logo
Czwartek, 26 listopada 2020 r.
imieniny:
Leona, Leonarda, Lesławy, Konrada, Delfiny, Jana – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Przemysław Radzyński
Zmaterializowali kazanie na górze
eSPe
 


O pierwszych polskich misjonarzach męczennikach, którzy 5 grudnia zostali ogłoszeni błogosławionymi opowiada o. Jarosław Wysoczański OFMConv., współbrat i ówczesny przełożony ojców Michała Tomaszka i Zbigniewa Strzałkowskiego.
 
Jak historia połączyła Ojca z przyszłymi błogosławionymi?
 
Ta historia jest bardzo długa. Z Michałem znałem się od piętnastego roku życia – uczyliśmy się w niższym seminarium w Legnicy, potem obaj wstąpiliśmy do zakonu. Formację zakonną od nowicjatu aż do święceń przeżywałem wspólnie ze Zbyszkiem.
 
Tylko przez rok po święceniach pracowaliśmy w różnych miejscach – Zbyszek został wicerektorem w niższym seminarium duchownym w Legnicy, a ja pracowałem na drugim skraju Polski – w Horyńcu-Zdroju. W 1988 roku wyjechaliśmy do Peru. Po roku dołączył do nas Michał, który wcześniej pracował w Pieńsku.
 
Prawie pół życia, ich życia, przeżyliśmy razem.
 
Jak w tak młodych kapłanach rodziło się powołanie misyjne?

We mnie powołanie misyjne rodziło się już bardzo wcześnie. Ono jest mocno związane z moim franciszkańskim powołaniem zakonnym. W młodości spotkałem wielu misjonarzy i sen, żeby gdzieś wyjechać, towarzyszył mi od zawsze.
 
Święty ojciec Franciszek w naszej regule zakonnej napisał (mowa o misjach w tego typu oficjalnych dokumentach Kościoła była wówczas nowością), że ci bracia, którzy chcą jechać do saracenów „niech proszą o to swoich ministrów prowincjalnych, a ci po rozważeniu niech podejmą decyzję”.
 
Ten duchowy proces powołania brat odczuwa wewnątrz, próbuje rozpoznać wolę Bożą a jej konkretnym wyrazem jest zgoda prowincjała, któremu przedstawia się prośbę. To jest dość istotne w perspektywie beatyfikacji – Zbyszek i Michał są tymi, którzy zostali posłani. Nie byli w Peru w swoim imieniu. Dostali mandat od swojego przełożonego, który reprezentuje Boży zamiar. W tym kontekście to jest coś niesamowitego – ci bracia przez swoje męczeństwo mówią nam, że misja jest zawsze realizacją planu Pana Boga.
 
We trzech zakładali Ojcowie nową misję. Czy odkrywanie tego Bożego planu też było wspólne?
 
Zgoda przełożonych na wyjazd misyjny jest odpowiedzią na oficjalną prośbę zainteresowanego. Kiedy ja złożyłem w tej sprawie podanie, to prowincjał zachęcił mnie wówczas do rozmów ze Zbyszkiem i Michałem. „Myślimy, że wy we trzech będziecie zakładać nową misję” – powiedział. Wtedy nastąpił dopiero oficjalny dialog na temat misji. Wcześniej te kwestie poruszaliśmy w luźnych rozmowach, jak to jest między przyjaciółmi – bracia dzielą się ze sobą tym, co mają w sercu.
 
W seminarium mieliśmy kółko misyjne. Czuło się, kto jest zainteresowany misjami.

Ojciec mówi, że jego powołanie misyjne związane jest z zakonnym, czyli rodziło się jeszcze w świecie?
 
Przed wstąpieniem do nowicjatu spotkałem wspaniałych misjonarzy z Zambii. Potem jednego z naszych ojców, który pracował w Japonii. Trzeba pamiętać, że to jest czas komuny w Polsce. Jedynymi ludźmi, którzy mówili wtedy o innym świecie, byli przede wszystkim misjonarze. W takich bezpośrednich z nimi spotkaniach można było misji dotknąć w sposób wręcz namacalny, zapytać o sprawy, które nas interesowały. A do tego wszystkiego pokazywali slajdy i opowiadali niesamowite historie.
 
Dla Zbyszka bardzo charakterystyczna była fascynacja osobą św. Maksymiliana Kolbego. W podaniu o przyjęcie do zakonu napisał: „Chcę wstąpić do tego zakonu, bo ten zakon jest wspaniały, ponieważ wydał w ostatnich czasach bł. Maksymiliana Kolbego”. Dla niego zakon był miejscem uświęcenia. Miejscem życia Ewangelią w sposób radykalny.

Początkowo myśleli Ojcowie o misji w Boliwii, ale przełożeni zdecydowali, że Ojcowie otworzą zupełnie nową placówkę w Peru. Jakie zadania tam na Ojców czekały?
 
Zacznijmy od tego, że nie chcieliśmy osiedlić się w jakimś wielkim ośrodku peruwiańskim, tylko na peryferiach, chociaż nie w ekstremalnych warunkach, jakich tam nie brakuje. Po drugie zależało nam na diecezji, która nie ma historii, żebyśmy mogli być tam zaczątkiem Kościoła lokalnego. Po trzecie myśleliśmy, żeby w tym miejscu rozpocząć formację przyszłych braci.
 
W ten sposób trafiają Ojcowie do nowo powstałej diecezji Chimbote.
 
Diecezja Chimbote to jedno duże miasto, dawny mały rybacki port morski, który bardzo się rozwija podczas drugiej wojny światowej; powstaje tam m.in. fabryka żelaza. Bardzo ubogie, robotniczo-rybackie miasto na pustyni, bez historii. Poza tym mnóstwo małych parafii rozrzuconych między dolinami i szczytami Andów. Obejmujemy jedną z takich górskich parafii, dzięki czemu mamy do czynienia z w miarę jednolitą grupą etniczną – w mieście jest dużo ludności napływowej, z różną mentalnością czy nawet ekspresjami lingwistycznymi.
 
Jak zaczyna się historia Ojców w Pariacoto?
 
Przylatujemy do Peru i rozdzielamy się. Ja zostałem w Chimbote i poznawałem rzeczywistość miasta; chodziło też o integrację z klerem tubylczym, z Kościołem, do którego zostaliśmy posłani. Zbyszek przechodzi chrzest bojowy w górach pod okiem starszego kapłana z Tyrolu, który wprowadza go w rzeczywistość pracy wśród Indian, potomków Inków. Spotykaliśmy się co dwa tygodnie i dzieliliśmy doświadczeniami.
 
Długo trwał taki proces adaptacyjny?
 
Mniej więcej sześć miesięcy. Wówczas dojechał do nas Michał, który studiował język hiszpański w Limie. My właściwie nie uczyliśmy się języka, dogadywaliśmy się z miejscowymi tak po prostu, czasami korzystaliśmy z pomocy nauczycieli. Michał przygotował się do tego solidnie. Miał też umiejętności językowe. 30 sierpnia 1989 roku, w uroczystość św. Róży z Limy oficjalnie obejmujemy misję w Pariacoto, która obejmowała cztery duże parafie, 74 wioski.
 
Czekała na Ojców zwykła duszpasterska praca? Odprawialiście Msze, spowiadaliście, udzielaliście innych sakramentów?
 
To z pewnością, ale trzeba pamiętać, że przyjechaliśmy do Pariacoto niespełna dwadzieścia lat po trzęsieniu ziemi w Peru, w czasie którego zginęło 66 000 osób, a 25 000 uznano za zaginione. W Pariacoto życie misji organizowały od tego pamiętnego roku 1970 siostry Służebniczki Najświętszego Serca Pana Jezusa. Początkowo musiały poświęcić cały dzień w podróży, żeby przywieźć Pana Jezusa. Kapłan przyjeżdżał tam od czasu do czasu. Stąd też wyczekiwanie kapłana w tym miejscu było bardzo duże.

Pragnienia sióstr zaspokajają polscy franciszkanie po blisko dwudziestu latach…
 
Trafiliśmy do Peru z biednej Polski. Przywieźliśmy właściwie tyle, co można było włożyć do walizki i trochę drobnych ofiar, które otrzymaliśmy od swojej prowincji. Zawsze podkreślam, że ubóstwo jest wspaniałym elementem budującym wspólnotę. Bo jak czegoś nie mam, to muszę zapukać i o to poprosić. Kiedy się prosi, między ludźmi rodzi się więź. Im więcej tego pukania, tym wspólnota zatacza większe kręgi.
 
1 2  następna
Zobacz także
Ewa K. Czaczkowska
Jezus, gdy uzdrawiał, mówił: „Idź, twoja wiara cię uzdrowiła” albo: „Niech ci się stanie według twojej wiary”. Jezus uzależniał cudowne uzdrowienia od wiary: takie będzie twoje uzdrowienie, jaka jest twoja wiara. Cuda przemieniają nas, gdy dostrzega je nasza wiara. 

O znaczeniu cudów dla wiary z ks. dr. Krzysztofem Wonsem, teologiem duchowości, dyrektorem Centrum Formacji Duchowej Salwatorianów w Krakowie rozmawia Ewa K. Czaczkowska
 
Mirosław Rucki
Każde dziecko wie, że bałagan w pokoju robi się sam, podczas gdy uporządkowanie wszystkiego wymaga pracy. Fizycy nazywają to drugą zasadą termodynamiki: nic w przyrodzie nie porządkuje się samo. Z tego wynika, że na początku całe stworzenie było o wiele doskonalsze i bardziej uporządkowane niż dzisiaj…
 
 
Gennaro Preziuso
Czas po Wielkim Tygodniu Ojciec Pio spędzał na nieustannej modlitwie. Posłuszny przełożonym, z uwagi na swoje słabe zdrowie wstawał nieco później niż cała wspólnota. Po Mszy Świętej, do której się długo przygotowywał, i po niekończącym się dziękczynieniu, spowiadał, odmawiał nieszpory...
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー