić jedynie analogie do szczęścia przeżywanego na ziemi. Wyobrażenia nieba, które miały osoby wierzące, są różne – jedni mówią, że będziemy kontemplować, drudzy, że to ciągła zabawa albo uczta przy suto zastawionym stole, inni, że będziemy przebywać w jasności. Wiara mówi, że będzie tam pełnia szczęścia.

 

Kreujemy sobie niebo takim, jaki obraz szczęścia mamy w życiu ziemskim?

 

Na pewno warto myśleć o niebie i kreować sobie jego wizję. Bo ona pozwala nam szukać dobrego szczęścia tutaj. A jednocześnie mieć pragnienie, że to, co nie udało nam się tutaj, uda nam się tam. My za rzadko mówimy o niebie, za rzadko wyobrażamy sobie przyszłe szczęście, a to sprawia, że niebo się oddala. Myśląc o szczęściu w niebie, stępiam ostrze śmierci. Jeżeli wiem, że na końcu pustyni będzie źródło ze słodką wodą, to łatwiej znoszę przemarsz przez pustynię, bo wiem, że ona ma koniec. Gdyby marsz przez pustynię nie miał cienia szansy na dotarcie do oazy, to idący umarłby po paru krokach, bo zabiłaby go beznadzieja.

 

A czy mamy obiektywne dane na temat nieba?

 

Mamy to, co mówi nam Chrystus. Będzie to rzeczywistość inna niż ta, w której żyjemy – "nie będą się żenić ani za mąż wychodzić"; będziemy mieli mieszkania – nie wiadomo jakie, ale będziemy mieć własność, będziemy czuć się jak u siebie; Bóg będzie dobrym ojcem i kochającą matką równocześnie; będziemy śpiewać chwałę Pana – nie będziemy tylko słuchaczami, ale też śpiewakami – przeżyjemy swego rodzaju ekstazę. Mamy wiele elementów, które pozwalają nam budować bardzo przyjemny i optymistyczny widok tych zaświatów. Na pewno nie będzie nudno. Tam będzie eksplozja życia. W życiu obecnym mamy wiele pragnień, których nigdy nie zrealizujemy w pełni. Tam to wszystko będziemy mogli zrealizować. Tam będzie ciągły rozwój, do pełni.

 

Ojciec mówił tylko o niebie. To bardzo wymowne, ale co, jeżeli nie trafimy do nieba?

 

To my decydujemy, gdzie trafimy. Nikt nami nie dysponuje. Wiara mówi, że tutaj w grę wchodzi sumienie, które będzie mnie osądzać. Jeżeli mam ubrudzone gumowce, a wybieram się do opery, to można być pewnym, że się tam nie dostanę. Śmierć dokonuje pewnego podsumowania mojego życia i jego osądu. W tej ocenie ja sam sobą dysponuję – czy trafię do nieba, czy będę oddalony od Boga. Stan bez Boga jest już dramatem, nie potrzeba żadnego ognia. Jest jeszcze trzecia rzeczywistość – czyściec. Powiedziałem "tak", jednak było jakieś "ale". I muszę się jeszcze oczyścić.

 

Czyściec to jest coś między niebem i piekłem?

 

Jeśli chcemy to wizualnie przedstawić, to możemy powiedzieć, że to coś pomiędzy, ale to nie są przestrzenie materialne. Czyściec to rzeczywistość, która mówi, że nie jestem do końca kiepski. Czegoś mi brakuje, a Pan Bóg daje mi możliwość, żeby się przygotować na spotkanie z Nim.

 

A jak to przygotowanie może wyglądać?

 

Nie wiemy tego dokładnie. Oczyszczanie może się już zacząć w tym życiu. Formą czyśćca może być doświadczenie choroby czy cierpienia. Ono pokazuje, że każda chwila naszego życia może być wykorzystana, że cierpienie ma sens. Oczyszcza, i to nie tylko cierpiącego, ale także tych, którzy przy nim asystują. Ci, którzy obserwują sposób znoszenia bólu czy choroby, też mogą się udoskonalać. Na ogół tak jest, że te osoby stają się bardziej cierpliwe, bardziej wrażliwe. Tak więc cierpienie może być antycypacją czyśćca, bo życie wieczne nie zaczyna się po śmierci, ale w momencie przyjścia na ziemię.

 

Swoje życie na ziemi należy traktować poważnie, czyli żyć w perspektywie życia szczęśliwego i życia smutnego. Piekło jest tylko elementem dowartościowującym moje ziemskie życie – jego istnienie stwarza mi możliwość pójścia w jedną lub drugą stronę. Gdyby nie było jednej z dwóch możliwości, nie byłoby wolności i godności człowieka. Życie na ziemi straciłoby sens, przestałoby smakować. To, po której stronie człowiek się postawi, zależy tylko od niego. Pan Bóg daje mu wszystko – wiarę, przykazania – żeby wybierał tę prawidłową. Ale jest też wolność, którą człowiek musi się posłużyć. Niebo to nie jest tylko łaska, to także ludzka zasługa. Człowiek lubi to, co sam wypracuje, ceni to, do czego sam doszedł. Jeśli otrzymuje coś za darmo, to słabo to docenia i może zmarnować.

 

Sprytnie to Pan Bóg wymyślił. Dał nam wolność, żebyśmy mogli docenić niebo.

 

Mądry Gość z naszego Pana Boga, prawda (uśmiech)?

 

Rozmawiał Przemysław Radzyński
Rycerz Niepokalanej 11/2012