logo
Sobota, 05 grudnia 2020 r.
imieniny:
Kryspiny, Norberta, Sabiny, Geralda – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Izabela Bobbé
Winicjusz przywrócił mi wiarę
Magazyn Salwator
 


Winicjusz przywrócił mi wiarę

Nie może być autentycznego świadectwa chrześcijańskiego bez modlitwy. Ona jest źródłem natchnienia, energii, odwagi w obliczu trudności i przeszkód... Jan Paweł II

Wielu teologów zwraca uwagę na istotne znaczenie intensywności modlitwy. Intensywność, a więc autentyczna żarliwość choćby kilku słów wypowiedzianych z najgorętszym przekonaniem. Trzeba powiedzieć, że na taką intensywność zdobywamy się najczęściej w momentach szczególnych, kiedy czujemy się zagrożeni. Myślę, że w powiedzeniu: "Jak trwoga to do Boga" - jest wielka mądrość. Oczywiście, zależy jaka trwoga.

Należy żałować,

że w naszej literaturze - o ile wiem - nie ma dotąd dzieła, które zebrałoby w jedną całość teksty, słowa, znaki - utrwalane w miejscach, gdzie kończyło się życie wielu ludzi. Myślę o obozach, łagrach, więzieniach, celach śmierci. Osoby, które odszyfrowały te napisy - na przykład w bloku śmierci w Oświęcimiu - zwracały uwagę na jeden fakt: skazańcy, w owych strasznych miejscach, chcieli utrwalić przede wszystkim swoje imiona i krótkie słowa jakiejś modlitwy, względnie znaki wiary, krzyże... Ci, którzy znają takie miejsca, o dziwo wciąż jeszcze odnajdywane (jak piwnica - więzienie z lat stalinowskich, na którą natrafiono niedawno w Warszawie), nie mają wątpliwości, że w chwilach największego zagrożenia człowiek chce przekazać swoje imię i właśnie słowa modlitwy, tej najprostszej. Myślę, że intensywność takiej modlitwy jest trudna do pojęcia. Opowiadał mi przed laty, dziś już nieżyjący pisarz i dziennikarz, red. Włodzimierz Wnuk, jak w piwnicy hotelu "Palace" w Zakopanem, nazywanym w latach wojny "katownią Podhala", wyrył na ścianie kawałkiem kamienia połowę "Ojcze nasz"... Mówił, że to uwolniło go od lęku. Przeżył...

Dlatego tym istotniejsze wydaje się wyznanie - byłego więźnia - ś.p. Adolfa Gawalewicza, autora wstrząsających wspomnień "Z poczekalni do gazu". Tego, o czym mi powiedział, nie ma wszakże w tej książce. Gawalewicz w obozie znalazł się na skutek donosu bliskiego kolegi. To, jak mi powiedział, zachwiało jego wiarą, bowiem ów "kolega" chętnie podkreślał swoją religijność... Pan Adolf powiedział mi, że w obozie się nie modlił i nie szukał kontaktu z ludźmi religijnymi. Mimo słabego zdrowia i wątłej budowy ciała przeżył w obozie wiele miesięcy. Pod koniec 1944 roku zupełnie wycieńczony stał się wedle obozowej gwary "muzułmaninem"... Pewnego grudniowego dnia wyciągnięto go z szeregu stojących na apelu więźniów i wepchnięto do grupy takich jak on, "muzułmanów". Gawalewicz nie miał wątpliwości: wszystkich ich czekał transport do gazu. Pozwolę sobie przytoczyć jego słowa, które kiedyś zapisałam: "Stałem tam z nimi, mimo mrozu zlany byłem potem... śmiertelnym już potem... Nagle nie wiem skąd, zacząłem mówić, a raczej mamrotać: ... Później dopiero przypomniałem sobie, że były to słowa Marka Winicjusza z Quo vadis. Chwilę potem podbiegło do nas komando, które miało nas upchnąć do ciężarówki jadącej niechybnie w stronę krematorium w Brzezince. W którymś nie do końca uświadomionym momencie mignęła mi przed oczami twarz niemieckiego kapo, skądś znajoma, który jednym kopnięciem i krzykiem: po prostu wypchnął mnie z tej grupy i wrzucił do apelowego szeregu. Widzi pani, kopniak przywrócił mnie do życia..."

Okazało się,

że ów Niemiec, raczej Ślązak, znający polski, słyszał niejednokrotnie jak pan Adolf opowiadał współwięźniom treści przeczytanych przez siebie niezliczonych książek. Widocznie chciał nadal słuchać jego opowieści. Oczywiście, pan Adolf nie ośmielił się użyć słowa "cud" w stosunku do tego wydarzenia, ale powiedział mi z uśmiechem: "Dzięki Winicjuszowi wróciła mi wiara, a z nią modlitwa". Do końca też został - zmarł wiele lat po wojnie - człowiekiem wiary i wielkiej życzliwości dla ludzi. Po owym kapo - ślad zaginął. Nie mogę odmówić sobie

napisania o wydarzeniu z ostatnich miesięcy. Niedawno gościłam u siebie w Krakowie niemieckich przyjaciół ze Stuttgartu. Byli pierwszy raz w Polsce. Niemłode małżeństwo, ewangelicy. Poznaliśmy się w czasie prowadzonej przez nich akcji charytatywnej na rzecz Polski. W czasie owego pobytu wydarzyła się rzecz niezwykła, którą ja także głęboko przeżyłam. Otóż przeglądając moje książki w biblioteczce, a często leży wśród nich trochę drobnych przedmiotów, ów Niemiec, Gerhard, z widocznym poruszeniem, zatrzymał się przed jednym z nich: była to niewielka, jedna z wielu tysięcy kopii cudownego medalika, którego oryginał znajduje się w Paryżu. "Co to jest?" - zapytał Gerhard. Udzieliłam możliwie wyczerpującej odpowiedzi, cytując związane z medalikiem słowa, że "osoby, które będą go nosiły, otrzymają wielkie łaski..." Nagle po twarzy Gerharda zaczęły płynąć łzy. "Mój Boże - powiedział - tyle lat czekałem, by się o tym dowiedzieć..." i wyjął ze specjalnego schowka w portfelu, całkowicie już wytarty, zniszczony, ale wyraźnie podobny medalik. I potem nastąpiła niezwykła opowieść. Wzięty jako 17-letni chłopiec do Wermachtu zimą 1945 roku, bardzo szybko trafił do sowieckiej niewoli. Z innymi jeńcami, w skrajnie trudnych warunkach pędzony był od etapu do etapu, by dojść do transportu jadącego już w głąb Rosji. Był tak wyczerpany, że na jednym z etapów uświadomił sobie, że dalej nie dojdzie i padnie w śnieżno-białą drogę. Prawie się to stało, gdy dostrzegł pod nogami coś błyszczącego. Podniósł to odruchowo i powlókł się dalej. Wieczorem, na postoju, obejrzał przedmiot. Młody Gerhard - choć wychowany był w duchu zupełnie niereligijnym, domyślił się, że jest to wizerunek maryjny. Utwierdził go w tym symbol M złączony z krzyżem. Myślę, że Niemiec przyjął ten wizerunek jako znak. Powiedział mi, że ściskając go w ręku, może po raz pierwszy w życiu zapragnął słów modlitwy. Znał tylko "Ojcze nasz" i pierwszą zwrotkę kolędy "Cicha noc", a do tego, co umiał, dodawał: "Boże, spraw, bym przeżył ten czas, bądź przy mnie..." Układał też własne modlitwy, wierzył w ich sprawczą moc. Przeżył te lata niewoli w głębi Rosji, gdzie padały z głodu tysiące jeńców. Przy wszystkich rewizjach udało mu się uchronić medalik. Dziwne, że gdy wrócił do domu, nie usiłował dowiedzieć się czegoś więcej o przedmiocie, który, był tego pewien, ocalił go od śmierci. Może się wstydził, że jego "postępowe" środowisko posądzi go o zabobony? Może ukrywał swoje obudzone religijne uczucia? I dopiero po tylu latach, przypadkiem, w krakowskim mieszkaniu, dowiedział się, upewnił, jaką rolę w jego ocaleniu mógł mieć ten maleńki medalik.

Na moją prośbę Gerhard spisał swoje świadectwo i przesłaliśmy je do słynnej Kaplicy przy rue de Bac w Paryżu. Mój tekst miał być rozważaniem o roli modlitwy w szczególnych momentach życia. Myślę, że Czytelnikom dostarczy materiału do i refleksji.

Izabela Bobbé

 



 
 
Zobacz także
ks. Kamil Gołuszka
Medycyna traktuje pacjenta holistycznie, czyli całościowo. W leczeniu nie zaniedbuje się żadnego z istotnych elementów ludzkiego życia. Zatem musimy uczyć się tak patrzeć i na życie duchowe. Ciało, dusza i duch (psychika) wpływają wzajemnie na siebie. Gdy boli mnie ząb, to automatycznie mam kiepskie samopoczucie – a i motywacja do ożywionego życia duchowego spada. Dopóki zęba nie wyleczę, modlitwa będzie dla mnie udręką. 
 
Ks. Karol Dąbrowski CSMA
Bł. ks. Michał Sopoćko, spowiednik św. Faustyny, dziesięć lat po jej śmierci i po doświadczeniach II wojny światowej, pisał w 1948 roku: „Miłosierdzie Boże zasługuje na szczególne dziś podkreślenie, cześć i uwypuklenie, albowiem jedynym ratunkiem dla świata jest rzucić się w objęcia Najmiłosierniejszego Jezusa, który chce być dla wszystkich Życiem, Drogą, Prawdą, Pokojem i Ładem”.
 
 
Ks. Mieczysław Piotrowski TChr
Alexis Carrel, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, zdecydował się odrzucić zniewalający go gorset ateizmu, gdy w Lourdes na własne oczy zobaczył cud uzdrowienia swojej pacjentki, która umierała na gruźlicę otrzewnej. Po swoim nawróceniu Alexis Carrel zrozumiał, jak aktualne są teksty Pisma Świętego: „Albowiem od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty – wiekuista Jego potęga oraz Bóstwo – stają widzialne dla umysłu przez Jego dzieła, tak że nie mogą się wymówić od winy” (Rz 1, 20). Kto? Ci, „którzy przez nieprawość nakładają prawdzie pęta” (Rz 1, 18). 
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー