Chanel Santini Katolik.pl - Zamarznięte łzy
logo
Piątek, 10 kwietnia 2020 r.
imieniny:
Borysławy, Makarego, Michała, Fulberta – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Tadeusz Basiura
Zamarznięte łzy
materiał własny
 
fot. Matt Palmer | Unsplash (cc)


W 80. rocznicę pierwszej deportacji Polaków na Sybir

 

10 lutego 1940 r. Jeszcze trwa noc, bardzo mroźna noc. Miasta i wsie otulone grubą pierzyną śniegu i panującą wokół ciszą, pogrążone były w głębokim śnie. Nagle w tę ciszę wdarło się ujadanie psów, a w chwilę później głośny łomot kolb karabinów walących w drzwi uśpionych domów i dzikie wrzaski nakazujące ich otwarcie. Wybudzonych mieszkańców w jednej chwili ogarnęło nieznane dotychczas przerażenie... Przecież nikt tak w gościnę nie zachodzi... Nikt w ten sposób nie woła pomocy... Prawdę poznali w chwili, gdy gospodarz otworzył drzwi...


To nie było normalne wejście w progi domu, gdy przychodzi się z sąsiedzką wizytą. To było brutalne wtargnięcie. Gospodarz zostaje natychmiast przyparty do ściany, a do głowy ma przyłożona lufę karabinu. Bez słowa wyjaśnienia, z jakimś pomiętym papierem w ręku, który miał udawać ważny dokument i usprawiedliwiać ich działanie. Wyglądało to jak bandycki napad. Weszli do domów jak wilki, tylko że miały one ludzką postać, choć o nieludzkim obliczu. Z drugiej strony stoją przerażeni pozostali domownicy: żona gospodarza, jego lub ich rodzice, starsze dzieci – te maleńkie zostały jeszcze w łóżkach. Widzą sowieckiego żołnierza w czapce z niebieskim otokiem – NKWD. Z nim był jeszcze jeden żołnierz i jeden cywil. Sławetne „trojki”! „Tego cywila przecież znamy! Żył tutaj, zanim przyszli okupanci. Zdrajca!” - zabłysło w niejednej głowie. „Sabierajties! Pieriesielajem was w druguju obłast - pada rzucony w ich kierunku rozkaz – u was tolka 10 (15 - 20 - 30) minut wremieni”. Czas dany na spakowanie się, i tak już krótki, zależał tylko od widzimisię enkawudzisty.


Boże dopomóż! Dlaczego? Za co? Dokąd nas zabierają? Co zabrać ze sobą? Kiedy tu powrócimy? Pytania... pytania... pytania... Kłębiły się one w głowie, ale nikt ich nie zadawał, bo i tak odpowiedzi nie mogli się spodziewać. Przerażenie odbierało rozum... Strach wyzbywał sił... Poganianie wprowadzało chaos... Czasu tak niewiele. Trwa krótkotrwała, gorączkowa krzątanina. Co zabrać?... Co zabrać?... Ciepłe ubrania, jak najwięcej jedzenia. Czasami wydobyte ukradkiem z ukrycia cenne rzeczy. Chleba mało. Dzisiaj miał być pieczony – jak zawsze w sobotę - w dzieży ciasto zarobione wczoraj już prawie gotowe.... I jeszcze krzyż, różaniec, obrazek Matki Boskiej Ostrobramskiej albo Częstochowskiej. A jeszcze tyle rzeczy zostało. Czasu nie starczyło, by spakować albo więcej już nie można było, by nie przekroczyć limitu – według instrukcji było to 500 kg, tylko niemal nikomu tyle nie udało się zabrać. Nie pozwolili.


Po wyjściu z domu od razu dopada ich mróz -40° C - ale nie czują zimna. Przed domem stoją sanie zaprzężone w konie. Czekają na nich. Na innych samochody ciężarowe. Usadowiają się w nich ze swoim skromnym dobytkiem, wyniesionym we własnych rękach – tylko tyle zdołali spakować i unieść z domu. Sanie ruszają. Odwracają głowy... Ze łzami w oczach patrzą na swój dom i obejście, w którym zostały zwierzęta i narzędzia gospodarcze, a za nimi ziemia, która ich żywiła. Patrzą ze łzami w oczach na tracony w tej chwili dorobek swojego życia, na przekreślone dotychczasowe życie. Ale konie żwawo pędzą naprzód i dom szybko niknie w otchłani mroku. Już nie widzą swojego gniazda... Jeszcze nie wiedzą, że już nigdy tu nie wrócą.


Odwracają głowy przed siebie, ale nie widzą niczego, nie widzą przyszłości... „Boże, ku czemu zmierzamy? Jaki los nam zgotowałeś? Czy tu jeszcze wrócimy?” - lecz nie słyszą odpowiedzi.


Dokąd jedziemy? Nikt nic nie mówi. Ale wkrótce cel staje się jasny – dworzec kolejowy. Im bliżej niego, tym częściej spotykają sanie z wygnańcami, takimi jak oni, samochody pełne przerażonych ludzi. Przy bocznej rampie kolejowej jest bardzo tłoczno. Sanie i samochody podjeżdżają, wysiadają z nich tułacze (jeszcze o tym nie wiedzą, że właśnie stają się tułaczami), sanie odjeżdżają... samochody odjeżdżają... Ale znów podjeżdżają następne i następne, i następne. Tego dnia, pod rozrzucone na całym okupowanym przez sowietów terytorium rampy, dowiozą aż 140 tysięcy ludzi, a może było to 200 tysięcy? Wśród nich osadnicy wojskowi, służba leśna, nauczyciele, harcerze, rodziny żołnierskie, kolejarze, którzy za chwilę wyruszą drogą męczeństwa i śmierci na Golgotę Wschodu. Sybiracy – tak zostaną nazwani... tak się sami będą nazywać. Całkowita liczba deportowany w czterech deportacjach to milion osób, a może nawet 1,5 miliona.


Potem były wagony. Duże. Takie do przewozu bydła. Z małym zakratowanym okienkiem. Przy ścianach byle jakie prycze. Żelazny piecyk. W kącie otwór z podłodze – to toaleta. Do każdego wagonu wchodzi kilka-kilkanaście rodzin – 40 – 50 osób. Najwięcej wśród nich było dzieci (nawet 45%) i kobiet. Wagon zamknięty od zewnątrz – wiozą przestępców...? I ruszyły pociągi na wschód i północ. Tam gdzie śniegi i mrozy syberyjskiej tajgi, tam gdzie zabijające kopalnie złota Workuty, tam gdzie puste i skwarne stepy Kazachstanu. Tam czekały na nich łagry, baraki, lepianki, ziemianki. Z zamkniętych wagonów płynie w nieznaną przestrzeń pieśń-modlitwa: „Serdeczna Matko, Opiekunko ludzi,/ Niech Cię płacz sierot do litości zbudzi./ Wygnańcy Ewy do Ciebie wołamy:/Zlituj się, zlituj, niech się nie tułamy.”


Pierwsza stacja sybirackiej Drogi Krzyżowej – podróż w bydlęcych wagonach - ukazała, jak ciężki krzyż przyjdzie im dźwigać. Wagony otwierano na krótko tylko raz dziennie, aby podać gorącą wodę -kipiatok, 1 – 2 wiadra na wagon, oraz - późniejszym okresie podróży - aby wynieść z wagonów... umarłych. Nikt ich nie układał w trumnie, nikt im nie zapalał świecy, nikt im nie sprawiał pogrzebu. Umierały dzieci... krwawiły serca matek. Umierali starcy... krwawiły serca synów, córek. Zostawali położeni przy torach, żegnani modlitwą żywych, których pociąg wiózł dalej... w nieznane. A podróż trwała miesiąc i dłużej.


Ale to był dopiero początek śmiertelnego żniwa.


Wreszcie kres podróży.„Teraz będzie lepiej” - w serca wlewa się nadzieja, ale i ona płonie coraz to mniejszym płomieniem i dość szybko gaśnie. Czekają na nich drewniane baraki, do których przez liczne nieszczelności wdziera się syberyjski mróz. Nie było światła, wody. Nie było sanitariatów. Jeden barak do wspólnego zamieszkania dla 3 - 4 rodzin. Na środku baraku tylko jeden piec, na którym można było ugotować strawę. Ale nie było co gotować. Jakże często, za cały posiłek po ciężkiej pracy przy wyrębie tajgi musiało starczyć pół kilograma czarnego, gliniastego chleba i to pod warunkiem, że się wypracowało wyśrubowaną normę. Niepracujący i dzieci dostawały tylko 20 dkg tego chleba. I nic więcej! To najczęściej dzieci większość dnia stały w kolejce po ten przydział chleba dla całej rodziny.


Dramat głodnych dzieci. Oto ma 20 dkg chleba. To nic, że taki czarny, że taki gliniasty, że w dużej części z otrąb. Och, jak chciałoby się go zjeść naraz, aby wreszcie zaspokoić głód... poczuć sytość... Tak nie można! Następny przydział chleba dopiero jutro! Dzieli dziecię swój chleb na kęsy i co jakiś czas zjada po jednym. Ale to nie zaspokoi jego głogu. Wciąż jest głodne. Wie jedno – nie może tknąć chleba, które odebrało dla rodziców. Wrócą z lasu bardzo zmęczeni i... bardzo głodni. I tak dzień po dniu... dzień po dniu...


Wreszcie przychodzi wiosna, choć to już prawie koniec maja. Z pierwszych młodych listków komosy, szczawiu i innej „zieleniny” od razu przygotowywano wodniste zupy. Potem było trochę lżej - żywił las. Grzyby, jagody, żurawina stawały się źródłem życiodajnych soli mineralnych, witamin. Jeszcze trzeba zrobić zapasy na długą syberyjską zimę. Wreszcie głód był w miarę uciszony.


Każdy dorosły - „Na rabotu!” Nie ważne – kobieta czy mężczyzna. Nie ważna choroba... osłabienie... głód... Warunki pracy wręcz skrajne -wysokie śniegi, siarczysty mróz, później roztopy, wszechobecne i krwiożercze meszki i komary, brak sprzętu i narzędzi, właściwej odzieży, obuwia. To nie były okoliczności, które zwalniały z pójścia do pracy i niewykonania norm. A normę trzeba wykonać, bo nie będzie chleba... Nie będzie chleba, to i sił będzie jeszcze mniej, a do wyrębu lasu trzeba iść. Nie ma sił, nie ma normy, znowu nie ma chleba. Ale przychodzi choroba, a za nią śmierć.
Śmierć swoją daninę brała w niezwykłej obfitości. Jej wiernymi pomocnikami byli: głód, zimno, katorżnicza praca, tyfus (tej chorobie skutecznie pomagały wszechobecne wszy), gruźlica, malaria, dyzenteria, szkorbut. Jej cennym pomocnikiem były też prymitywne warunki pracy. Tak jak ubywało mieszkańców w barakach, tak przybywało bezimiennych grobów za tym prowizorycznym osiedlem. Tutaj był kres Drogi Krzyżowej dla tysięcy z nich.
Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie...
Nikt nie interesował się bezpieczeństwem pracy. Przecież to wrogowie ludu! Polaczki! Swołocz! Tak mówili ci, co pełnili tę haniebną służbę. (Wielu prostych Rosjan, często okazywało serce dla zesłańców, choć i sami nie mieli za wiele.) Nie ma miejsca na litość... na współczucie... I ginęli Polacy w kopalniach na Workucie, w zimnych nurtach syberyjskich rzek przy spływie drzewa, przygnieceni powalanymi drzewami, wykrwawieni po nieszczęśliwych urazach odniesionych podczas pracy prymitywnymi narzędziami.


Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie...


Nikt dokładnie nie policzył, ilu z około 1,5 miliona ludzi tam zostało tam na zawsze, przytulonych do zimnej syberyjskiej ziemi na wieczny spoczynek. Trwają tam do dzisiaj w mogiłach, na których czas i syberyjska przyroda zatarły wszelki ślad. Ale ich mogiły tam są, choć bez krzyży... bez imienia i nazwiska... bez jednego płomyka zapalonego znicza. A w nich Polacy-męczennicy czekający na Sąd Ostateczny. Jak ich wiele? 300 tysięcy... 400 tysięcy... 500 tysięcy... Każda liczba może być prawdą!


Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie...


Smutne były wszystkie Święta, które przyszło im obchodzić na obczyźnie. W Wigilię Bożego Narodzenia nie było opłatka. Łamano się chlebem lub ziemniakiem zachowanym specjalnie na ten wieczór. Boże kochany! Któż policzy łzy wylane tego Wieczoru, które przeorawszy smutne lica, padały na syberyjską ziemię... Kto odnajdzie na ich twarzach choćby cień tego Wieczoru, który powinien być radością...


Następnego dnia Boże Narodzenie. Święto! Nikt nie wychodzi z baraku. Wpada komendant i krzyczy: „Na rabotu!” „Siewodnia prazdnik” - odpowiedzieli mu. Komendant wyjął z kabury pistolet: „Na rabotu, ili budu strielat!”. Poszli... Narodzone Dzieciątko uczcili z cicha nuconą kolędą i kapiącymi z oczu łzami, które nim upadły na ziemię zamarzały i zamieniały się w lśniące brylanty.


Dla tych, którzy ocaleli, różnie kończył się szlak syberyjskiej Drogi Krzyżowej. Jedni wyruszyli do kraju z wojskiem gen. Andersa. Daleka to była droga. Nie wszyscy z niej wrócili. Jedni zginęli w bitwach, innym zamknięto granice Polski. Ci, co nie zdążyli, z bronią w ręku udali się najkrótszą drogą do Polski. Nie interesowała ich wtedy ideologia... nie rozumieli toczącej fałszywej gry polityki... Nie słuchali agitacyjnych przemówień Wandy Wasilewskiej. Oni chcieli tylko wyrwać się z tego piekła... Chcieli wrócić do swojego kraju... Do swojego domu... Pozostali zaczęli wracać dopiero w 1946 r. Po sześciu latach tułaczki. Wielu z nich na powrót do kraju czekało aż do... 1959 r.!


Wielcy tego świata zadali im jeszcze jeden cios – nie wrócili do swoich rodzinnych stron... do miejsc dzieciństwa... pierwszych miłości... do tych pól pszenicznych... do grobów swoich przodków... Z żalem pojechali dalej, na Zachód, gdzie musieli zakładać swoje nowe gniazda. Musieli się odnaleźć w nowej rzeczywistości.


Razem z nimi wracały wspomnienia przeżytego strachu... zniewolenia... poniżenia... Wspomnienia z niegościnnej ziemi. Wciąż powracały obrazy najbliższych umierających z głodu, zimna i wycieńczenia. I tylko oni o nich pamiętali, bo cały świat się od nich odciął... zapomniał... a im o tym nie wolno było mówić, chociaż byli już u siebie. Ale nie usłuchali zakazu i mówili o swoim życiu na nieludzkiej ziemi swoim dzieciom i wnukom. Chociaż ciężko im było niekiedy o tym mówić. Ale opowiadali im o tym, aby pamiętały o ich cierpieniu zgotowanym im przez drugiego człowieka.


Tak jak to czyniła moja Mama, która nam, swoim dzieciom, opowiadała, o sybirackiej Drodze Krzyżowej, którą sama przeżyła jako dziecko wraz z całą swoją rodziną, tylko dlatego, że Jej Ojciec, a mój Dziadek, bronił w 1920r. niepodległości Ojczyzny zmartwychwstałej po 123-letniej niewoli.

 

Tadeusz Basiura

 
Zobacz także
Bogdan Nowak
Św. Augustyn napisał, że Kościół jest jak wdowa. Oczekiwanie wdowy, która ponownie pragnie ujrzeć swego małżonka, jest podobne do oczekiwania Kościoła na ponowne przyjście Jezusa Chrystusa. Zmarły mąż jest dla wdowy wyrazem miłości samego Boga...
 
Tomasz Powyszyński
Niektórzy mówią, że Kościół jest w kryzysie – następują w nim podziały, rozwadnia swoje nauczanie, traci wpływy. Ewidentnie więc istnieje problem. Inni mogliby odparować, że to nic niezwykłego, bo Kościół jest w kryzysie permanentnym, odkąd tylko Pan Jezus zdecydował się przekazać władzę św. Piotrowi. Jakkolwiek by było, jest jedna kwestia, na którą w ostatnim czasie zaczyna zwracać uwagę coraz więcej osób szukających przyczyn kryzysu – mężczyźni. 
 
ks. Stanisław Groń SJ
Dopóki żyjemy, stale coś robimy i inni poznają nas po tym, co zdziałaliśmy. Z Księgi Rodzaju dowiadujemy się, że Bóg: ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował, odpoczął dnia siódmego po całym swym trudzie, jaki podjął (2,2). W biblijnym opisie stworzenia Bóg wypowiada słowo, ale ono jest wiecznym działaniem; stało się światłością, ziemią, morzem, roślinami, ciałami niebieskimi, ptactwem, zwierzętami, ludźmi. Stworzony świat jest więc urzeczywistnioną Bożą myślą, a w nim znajdujemy się my - ludzie - z jakże ogromnym potencjałem twórczym i z naszą aktywnością.
 
 
___________________
 
 reklama