logo
Sobota, 21 maja 2022 r.
imieniny:
Jana, Moniki, Wiktora – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 

Katoflix

Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Paweł Milcarek
Z przeszłością w przyszłość
Don Bosco
 


Rozmowa z Pawłem Milcarkiem – filozofem, publicystą, dyrektorem II Programu Polskiego Radia, wykładowcą UKSW, ojcem pięciorga dzieci
 
 Większość współczesnych przemian dotyczących życia społecznego – więc także wychowania – odbywa się pod hasłami zrywania z tradycją. Dlaczego tradycja postrzegana jest jako coś złego?
 
Z różnych powodów, ale najważniejszy jest chyba ten, że w rozumieniu tradycji skupiono się wyłącznie na zachowaniu, zatrzymaniu, przechowaniu czegoś. Ten język wprowadzili najpierw ci, którzy chcieli tradycję odrzucać, ale w jakimś stopniu przyjęli go także ci, którzy chcą jej bronić. Tymczasem tradycja to coś o wiele bardziej dynamicznego. W postawach tradycyjnych zachowanie czegoś jest tylko punktem wyjścia. W łacińskim słowie traditio akcent nie pada na zachowanie, ale na przekazywanie. I jest to zadanie o wiele trudniejsze, bo trzeba równocześnie uratować dwie rzeczy, które zwykle widzimy osobno. To znaczy, że trzeba zachować to, co jest istotne w życiu wspólnoty i pojedynczego człowieka, ale nie chodzi o to, żeby stać się plemieniem jedynie kultywującym groby, ale żeby umieć żyć tym dziedzictwem. To jest umiejętność przyjmowania dziedzictwa i przekazywania dalej, dawania życia. Zrozumiałem to, kiedy przeczytałem zdanie Gustawa Thibona, francuskiego chłopa samouka, a równocześnie głębokiego myśliciela, który zauważył, że ludzie dzisiaj chcą długo żyć, skupiają się bardzo na zachowaniu swojego życia, ale to nie idzie w parze – a wręcz przeciwnie – z chęcią przekazywania go. Dawniej ludzie żyli krócej, mieli mniejszą szansę zachowania własnego życia, ale o wiele bardziej troszczyli się o jego przekazanie.
 
W innych kulturach płodność nadal jest wartością.
 
Tak, a u nas zagrożeniem. Sam akt przekazania tego, czym żyję, jest traktowany jako zagrożenie mojego dobrostanu, dobrobytu.
 
A jaki to ma związek z tradycją?
 
Tradycja jest przekazywaniem czegoś tak ważnego, że można wartość aktu przekazania postawić ponad własne życie. I to możemy nazwać tradycją w sensie ścisłym, przez duże „T”. To nie jest tylko zwyczajem, który się uleżał, ale czymś, co przeszło próbę – mówimy „próbę czasu” – więc ludzie chcieli to przekazać. Np. kiedy nie było druku, zachowywały się te opowieści, które ludzie uważali za ważne, pozostawały te, w które warto było włożyć wysiłek nauczenia się, zapamiętania, opowiedzenia. Analogicznie, tradycją jest to, za co ktoś kiedyś gotów był ponieść ofiarę, aż po oddanie życia, dlatego tradycja łączy się z pewnymi datami poświęcenia, rocznicami, celebracjami. Wracamy do tego, bo to jest naszym punktem odniesienia.
 
Na czym powinno polegać przekazywanie tradycji w rodzinie? Wystarczy ją tylko kultywować czy jeszcze trzeba o niej rozmawiać?
 
Sami się z żoną dopiero tego uczymy. Jesteśmy jedną z tych rodzin, które dotknął – choć raczej pośrednio i rykoszetem – straszny czas nadłamywania kręgosłupa tradycji w PRL–u. Rdzeń tradycji przetrwał, ale to nadłamanie w różnych miejscach pozostało, w związku z tym nie mamy takiego prostego odniesienia, że rodzice przekazali, dzieci przejęły, przekazują następnym itd. Bardzo często znajdowaliśmy się w sytuacji, gdzie z jakichś elementów, drobinek mozaiki, które otrzymaliśmy, musieliśmy układać własne puzzle. Trud polega nie na tym, żeby zbudować z nich coś zupełnie nowego, ale by odtworzyć tę całość, z której te elementy pochodzą. Rodzina mojej żony w większym stopniu obfituje w takie odniesienia. Jest dom rodzinny gdzieś na Podlasiu, który się ciągle wspomina, jak się myśli o żywej tradycji, o czymś, co jest wartościowe. Z wielkim entuzjazmem przejąłem całe mnóstwo tradycji z rodziny mojej żony, bo wyczułem, że są bogate. Nie mam też obawy, że zatracam swoją tożsamość. W bardzo wielu wypadkach odnajdywałem w tym świat, który rozpoznałem jako własny, w którym się dobrze czuję. Ba, o wiele lepiej niż w ciuciubabce mojego świata wielkomiejskiego, w którym coś się gdzieś pogubiło. Sam wychowywałem się od początku w Warszawie, mieszkałem w domu, w którym ludzie ze sobą nie bardzo chcieli rozmawiać. W windzie usiłowali jakoś przetrwać ze sobą te dwanaście pięter. Mieli swoje historie, ale się nimi nie dzielili. Nie zawsze były to historie ciekawe, niekoniecznie chcieli się nimi chwalić. Jeśli były ciekawe, to może z innych powodów nie chcieli o nich mówić. Więc jest trochę tak, że wyciągamy ze strychu rzeczy, które pokolenie naszych rodziców uznało za nadające się do lamusa, choć dziadkowie jeszcze nimi żyli.
 
 
1 2  następna
Zobacz także
Jan Andrzej Kłoczowski OP
Dodane przez Papieża słowa: "Tej ziemi" wstrząsnęły "tą ziemią" rzeczywiście. I cudowne krakowskie Błonia, kiedy mówił "Musicie być silni wiarą...". Dawał się wtedy zauważyć pełen godności spokój, który był w ludziach, oraz rzeczywiste poczucie siły i tego, że jesteśmy tutaj u siebie. Komunizm polegał na tym, że Polacy nie czuli się w Polsce u siebie...
 
Jan Andrzej Kłoczowski OP

Narkotyki zaspokajały potrzebę towarzystwa i akceptacji. Pan Bóg przestał mi być potrzebny. Po co mi On, po co mi rodzina, po co mi ojczyzna, po co mi wartości? Mam wszystko, doszedłem do tego sam, więc wszystkie inne rzeczy trzeba odstawić na bocznicę…

 

Z Andrzejem Sową, świeckim ewangelizatorem rozmawia br. Wojciech Czywczyński OFMCap.

 
Joanna Petry-Mroczkowska
Św. Patryk (ok. 385-461) urodził się w Anglii. Kiedy miał 16 lat został porwany przez irlandzkich piratów i sprzedany jako niewolnik. W niewoli przez sześć lat był pasterzem owiec. W końcu udało mu się uciec do Francji. Zdobył znakomite wykształcenie i został duchownym. Ale w snach ciągle słyszał: "Wróć do Irlandii, zanieś jej Chrystusa"...
 
 
___________________
 
 reklama

katolicyzm