logo
Piątek, 26 maja 2017
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
Kanał czerwony
Kanał zielony
 
 
 Modlitwa powinna być przyjemnością, a jest trudna.
Autor: Wojtek (---.146.181.19.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl)
Data:   2017-01-11 20:17

Cześć, otóż mam problem. Modlitwa... Rozmowa z Bogiem, co powinno być przyjemnością... Mój problem polega na tym, że moja modlitwa jest dla mnie... trudna. Właśnie, jak to? Jak MODLITWA może być trudna?
Moja modlitwa to powtarzanie kilka, kilkanaście (jak nie wiecej) zwrotów, części zdań. Dlaczego? Gdyż mogłem w tym czasie pomyśleć o czymś innym niż modlitwa, albo ogólnie (moze czesciowo) się nie skupiać na tej części zdania. Ale niekoniecznie celowo. A więc wałkowanie: wierzę w Boga, wierzę w Boga, wierzę w Boga, wierzę w Boga... (Skład apostolski). Może akurat nie skupiłem się na słowie wierzę? Na słowie Boga? Eh... Taka modlitwa TO NIE JEST PRZYJEMNOŚĆ, ALE COŚ CZEGO CHCIAŁOBY SIĘ UNIKNĄĆ, A JEŻELI JUŻ SIĘ MODLĘ, SKOŃCZYĆ. Ale skąd to? Jak ja miałbym odmawiać różaniec? ILE CZASU? Dlaczego ile czasu? KOMU BY SIĘ CHCIAŁO POWTARZAĆ ZDROWAŚ MARYJO (jako część modlitwy) KILKA RAZY (jak nie więcej)? A jeżeli nie odmówię (całej modlitwy) to grzech? . Było nawet, że modlitwę poranną odmawiałem gdzieś w okolicy 19. Bo się nie chciało ZNOWU tego powtarzać... To nie jest przyjemność. Proszę o pomoc! Jak modlić się normalnie, co robić?
Patrzenie na obrazy ze świętymi nie zawsze pomagają, raczej (o ile sie nie myle) wcale, jak już to troszeczkę. Dlatego ostatnio modlitwy częściej odmawiam na siedząco lub stojąco.
Jeszcze kilka pytań:
1. Czy KONIECZNIE na modlitwie muszę odmawiać takie modlitwy jak skład apostolski, pozdrowienie anielskie, Ojcze nasz, dekalog? Mogę sam wybrać, np. Ojcze nasz i pozdrlwienie anielskie?
2. Czy jeżeli na pacierzu nie odmówię wyżej wymienionych modlitw, będzie to grzechem lenistwa lub innym? (Ja teraz nie jestem pewien).
PROSZĘ O ODPOWIEDZI. BÓG ZAPŁAĆ.

 Re: Modlitwa powinna być przyjemnością, a jest trudna.
Autor: maaja (---.220.109.55.umts.static.t-mobile.pl)
Data:   2017-01-11 21:02

Nie, NIE MUSISZ odmawiać tych wszystkich modlitw. Najważniejsze jest przylgnięcie sercem do Serca Boga, proste spojrzenie, poczucie jak dziecko w ramionach matki.
Zdaje sie, że dajesz sobie niezły wycisk na modlitwie. Nic dziwnego, że zaczynasz mieć dość.
A tak w ogóle modlitwa nie zawsze jest przyjemnością. Często bywa walką. Ale walką nie o to, by odmówić te wszystkie dekalogi, składy apostolskie itd., ale aby wytrwać przy Bogu, gdy świat i własna natura ciągnie w inna stronę, wytrwać w postawię wierności i ufności.
Wyluzuj, Wojtku. Daj sie ponieść :)

 Re: Modlitwa powinna być przyjemnością, a jest trudna.
Autor: Renia (---.neoplus.adsl.tpnet.pl)
Data:   2017-01-11 22:12

Też mam nieraz problem na skupieniu się na modlitwie. Zamiast odmawiać pancerz różne inne myśli nachodzą mi do głowy. Myślałam że to źle że Bóg się obrazi że nie jestem skupiona. Ale sobie to przemyślałam.
Jeśli mam taki dzień to zwykle mówię Bogu że jest mi przykro że dziś mi trudno się skupić i zamawiam Pod Twoja obronę dla wzmocnienia.
A gdy tylko ochronę np. Jadąc autem wtedy odmawiam Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Zawsze pomaga.
Pan Bóg nie jest na nas zły wie że ludzka natura jest pełna ułomności i zaniechania. Ale kocha nam za nasze starania za nasz trud.
Nawet zmówienie tylko jednej dziesiątki różańca nie jest niczym złym. Wielokrotnie dostajemy taka pokutę.

Jeśli chodzi o to jakie modlitwy. Mam tak że jak biorę modlitewnik to wybieram modlitwę wedle natchnienia. Po prostu czuję że dziś jest pora np. W piątek na litanie do NSPJ w środę jest rezerwacja do Matki Bozej.
Odmawianie ciągle tych samych modlitw może się przerodzić w rutynę a to skutkować może takimi wątpliwościami jakie ty masz. Polecam też aplikacje na telefon Modlitewnik albo z księgarni. Niekiedy książeczka do nabożeństwa dla osób dojrzałych jest już niewymagająca.

W ogóle zmieniłam swoje sztywne nastawienie odnośnie pacierza pod wpływem lektury austriackiego benedyktyna Anselma Grün ktory oczarował mnie modlitewnikiem. Polecam serdecznie. Są tam modlitwy pisane sercem i doświadczeniami zwykłych ludzi czego nam brakuje i czego nikt nas nie uczy.

 Re: Modlitwa powinna być przyjemnością, a jest trudna.
Autor: Szymon (---.lilonet.pl)
Data:   2017-01-11 22:28

z Katechizmu Kościoła Katolickiego
Wobec trudności w modlitwie

2729 Najczęstszą trudnością w naszej modlitwie jest roztargnienie. W modlitwie ustnej może ono dotyczyć wyrazów i ich sensu; o wiele bardziej może dotyczyć Tego, do którego się modlimy w modlitwie ustnej (liturgicznej czy osobistej), w czasie rozmyślania i podczas kontemplacji. Próba odrzucenia roztargnienia równałaby się popadnięciu w jego sidła, podczas gdy wystarczy powrócić do swego serca: roztargnienie wyjawia nam, do czego jesteśmy przywiązani, i pokorne uświadomienie sobie tego przed Panem powinno obudzić naszą miłość przede wszystkim do Niego przez zdecydowane ofiarowanie Mu naszego serca, by je oczyścił. Tu właśnie ma miejsce walka: chodzi o wybór Pana, któremu mamy służyć.

2730 Od strony pozytywnej walka przeciw naszemu zaborczemu i władczemu "ja" polega na czuwaniu, na prostocie serca. Gdy Jezus kładzie nacisk na potrzebę czuwania, chodzi zawsze o czuwanie w odniesieniu do Niego, do Jego Przyjścia w dniu ostatecznym i każdego dnia: "dzisiaj". Oblubieniec przychodzi pośród nocy; światłem, które nie powinno zgasnąć, jest światło wiary: "O Tobie mówi moje serce: <<Szukaj Jego oblicza>>" (Ps 27, 8).

2731 Inną trudnością, zwłaszcza dla tych, którzy chcą się modlić szczerze, jest oschłość. Jest ona elementem kontemplacji, gdy serce jest wyjałowione, nie znajdując upodobania w myślach, wspomnieniach i uczuciach, nawet duchowych. Jest to chwila czystej wiary, która wiernie trwa przy Jezusie w agonii i w grobie. "Jeżeli ziarno pszenicy obumrze, przynosi plon obfity" (J 12, 24). Jeśli oschłość pochodzi z braku korzeni, gdyż słowo padło na skałę, wówczas walka zależy od nawrócenia.

www.katechizm.opoka.org.pl/kkkIV-1-3.htm#o9kkkIV-1-3

------

Miałem to samo co ty. To straszne. Jeżeli mówimy modlitwe i zdarzy się nam pomyśleć o czymś innym ale jest to nieświadome to nasza modlitwa jest tak samo ważna jak by była wypowiedziana w pełnym skupieniu. Także o to się nie martw, nawet jak coś Ci przyjdzie do głowy, ale tego nie chcesz to nic się nie dzieje możesz odmawiać modlitwę dalej.

Jeżeli chodzi o Pacierz to powiem tak: nie ma spisu modlitw, jakie mamy odmawiać. Mogą to być formułki, ale nie muszą. Może to być po prostu zwykła rozmowa i nie musi być ona długa, chociaż może.

Kiedy podczas modlitwy występuje grzech?
Występuje on w ten czas, gdy liczymy czas dla Boga. My w czasie modlitwy mamy rozmawiać z Bogiem i wszystkie inne sprawy mamy ułożyć sobie tak, aby nam w w tej rozmowie nie przeszkodziły (oczywiście ich nie zaniedbując)

Wiem co teraz przechodzisz, bo przechodziłem to samo. Możliwy jest w takim zachowaniu, odczuwaniu, natarczywych myśli fanatyzm lub dręczenie przez szatana.
Takie dręczenia zniechęcają nas do Boga, bo na każdym kroku widzimy grzech. Ja to wszystko powierzyłem Matce Bożej i wszystko wróciło do normy.
Widząc we wszystkim grzech powinniśmy zwrócić się z prośbą do Pana Jezusa, aby nas w ten czas, gdy grzech jest naprawde napomniał. W innych sytuacjach(bez napomnienia) postępujemy dalej nie zastanawiając się.
Jeżeli będziesz maił jeszcze jakies wątpliwości to pisz. Jestem na tej stronie i odpowiadam na pytania, tylko podpisz się tak samo, abym wiedział że to ty.
Pozdrawiam

 Re: Modlitwa powinna być przyjemnością, a jest trudna.
Autor: R. Cantalamessa OFM (---.nyc.res.rr.com)
Data:   2017-01-11 22:38

Modlić się jak Jezus

Poznanie, w jaki sposób Duch modlił się w Mojżeszu, w Psalmach, w Jeremiaszu i w Hiobie, jest niewątpliwie rzeczą ważną, ale jeszcze ważniejsze wydaje się poznanie, jak modlił się On w Jezusie, bo to właśnie Duch Jezusa modli się teraz w nas "wołaniem bez słów".

W Jezusie w sposób doskonały zrealizowało się wewnętrzne przylgnięcie serca i całej istoty do Boga, które stanowi biblijny sekret modlitwy.

Ojciec zawsze wysłuchiwał Jezusa, ponieważ On zawsze czynił to, co się Ojcu podobało. "Moim pokarmem jest wypełnienie woli Tego, który Mnie posłał, oraz wykonanie wyznaczonego Mi dzieła" (J 4, 34). "Dziękuję Ci, Ojcze, że Mnie wysłuchałeś. Ja wiedziałem, że zawsze Mnie wysłuchujesz" (J 11, 42-43). "Był wysłuchiwany dzięki swej uległości" (por. Hbr 5, 7). Ponieważ człowiek prosi tylko o to, czego pragnie Bóg, dzieje się tak, że Bóg pragnie tego wszystkiego, o co prosi człowiek.

Ze słowa Bożego, które osiąga pełnię w życiu Jezusa, możemy zatem wyciągnąć naukę, że w modlitwie chodzi nie tyle o to, co się mówi, ile o to, kim się jest; nie o to, co ma się na ustach, lecz o to, co ma się w sercu. Modlitwa, tak jak działanie, "wynika z istoty". Nowość, jaką w życie modlitewne wnosi Duch Święty, polega właśnie na przekształcaniu "istnienia" modlącej się osoby.

Duch Święty powołuje do istnienia nowego człowieka, przyjaciela i sprzymierzeńca Boga, usuwając obłudne i wrogie Bogu serce niewolnika. Kiedy Duch Święty przybywa do człowieka, nie tylko uczy go, jak należy się modlić, ale sam modli się w nim; nie tylko mówi, co ma robić, lecz robi to razem z nim.

Duch nie uczy prawa modlitwy, lecz udziela łaski modlitwy. Owszem, poznajemy modlitwę na drodze zewnętrznej i analitycznej, kiedy staramy się naśladować postawę Abrahama, Mojżesza, Hioba i samego Jezusa, ale przede wszystkim umiejętność modlitwy jest w nas niejako "wlewana". I jest darem.

W odniesieniu do chrześcijańskiej modlitwy "dobra nowina" jest taka, że otrzymujemy samą jej istotę, która wynika z faktu, że: "Bóg wysłał do naszych serc Ducha swego Syna, który woła: Abba, Ojcze!" (Ga 4, 6).

Na tym właśnie polega modlenie się "w Duchu" czy też "przez Ducha" (por. Ef 6, 18; Jud 20). W modlitwie, jak zresztą wszędzie, Duch "nie mówi od siebie"; nie mówi rzeczy nowych i innych.
On wskrzesza i aktualizuje w sercach wierzących modlitwę Jezusa, który tak przedstawia Parakleta: "Będzie czerpał z tego, co moje, i będzie wam to głosił" (J 16, 14).

Weźmie moją modlitwę i przekaże ją wam. Na tej podstawie możemy z całym przekonaniem zawołać: "Modlę się już nie ja, ale Chrystus modli się we mnie!".

 Re: Modlitwa powinna być przyjemnością, a jest trudna.
Autor: Jan Konior SJ (---.nyc.res.rr.com)
Data:   2017-01-11 22:39

Cisza to najstarsza modlitwa świata.
ks. Jan Konior SJ

Cisza — to najstarsza modlitwa świata. Modlili się nią Mojżesz, Abraham, Jan Chrzciciel, Jezus i inni. Dzisiaj cisza jest luksusem, ponieważ zgiełk i gwar opanowały świat, który stał się targowiskiem hałasu.

Cisza zewnętrzna prowadzi do wewnętrznego uwrażliwienia na to, co stanowi istotę wszystkiego: obecność Boga w duszy. Cisza jest zwierciadłem duszy. Zamieszkuje w sercu człowieka i pozwala smakować w Bogu, który nawiedza duszę. Pozwala uważnie nadsłuchiwać natchnień Ducha Świętego i przyjmować Słowo, aby — jak pisze Benedykt XVI — stało sie Ono w nas formą życia (Verbum Domini, 27).

W ciszy potrzebna jest stymulacja. Jednym z jej źródeł jest aktywność wewnętrzna, związana z naszymi myślami, wyobraźnią i odczuciami. Cisza prowokuje i rozbudza aktywność wewnętrzną, którą należy ukierunkować na modlitwę jako źródło relacji z Bogiem. Wymaga to treningu, uczenia się umiejętności wchodzenia w świat wewnętrzny, dużego wysiłku. W modlitwie wewnętrznej trzeba wejść w swoje serce, otworzyć Ewangelię i „patrzeć” w oczy Jezusa, aż do całkowitego oddania się Jego Sercu. Najważniejsze, aby niczego Mu nie odmówić — jak powtarzała św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Modlitwa nie jest tylko po to, by odkrywać wolę Bożą, ale przede wszystkim po to, by całkowicie oddać się Jezusowi. Nie chodzi o poszukiwanie nowych światełek w tunelu, bo wtedy wykazujemy postawę egoistyczną — koncentrujemy się na swoim ego.

Nasza kultura nie sprzyja, niestety, rozwojowi życia wewnętrznego ani twórczości ducha. Bardziej promuje stymulację zewnętrzną — świat hałasu i elektronicznych przedmiotów zagłuszających umysł i serce. Gadżety, radio, telewizory, iPody, mp3, mp4 — kokon wrzawy i zamętu, dominacja rozrywki i przyjemności. Już Blaise Pascal zauważył, że Król bez rozrywki jest człowiekiem bardzo nieszczęśliwym, (...) czuje wówczas swoją nicość, opuszczenie, niewystarczalność, zależność, niemoc, swoją próżnię.

Cisza jest motorem do modlitwy, ponieważ spotkanie z Bogiem, który przemawia w szmerze łagodnego powiewu (por. 1 Krl 19, 12), może dokonać się tylko w ciszy. Jezus chce wyciszyć serce człowieka, wzburzone lękiem i bólem, tak jak rozkazał wodzie i wichrowi, by nastała głęboka cisza (Mk 4, 39). Służebnica Boża Catherine de Hueck Doherty, zastanawiając się nad odkrywaniem miłości Bożej w „pustyniach milczenia” w hałaśliwym mieście, notuje: Prawdziwa cisza jest językiem miłości, ponieważ tylko miłość zna piękno ciszy, jej pełnię i całkowitą radość. Prawdziwa cisza jest kluczem do bezgranicznego i płomiennego serca Boga.

Bóg nawiedza nas wtedy, kiedy On zechce. Ważne, abyśmy umieli rozpoznać czas łaski nawiedzenia. Może to być podczas modlitwy, choć częściej zdarza się w spotkaniu z drugim człowiekiem, podczas pracy, spaceru, ćwiczeń sportowych, czytania duchowego itd. Pozwólmy Bogu przejąć inicjatywę, ponieważ tylko jedna rzecz jest rzeczywista — pisze francuski kard. Congar — jedna jest rzecz prawdziwa: powierzyć się Bogu! W przeciwnym wypadku człowiek sam prowadzi swoje życie duchowe i w stożku hierarchii wartości on jest na pierwszym miejscu, a nie Bóg. Trafnie wyraził to św. Augustyn: Jeśli Bóg będzie na pierwszym miejscu, wszystko inne będzie na swoim miejscu. Modlitwa w ciszy jest konieczna, żeby Boga dopuścić do głosu, zawierzyć Mu się bezgranicznie, oddać się w Jego ręce tak, aby to On mógł nas prowadzić, On był stroną aktywną.

Modlitwa ustna nieraz jest ucieczką przed takim oddaniem się Bogu w ciszy swojego serca! Dlatego Jezus przypomina nam: Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem jest daleko ode Mnie (Mk 7, 6). A gdzie jest serce, tam jest i skarb twój. Wielu ludzi nie jest świadomych, że tu tkwi pułapka. Z drugiej strony zamilknięcie jest niebezpieczne dla ludzkiego ego, gdyż Bóg może zrobić z nami, co chce. A On jest nieobliczalny! Któż bowiem poznał myśl Pana, albo kto był Jego doradcą? Może dlatego modlitwa w ciszy jest tak mało popularna?

Nie jest prawdą, że wszystko jest modlitwą. Jezus — jak pamiętamy — modlił się na dwa sposoby: uczestniczył w modlitwie liturgicznej i kulcie (chodził do synagogi), ale też codziennie usuwał się na miejsce odosobnione lub na pustynię, aby rozmawiać z Ojcem. Podobnie i my potrzebujemy przebywania sam na sam z Bogiem. Jezus swoje nauczanie publiczne rozpoczął pustynią, postem i modlitwą, aby Jego misja wydała „stokrotny owoc”.

Aby nasze słowo miało swoją moc, powinno wypływać ze źródła Życia, Tego, który jest Życiem. Jeżeli do parafii ks. Jana Vianneya prości chłopi przychodzili po pracy na adorację, to dlatego, że on sam najpierw dał przykład swoją postawą. On patrzy na mnie, a ja na Niego — odpowiedział jeden z wieśniaków, pytany przez świątobliwego proboszcza, o czymże tak codziennie rozmawia z Panem Jezusem, nawiedzając Go w drodze do pracy i z pracy. Jakże prosta i zarazem najważniejsza odpowiedź. Spotkanie z uważnie słuchającym i uzdrawiającym Jezusem, kiedy serce człowieka słucha i mówi do Serca Jezusa. Potrzebna jest iskra Boża, aby zapalić ogień miłości, ponieważ w nasze serca wpisana jest miłość, która ma spotęgować pragnienie dotknięcia Niewidzialnego, w intymnej Bożej bliskości, jako głębi rzeczywistości.

Homo sapiens ma też najwznioślejszą misję duchową: objawienie sacrum i piękna, bo człowiek jest ikoną piękna, oblicza Niewidzialnego. Spotkanie z ciszą dokonuje się w zjednoczeniu z sacrum, czyli z przestrzenią, gdzie nie ma grzechu. Natomiast profanum oddziela od Boga. Cisza nieraz pomaga zagubionemu człowiekowi odnaleźć siebie w relacji do Stwórcy. W horyzontalnej historii człowiek słyszy wiele krzyczących głosów, gryzą się one i huczą, często w zniewalającej, narzucającej się reklamie. Dlatego potrzebny jest wymiar wertykalny ciszy: harmonia z Niewidzialnym, który staje się widzialnym w Osobie Jezusa. Potrzeba czujności serca, bo szatan zrobi wszystko, co w jego mocy, aby osłabić naszą czujność i odłożyć modlitwę na później.

Cisza jest środkiem nie tyle komunikacji, ile komunii. Regeneruje siły duchowe i psychiczne. Potrzebuje jej każdy z nas. Jan Paweł II w Christifideles laici zaznaczył, że nieważne do jakiego stanu należymy, wszyscy jesteśmy równi w Chrystusie i w pełni odpowiedzialni za misję Kościoła. Ludzie świeccy żyją pośród wszystkich razem i szczególnych spraw i obowiązków świata, w zwyczajnych warunkach życia rodzinnego i społecznego, z których niejako utkana jest ich egzystencja. Papież jasno mówi o życiu ludzi świeckich, żyjących w rodzinie, w społeczeństwie, w centrum świata — i ten niepokój świata spada na ich barki.

Warto pragnąć głębin, coraz bardziej formując swoje serce, naśladując Chrystusa. Potrzebujemy nie tyle obudzenia, ile przebudzenia, które jest wyjściem z naszego ego i wejściem w rzeczywistość Boga. Czy wypływamy na głębię? Duc in altum!

 Re: Modlitwa powinna być przyjemnością, a jest trudna.
Autor: Jacek Prusak SJ (---.nyc.res.rr.com)
Data:   2017-01-11 22:41

Modlitwa nie jest w twojej głowie
Jacek Prusak SJ

Napisano już wiele książek o chrześcijańskiej praktyce kontemplacji, ta jednak - podobnie jak jej poprzedniczka 'W krainę ciszy. Przewodnik po chrześcijańskiej praktyce kontemplacji' - ma w sobie coś szczególnego.

Prostota tej książki uwypukla jedynie głębię jej przesłania i łączy teorię z praktyką w sposób pokazujący, że jej autor to autentyczny nauczyciel modlitwy i "doktor duszy". Z pewnością ojciec Martin Laird zgodziłby się z wielkim rosyjskim pisarzem Lwem Tołstojem, który pisał: "Chrystus uczy ludzi, że jest w nich coś, co wznosi ich ponad to życie, z jego gonitwą, jego lękiem i pożądliwością. Ten, kto pojął naukę Chrystusa, ma takie samo uczucie jak ptak, który wcześniej nie wiedział, że ma skrzydła i nagle zrozumiał, że może latać, być wolny i nie potrzebuje się niczego lękać". Dlaczego jednak nasze doświadczenie modlitwy tak rzadko tę prawdę wyraża? Dlaczego tak często czujemy, że na modlitwie mamy raczej podcięte skrzydła i nie możemy oderwać się od ziemi?

Odwołując się do wielowiekowej tradycji chrześcijaństwa - świętych, mistyków, teologów oraz doświadczeń współczesnych ludzi - ojciec Laird podkreśla, że za naszym poczuciem oddzielenia od Boga bardziej niż błędna teologia stoi błędna psychologia. Nie chodzi mu o psychologię jako naukę, tylko nasze rozumienie myśli, uczuć i pragnień na modlitwie i o to, jak radzimy sobie z rozproszeniami, nudą i zranieniami. O tym, że trafia w dziesiątkę, powiedziałaby św. Teresa Wielka, która przez około 20 lat borykała się z oschłością na modlitwie wynikającą z niemożności poradzenia sobie z rozproszeniami. Dodałaby od razu, że nie jest to kwestia drugorzędna, bo doświadczenie tej bezsilności wobec "tyranii" umysłu sprawiło jej wiele cierpienia, doprowadziło do zaniechania modlitwy indywidualnej prawie na rok, oddaliło od Boga i przyprowadziło na skraj rozpaczy - stając się źródłem uczucia wielkiego lęku, który nazwała "początkiem pokusy Judasza".

Może - i dzięki Bogu! - nie jest nam dane tak dramatyczne doświadczenie rozproszeń na modlitwie, jednak błądzenie umysłu to nasz chleb powszedni. Jak pokazały badania na prawie pięciu tysiącach ochotników w różnym wieku, obserwowanych przez kilka tygodni, w jednym przypadku na dwa ich umysł oddawał się właśnie mentalnemu błądzeniu, a więc myśleniu o czymś innym niż aktywność, której się w tej chwili poświęcają. Zauważono, że im bardziej umysł błądzi, tym mniejsza jest szansa na odczuwanie szczęścia, oceniano bowiem także nastrój badanych. Stwierdzono również, że nawet jeśli emocje odczuwane w momentach, kiedy nasz umysł jest gdzie indziej, są przyjemne, nigdy nie są bardziej przyjemne niż wtedy, gdy pozostajemy skoncentrowani na tym, co robimy, nawet jeśli oddajemy się marzeniom o rzeczach miłych. Nie bez powodu autorzy tych badań doszli do wniosku, że "umysł, który błądzi, jest umysłem nieszczęśliwym" (M.A. Killingsworth, D.T. Gilbert, A Wandering Mind Is an Unhappy Mind, "Science", Vol. 330 (6006)/2010).

Genialna wskazówka angielskiego benedyktyna o. Johna Chapmana "módl się jak potrafisz i nie próbuj modlić się tak, jak nie potrafisz. Im mniej się modlisz, tym gorzej to idzie" musi być uzupełniona nauką o naturze rozproszeń. Natłok myśli i uczuć, o którym pisze ojciec Laird, jest dużym wyzwaniem dla każdego, kto chce się modlić nie tylko wtedy, kiedy ma na to ochotę. Większość z nas boi się własnych myśli i uczuć i czuje się z nimi niekomfortowo w sytuacji sam na sam. Okazuje się, że posiedzenie w pustym pokoju od sześciu do piętnastu minut i nierobienie niczego oprócz obserwowania swojego umysłu jest dla większości z nas doświadczeniem niekomfortowym do tego stopnia, że wolimy zajmować się czymś nieprzyjemnym. Mamy tak wielką awersję do tego, co chodzi nam po głowie, że wolimy doświadczyć fizycznego bólu niż psychicznego dyskomfortu. W tym badaniu aż 67 proc. mężczyzn i 25 proc. kobiet przynajmniej raz w ciągu 15 minut zaaplikowała sobie elektrowstrząs, chociaż przed badaniem każdy z jego uczestników zadeklarował, że nie ma ochoty na takie nieprzyjemne doświadczenie i był gotów nawet zapłacić, żeby uniknąć elektrowstrząsu (T.D. Wilson i in., Just think: The challenges of the disengaged mind, "Science", Vol. 345 (6192)/2014).

Na ścieżce kontemplacji, po której z prawdziwym mistrzostwem oprowadza nas amerykański augustianin, nie chodzi o to, żeby modlitwę sprowadzić do "gimnastyki umysłu", ale żeby odkryć głębię modlitwy, poszerzając horyzonty umysłu. Każdy, kto przeczyta tę książkę, zobaczy, że nie są to czcze obietnice. Na ścieżkach kontemplacji nie dążymy do tego, aby stać się jednym z Bogiem, tylko aby ową jedność rozpoznać i przyjąć. Głębia modlitwy jest łaską, a nie osiągnięciem - my jesteśmy jedynie proszeni o "miłosną uważność". Nauczymy się wtedy, że modlitwa nie dzieje się w głowie, ale w "sercu" i poczujemy się naprawdę wolni!

 Re: Modlitwa powinna być przyjemnością, a jest trudna.
Autor: Joyce Rupp OSM (---.nyc.res.rr.com)
Data:   2017-01-11 22:42

Pusta modlitwa
Joyce Rupp OSM

Są dni, a nawet dłuższe okresy, kiedy doświadczenie modlitwy okazuje się w większości żałosne, straszne i niepożądane.
Kiedy modlimy się życiem, obejmujemy części, które wolelibyśmy, by nie istniały. Nikt z nas nie chce doświadczać bólu, lecz nie zawsze potrafimy go uniknąć. Skoro każde doświadczenie życia dotyka naszej więzi z Bogiem, nie powinno nas trwożyć, kiedy pojawia się w niej smutek. Na przeżywanie przez nas modlitwy oddziałuje nasze ciało, umysł i duch. Jeśli zmagamy się z niedolami czy nieszczęściami jakiegokolwiek typu, możemy się spodziewać, że wpłynie to niekorzystnie na nasze doświadczenie modlitwy. Nikt nie chce czuć się pusty i bez życia, kiedy się modli, ale czasem nasza relacja z Bogiem wydaje się być jałową pustynią. Są dni, a nawet dłuższe okresy, kiedy doświadczenie modlitwy okazuje się w większości żałosne, straszne i niepożądane.
Ann Weems napisała Psalms of Lament, kiedy przeżywała żałobę po synu Toddzie, który popełnił samobójstwo. Podobnie jak w Psalmach hebrajskich wołała we wściekłości i udręce, lamentując nad niesprawiedliwością i poczuciem straty. Weszła w swój smutek i przeniosła poczucie pustki ze swego serca do modlitwy. Nie zaprzeczała swemu gniewowi, strapieniu i bólowi serca, ani nie usiłowała przykryć bólu fałszywymi uczuciami pobożności. Zrobiła natomiast to, co wielu przed nią w Piśmie Świętym - wypowiedziała swój ból i zaufała, że Bóg przyjmie jej zawodzenie z największą czułością. Zachęca też każdego, kto odczuwa ogrom straty, by zbliżyć się do Tego, który jest pełen miłosierdzia i "w głośnym jęku wykrzyczeć ból, który trawi nasze dusze".
Ponure czasy rzucają nam wyzwanie, by nadal mieć wiarę, iż Bóg będzie prowadzić nas przez niedolę obecnej sytuacji, że niezależnie od okoliczności, nie zrezygnujemy z Boga. Macrina Wiederkehr odwołuje się do tego zaufania w modlitwie w A Tree Full of Angels:
Ty, który podtrzymujesz życie... pozwól mi ufać także w ciemności mej własnej wiary, której energii dodaje moja miłość. Nawet gdyby moje oczekiwanie w ciemności miało być jedyną prawdą, jakiej kiedykolwiek posmakuję, i tak będę wierzyć... Oświecenie, które umożliwia mi mówienie, znajduję w czekaniu na Ciebie, mój Boże. Moje łzy i miłość przynaglają mnie, bym czekała pośród najciemniejszych nocy. Więc czekam i nigdy nie będę bez Ciebie.
Są takie okresy i sytuacje, kiedy jesteśmy zbyt słabi i pełni bólu, by wołać do Boga. Jest tak szczególnie w sytuacji, gdy ból fizyczny pochłania każdą chwilę i nie potrafimy zebrać siły mentalnej czy emocjonalnej, żeby skupić się na czymkolwiek. Kiedy tak się dzieje, inni mogą się modlić w naszym imieniu. Przypominam sobie odwiedziny u starszej siostry z mojego zgromadzenia, kiedy leżała w szpitalu. Była śmiertelnie chora, z trudem mówiła i poruszała się. Gdy usiadłam przy niej, wyszeptała mi swoje zmartwienie. Wcześniej odwiedził ją pewien kapłan - wyraziła troskę o to, że nie jest w stanie się modlić, ale on nalegał: "Ty też możesz się modlić". Nie wiem, co miał na myśli, lecz uwaga ta napełniła siostrę E. dręczącym poczuciem winy. Zapewniłam ją, że to naturalne, iż nie jest w stanie o niczym myśleć i nawet nie ma siły, by odmówić znaną na pamięć modlitwę czy różaniec. Zasugerowałam, iż jej modlitwą może być poddanie się niesionemu przez nią krzyżowi choroby oraz zaufanie, że Bóg zna jej sytuację i pragnienie jej serca. Obiecałam, że my, które ją kochamy, będziemy się modlić zamiast niej. Ta obietnica przyniosła jej uspokojenie.
Są dni, a nawet dłuższe okresy, kiedy doświadczenie modlitwy okazuje się w większości żałosne, straszne i niepożądane.
Thomas Merton dokonał pewnego wnikliwego spostrzeżenia, że kiedy uważamy swoją modlitwę za najgorszą, może ona faktycznie okazać się najlepsza, bowiem gdy znajdujemy się w opłakanym stanie, nie potrafimy być swoim własnym "bogiem". Nie ulegamy już złudzeniu, że to my wszystkim sterujemy. Kiedy przygniata nas ból, możemy jedynie rzucić się w ramiona Boga, ufając, iż otrzymamy miłosierdzie i siłę, by trwać. Oblężeni przez pustkę i posuchę, zamiast uciekać od tego, co boli i powoduje kłopot, mądrze zrobimy, idąc wraz ze swoją niedolą wprost w objęcia Świętego.

Rozważanie pochodzi z książki: Joyce Ruppe OSM, Modlitwa osobista

 Re: Modlitwa powinna być przyjemnością, a jest trudna.
Autor: Jim McDermott SJ (---.nyc.res.rr.com)
Data:   2017-01-11 22:43

Twój mózg na modlitwie
Jim McDermott SJ

Może ktoś nazwie takie moje zachowanie niezrozumiałym, zarezerwowanym wyłącznie dla osób zakonnych. Ale czy nie jest to sposób na kształtowanie naszego mózgu?
W zeszłym tygodniu ktoś podzielił się ze mną treścią ciekawego artykułu podejmującego temat szczęścia w ujęciu neurobiologii. Autor publikacji Steven Parton przypomina klasyczną zasadę, że "synapsy, które ze sobą oddziałują, dodatkowo się wzmacniają".
Innymi słowy, nasza reakcja na bodziec tworzy w naszym mózgu pewną drogę między synapsami. Im częściej powtarzana jest dana reakcja, tym mocniejsze stają się te połączenia.
Nasza odpowiedź na jakąś sytuację będzie więc podobna do tej, jaką do tej pory najczęściej wybieraliśmy. Steve Parton dodaje: "twoje myśli przekształcają twój mózg".
Autor artykułu twierdzi, że w neurobiologii odnalazł prostą ścieżkę do zwiększenia osobistego szczęścia i dobrostanu. Pyta czytelnika: "czy chcesz uwolnić się od lęków? Jeśli tak, to następnym razem, gdy znajdziesz się w stresującej sytuacji, zareaguj w nowy, spontaniczny sposób. Może to być śmiech lub nucenie znanej melodii".
Dodatkowa, wyjątkowa zdolność naszego mózgu to możliwość nieustannego zmieniania się i modelowania (podobnie jak plastelina). Nie ma znaczenia, jak wiele razy reagowaliśmy w dany sposób lub jak mocne są połączenia między dwiema synapsami. Nasz mózg wciąż pozostaje otwarty na tworzenie nowych połączeń.
A zatem, jeśli w momencie konfliktu wybierzesz uśmiech i otwartość zamiast postawy wojowniczej, twoje instynktowne reakcje mogą ulec zmianie.
Trzeba przyznać, że to wyjątkowa rzecz.
Refleksja ta prowadzi mnie do tematu modlitwy. Jedna z rzeczy, za którą szczególnie jestem Bogu wdzięczny jako jezuita, to możliwość pogłębionej relacji osobistej z Nim i poczucie, że On jest obecny w moim życiu jako przyjaciel. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie mam okresów trudniejszych, gdy wydaje się, że Bóg nagle zniknął z mojego życia.
Równocześnie, mówiąc o relacji, nie mam na myśli zwyczajnych ludzkich konwersacji. To raczej trwanie w ciszy, w której czuję, że On jest obecny pośrodku moich lęków i niepowodzeń.
Może ktoś nazwie takie moje zachowanie niezrozumiałym, zarezerwowanym wyłącznie dla osób zakonnych.
Ale czy nie jest to sposób na kształtowanie naszego mózgu? Ponad dwadzieścia lat codziennej modlitwy, coroczne rekolekcje, długie godziny wsłuchiwania się w głos Boga - wszystko to pozostawiło w mojej głowie głębokie ścieżki. U osoby, która modlitwę rozumie wyłącznie jako recytowanie formułek, ścieżki te mają odmienny kształt i w konsekwencji ich relacja z Bogiem wygląda inaczej.
Przypomnijmy raz jeszcze - nasz mózg ma zdolność nieustannego modelowania i zmiany. Osobista relacja z Bogiem nie wymaga jakiejś szczególnej pobożności lub wykształcenia. Potrzeba jedynie otwartości na nowe doświadczenia takie jak lektura Pisma Świętego w połączeniu z wyobraźnią, uważność na otaczający nas świat wraz z jego blaskami czy choćby pozostanie w cieniu i wsłuchiwanie się w swój oddech.
Zmagaj się, bądź cierpliwy, każdego dnia wsłuchuj się w głos Ducha Świętego. Tak czyniąc, "stopniowo i niepostrzeżenie", jak pisał Rainer Rilke, odnajdziesz upragnioną relację z Bogiem.

 Re: Modlitwa powinna być przyjemnością, a jest trudna.
Autor: Martin Laird OSA (---.nyc.res.rr.com)
Data:   2017-01-11 22:44

3 znaki, że twoja modlitwa zbliża cię do Boga
Martin Laird OSA

Nie zawsze potrafimy modlić się w taki sposób, który nam się podoba i który nas pociąga. Św. Jan od Krzyża podpowiada jak modlić się, żeby zbudować silną relację z Bogiem.
Kiedy nasze życie modlitewne zaczyna ograniczać się do prostoty kontemplacji, jedną z pierwszych rzeczy, jaka się pojawia, jest stwierdzenie, że nie potrafimy się modlić w sposób, który nas pociąga i do którego jesteśmy przyzwyczajeni.
Święty Jan od Krzyża identyfikuje trzy znaki, które wskazują, że życie modlitewne jakiejś osoby zaczyna się upraszczać i przybierać formę kontemplacji.

1. "Pierwszym znakiem jest stan, w którym człowiek nie może już rozmyślać ani posługiwać się wyobraźnią. Nie ma w tym również upodobania, jak to było poprzednio, lecz raczej znajduje oschłość w tym, co pierwej zasilało zmysł i potęgowało upodobanie".

Słowem "rozmyślać" święty określa każdą formę modlitwy, która wymaga dużej ilości aktywności umysłowej, refleksji, odprawiania nabożeństw, wyobrażania sobie scen biblijnych, odmawiania ustalonych modlitw - wszystko, co wykonuje myślący umysł. Wcześniej te formy modlitwy w zasadniczy sposób przyczyniły się do zbudowania silnej relacji z Bogiem i stworzenia dobrych nawyków regularnej modlitwy, ale o ile przedtem podnosiły nas na duchu, teraz zaczynają nas przygniatać.

Nie powinno się nam to wydawać osobliwe. Każdy ogrodnik wie, jak ważne jest odpowiednie podlewanie młodych sadzonek. Jeśli podleje się je za dużo, mogą nawet całkiem nieźle wyglądać, ale z powodu częstego podlewania ich korzenie nie rozwijają się prawidłowo, ponieważ nie muszą zagłębiać się w ziemię w poszukiwaniu wody, gdyż jest im ona dostarczana na powierzchni. Właśnie dlatego, po okresie intensywnego podlewania na początku, ogrodnik później je ogranicza. Wysuszenie zmusza roślinę do zapuszczenia korzeni głębiej w glebę w poszukiwaniu bardziej pewnego, choć mniej obfitego źródła. Roślina staje się przez to silniejsza w walce z chorobami i brakiem wody.

Święty Jan od Krzyża postrzega tę niezdolność do modlitwy jako oznakę wzrostu. Gdy zasmakowało się "już w rzeczach duchowych i z pewną siłą i trwałością ustaliło się w nich, natychmiast zaczyna Bóg - jak to mówią - odłączać duszę od piersi i wprowadzać ją w stan kontemplacji". Zdaniem św. Jana niezdolność do modlenia się tak jak poprzednio jest naturalną reakcją na pokarm, którego dostarcza nam modlitwa.

2. Drugim znakiem, że modlitwa się rozwija, jest to, że nie tylko nie potrafimy się modlić w sposób dyskursywny tak jak kiedyś, ale także czujemy niechęć do takiej modlitwy. Uświadamiamy sobie - mówi święty - że "nie ma żadnej chęci do zajmowania wyobraźni ani zmysłów innymi rzeczami szczegółowymi, tak zewnętrznymi, jak wewnętrznymi". Jak jednak podkreśla, oznaką wzrostu nie jest jedynie to, że w danym dniu źle się nam modli albo nie mamy ochoty na modlitwę. Święty Jan od Krzyża zakłada, że naszą modlitwę, tak jak modlitwę Margaret, cechuje oddanie i konsekwencja.
Niechęć do modlitwy nie jest lenistwem, ale czymś, co zdarza się w trakcie konsekwentnej, zaangażowanej modlitwy i jest oznaką coraz dojrzalszego uproszczenia.

3. Trzeci znak, według św. Jana "najpewniejszy", "jest wtedy, gdy dusza podoba sobie jedynie w trwaniu przy Bogu z miłosną uwagą", zamiast odprawiania nabożeństw i odmawiania modlitw, które były charakterystyczne dla wcześniejszego okresu. Upodobanie do samotności i wybieranie jej jest wyróżniającą cechą życia modlitewnego samego Jezusa. W Ewangeliach Jezus stale usuwa się na miejsca pustynne, by obcować z Ojcem (Łk 5,16). Samotność ta jest zupełnym przeciwieństwem odosobnienia.

W rzeczywistości nie ma więcej wspólnego z pragnieniem bycia samemu niż z chęcią wspięcia się na szczyt góry, ponieważ zmęczyły nas równiny. Ludzie wybierają się w góry nie dlatego, że nie akceptują równin, ale dlatego że góry jako takie ich pociągają. W tradycji chrześcijańskiej autentyczne upodobanie do samotności jest rozumiane jako powołanie, sposób odpowiadania na upodobanie w Bogu. Chociaż niektóre osoby doświadczają tego mocniej niż inne, jest ono głęboko eklezjalne, to znaczy głęboko zakorzenione we wspólnocie tych, którzy prawdziwie poszukują Boga. Powołanie do samotności nie jest powołaniem do osamotnienia, ale do bycia z Bogiem, a samotne obcowanie z Bogiem jest jednocześnie solidarnością z całym stworzeniem.

Znakomitym przykładem tej eklezjalnej samotności jest postać św. Antoniego Wielkiego, zwanego ojcem pustelników. Uświadamia on sobie głębokie upodobanie do samotności w odpowiedzi na usłyszaną w kościele Ewangelię. Tę nieodłączną harmonię pomiędzy samotnością a wspólnotą najbardziej zwięźle wyraził chyba Dietrich Bonhoe?er: "Kto nie może być sam, powinien się strzec wspólnoty. Kto nie tkwi we wspólnocie, ten niech strzeże się przed samotnością". Samotność jest wyrazem żywotnego poczucia solidarności z wszystkimi ludźmi i reakcją na nie. To coś zupełnie innego niż bycie samemu tylko dlatego, że nie znosimy innych ludzi lub nie potrafi my pogodzić się z życiem w jego obecnym kształcie.

Bóg wie, że znamy takie sytuacje, ale to nie jest samotność, Chrystusowy znak, że nasza modlitwa zaczyna odkopywać Królestwo teraźniejszości i poszerzać naszą zdolność do współczucia. Święty Jan od Krzyża nie uważa również, że to upodobanie do samotności jest zarezerwowane tylko dla zakonników i zakonnic. Żywy płomień miłości, dzieło, które o tym traktuje, zostało napisane dla osoby świeckiej, Any de Penalosa. Niewiele wiemy na temat rozwoju jej życia modlitewnego.

* * *

Fragment pochodzi z książki Martina Lairda OSA "Głębia serca".

 Re: Modlitwa powinna być przyjemnością, a jest trudna.
Autor: Martin Laird OSA (---.nyc.res.rr.com)
Data:   2017-01-11 22:45

Co robić, gdy modlitwa staje się nudna?
Martin Laird OSA

Codzienne powtarzanie tych samych formuł i zbyt duża ilość wypowiadanych słów sprawia, że modlitwa staje się nudna. Do tego masz poczucie, że stoisz w miejscu, a wszystkie prośby są bez sensu. Dlaczego tak się dzieje? Dowiedz się, co robić w takiej sytuacji.
Przełożoną klasztoru w Crewe modlitwa najwyraźniej nudziła. Owa przełożona to główna, trochę przerysowana bohaterka powieści Muriel Spark Przeorysza z Crewe. Postać ta miała nie tylko kosztowne upodobania, ale również osobliwe podejście do modlitwy.
Kiedy razem z całą wspólnotą zbierała się na przewidziane regułą modlitwy psalmami po łacinie, przeorysza recytowała w duchu wersy angielskiej poezji. Faktycznie można czerpać z poezji wiele wartości. Mimo to rodzi się pytanie: Co się działo z przeoryszą, skoro psalmy nie były już dla niej strawą duchową, a przypuszczalnie były nią wcześniej? Czy codzienne modlitwy zaczynały ją nudzić?
W swej zachwycającej powieści o politycznych intrygach i fałszowaniu wyborów Muriel Spark nie zajmuje się tą kwestią. Jednak pytanie to zwraca uwagę na coś bardzo ważnego na drodze duchowej. Co mamy robić, kiedy sposób modlitwy, który kiedyś dawał nam dużo satysfakcji, był ożywczy i pełen żaru, teraz wydaje się nieciekawy, nudny, daremny i paraliżująco niezadowalający? To nie jest prosta sprawa.
Bez względu na to, czym się zajmujemy, jeśli modlitwa stanowi integrujący element naszego życia, powyższa sytuacja może być dla nas trudna, może się nam wydawać, że nasze życie modlitewne przepadło, a nawet że przepadła nasza droga życiowa. Jakkolwiek by było, są w życiu duchowym ważne momenty, kiedy wydaje się, że wyciekła z niego cała esencja, a nasze życie modlitewne wyparowało.
Często skłania nas to do szukania jakiejś innej formy modlitwy, która nas bardziej pobudzi, dostarczy nam więcej podniet, czegoś, co zahamuje tę przejściową nudę. Wiele, a nawet bardzo wiele osób, kiedy napotyka mur nudy, w ogóle przestaje się modlić. Przeorysza z Crewe po prostu radziła sobie, jak umiała.
Jednak jeśli jej życie modlitewne - a w zasadzie, życie modlitewne każdego z nas - miałoby się pogłębić, odczuwanie znudzenia formami modlitwy opartej na dużej ilości słów i wysiłku umysłowym, a nawet przejmujące poczucie bezsensu modlitwy to często oznaka, że modlitwa ulega pogłębieniu poprzez swego rodzaju pozytywną dezintegrację. Niczym kompost modlitwa rozkłada się na materię użyźniającą życie wokół niej.
Modlitwa osiąga dojrzałość bardziej w procesie rozkładania niż zdobywania sprawności duchowej. To uproszczenie przez jakiś czas (niewykluczone, że całkiem długi) może sprawiać wrażenie, jakbyśmy się cofali lub co gorsza w ogóle nigdzie nie szli. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego modlitwę nęka nuda? Co złego jest w tym, by dzień w dzień doświadczać pobudzenia i żyć na pełnych obrotach?
Przyczyną jałowości na modlitwie nie jest jej nagła śmierć. Jałowość daje o sobie znać przez dłuższy lub krótszy czas, kiedy nasze życie modlitewne się pogłębia, a charakter i dynamika modlitwy zaczynają się zmieniać. Pięć naszych zmysłów wraz z dyskursywnym (myślącym) umysłem zajmuje się obiektami (czy to konceptualnymi, czy materialnymi) i jest podatne oraz zaabsorbowane czuciem, myśleniem, dostrzeganiem, mówieniem, pobudzeniem i reakcją.
Jednak Bóg nie jest obiektem tak, jak obiektami są rzeczy. Boga nie można pojąć tak, jak pojmujemy rzeczy poprzez normalne poznawanie i postrzeganie. Zmysły muszą nauczyć się trwać w wyciszeniu, byśmy mogli zatopić się w Bożym ruchu głęboko w nas, których "granice są granicami Boga" - jak ujmuje to R.S. Thomas. Ponieważ jednak jesteśmy przyzwyczajeni do ogromnej ilości pobudzeń, wejście na głębsze poziomy wyciszenia zwykle odbierane jest jako nuda lub utrata czegoś, co naszym zdaniem powinno tam być.
Z czasem, jeśli pozostaniemy wytrwali, wyciszenie będzie odbierane inaczej - nie jako nuda, ale jako swobodnie płynący bezmiar i wyzwalający spokój, który nie ma przeciwieństwa, a więc obejmuje wszystkie przeciwieństwa, zarówno nudę, jak i żarliwość. W tej krainie ciszy uczymy się stopniowo postępować "według wiary, a nie dzięki widzeniu" (2 Kor 5,7).
W Wyznaniach św. Augustyn wypowiada się na temat znaczenia Zmartwychwstania i Wniebowstąpienia Chrystusa: Chrystus, "Życie nasze (…) zniknęło z naszych oczu, abyśmy zwrócili się do naszych serc i tam Je odnaleźli". Serce, rozumiane tu nie jako nasze myśli i uczucia, ale jako najskrytsze głębiny naszej osoby, będące podstawą myśli i uczuć, nasze rozumne centrum, jest miejscem spotkania z Bogiem.
Sam fakt, że zmartwychwstały Chrystus nie jest dostępny dla zmysłów tak jak Jezus historyczny, nie oznacza nieobecności, ale przyciąga nas do Obecności, która jest głębsza, niż możemy pojąć siłami rozumu i wyobraźni, i w której raduje się nasze serce. Jak podkreśla św. Augustyn, "Bóg mówi w wielkiej ciszy serca". Kiedy modlitwę zbudowaną na trwałym fundamencie miłości Boga i bliźniego nęka nuda, to znak, że zmysły przechodzą od prób pojęcia Boga jako obiektu do stanu głębokiego wyciszenia, które raczej przyjmuje z otwartością niż kurczowo chwyta.
Gdy modlitwa ulega pogłębieniu, na plan pierwszy wysuwa się kilka spraw. Modlitwa staje się coraz mniej czymś, co robimy i o czym myślimy, a bardziej kwestią po prostu bycia (to sformułowanie zaczyna mieć praktyczny sens). Jak mówi anonimowy autor Listu z poufną radą, to kwestia "nie tego, czym jesteś, ale że jesteś". Jednocześnie rola, jaką odgrywa dyskursywny lub myślący umysł, zaczyna się zmieniać.
Jesteśmy pociągani coraz głębiej w relację z tym, czego nasze zmysły nie są w stanie uchwycić, tak jak gąbka nie jest w stanie uchwycić oceanu, chociaż cały jej organizm przesycony jest oceanem i wydaje się nim być w równym stopniu co samym sobą. Gdy coraz bardziej zanurzamy się w głębiny, budzą się inne aspekty umysłu, to, co teologia starożytna nazywa "kwiatem umysłu" lub "iskrą duszy".
Powierzchowne aspekty umysłu odgrywają mniej dominującą rolę i pozostają skupione na tym, co czujemy na modlitwie, pytając na przykład: "Czy dobrze się modlę?" lub "Czy dobrze to robię?". Nuda zarówno sygnalizuje, jak i ułatwia przejście, zmianę warty. Modlitwa nie zadowala się pozostawaniem w gałęziach naszych umysłów wraz z wszystkimi innymi rzeczami, o których myślimy; posuwa się w dół przez gałęzie, po pniu, do korzeni, tam, gdzie jest jednym z Podstawą wszystkiego.
Stopniowo (czasami niechętnie) uczymy się być sługami tego procesu, nie tyle przez rezygnację z myśli (które często nie dają nam spokoju), ile przez głębsze zanurzenie się w naszej praktyce kontemplacji. Jednak myśli również wskazują na tę Podstawę, wypływają z niej i ją ukazują. Niepotrzebna nam świadomość modlitwy. Już jesteśmy modlitwą.

* * *

Fragment pochodzi z książki Martina Lairda OSA "Głębia serca"

 Re: Modlitwa powinna być przyjemnością, a jest trudna.
Autor: Martin Laird OSA (---.nyc.res.rr.com)
Data:   2017-01-11 22:46

Skuteczny sposób, by modlić się w ciszy
Martin Laird OSA

Często zdarza się tak, że podczas modlitwy, doświadczamy wszystkiego tylko nie ciszy. W głowie pojawia się nagle hałas i tysiące różnych myśli. Jak nad tym zapanować?

Podstawy są proste. Siadamy i przyjmujemy stałą, wyprostowaną postawę. Grzegorz z Synaju zaleca siedzenie na "niskim stołku". Obecnie nazywamy go ławeczką modlitewną, którą - klęcząc - ustawiamy z tyłu nas, nad łydkami, a następnie siadamy na niej z prostymi, ale nie sztywnymi, plecami. Ławeczka jest nachylona pod kątem korzystnym dla naturalnej krzywizny kręgosłupa i sprzyja zachowaniu stabilnej, czujnej postawy.

Te ławeczki są dość popularne, łatwo je znaleźć w Internecie, ale nie są tanie. Inni preferują poduszkę do medytacji. Większość woli jednak siedzieć na zwykłym krześle. W każdym razie pewna, stabilna postawa ciała pomaga modlitwie poprzez solidne, czujne, trzypunktowe podparcie. Fizyczny bezruch ciała sprzyja wewnętrznemu spokojowi, czujności i wyciszeniu. Spokojnie powtarzaj słowo modlitwy, łącząc je z oddechem.

Jeśli słowo modlitwy składa się z więcej niż jednej sylaby czy słowa (jak "Jezus", "Abba" lub "Jezu Chryste, Synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną"), na pierwszej sylabie (lub grupie słów) robimy wdech, a na drugiej sylabie (lub grupie słów) wydech. Podczas modlitwy (zazwyczaj przynajmniej przez dwadzieścia - dwadzieścia pięć minut dwa razy dziennie) całkowicie poświęcamy swoją uwagę temu spokojnemu powtarzaniu.

Kiedy tylko zauważymy, że ulegliśmy rozproszeniu, skupiamy uwagę z powrotem na słowie modlitwy złączonym z oddechem, "nieustająco oddychając imieniem Jezusa Chrystusa". Podstawowe zalecenie w praktyce kontemplacji pozostaje zasadniczo takie samo przez cały okres jej stosowania: kiedy zorientujemy się, że nasza uwaga została rozproszona, zwracamy ją z powrotem ku słowu modlitwy połączonemu z oddechem. Nie należy siedzieć, starając się nie myśleć o niczym lub myśleć tylko o pewnych sprawach.

Jak to ujęła św. Teresa z Ávili wieki temu, "wyobraźnia, skutkiem takiego przymuszania jej, by nie myślała o niczym, tym bardziej jeszcze staje się niespokojna (…), usilne przymuszanie siebie, aby nie myśleć o niczym, tym bardziej może podrażnić umysł i wyobraźnię i spotęgować natłok myśli". Nie odpychamy też myśli, próbując wytworzyć tępą pustkę. Natomiast kiedy tylko stwierdzimy, że nasza uwaga została odciągnięta od naszej praktyki, staramy się po prostu zwrócić ją z powrotem ku niej. Wyzwaniem jest prostota tej metody.

Praktyka wielokrotnego ponownego zwracania na coś uwagi stwarza to, co nazywamy habitus albo nawyk, wewnętrzny impet, który stopniowo rozkopuje chwilę obecną, odkrywając z czasem wyciszenie znajdujące się w nas niczym zakopany skarb. Na wcześniejszych etapach tej praktyki zazwyczaj mamy niewielkie poczucie nieprzemijającego zanurzenia w Ciszy. Kiedy staramy się milczeć, doświadczamy raczej wszystkiego, tylko nie ciszy. Ten wewnętrzny hałas powstaje za sprawą głęboko zakorzenionej tendencji wzmacnianej przez całe życie, by w myślach i uczuciach znajdować poczucie naszej tożsamości i sensu życia.

Spoglądamy w głąb siebie i autentycznie myślimy, że jesteśmy naszymi myślami i uczuciami. Gdyby nasze myśli i uczucia były plątaniną winnych gałęzi i latorośli, powiedzielibyśmy, że jesteśmy w samym ich środku. W gruncie rzeczy moglibyśmy nawet powiedzieć, że jesteśmy tą plątaniną. Czasami wydaje się, że to nie nasza uwaga tak łatwo się rozprasza, ale że wieje silny przeciwny wiatr, który nie pozwala naszej uwadze skupić się na słowie modlitwy.

Bez względu na nasze doświadczenia praktyka pozostaje taka sama - łagodnie nakierować uwagę z powrotem na słowo modlitwy złączone z oddechem. Podstawowa umiejętność, jakiej się uczymy u progu praktykowania kontemplacji, to powracanie do słowa modlitwy zamiast wdawanie się w reaktywne wewnętrzne komentowanie rozproszeń.

Z powodu naszej niemal całkowitej identyfikacji z myślami mamy silną tendencję do przeżywania życia w sposób reaktywny. To wywołuje wewnętrzny hałas i alienuje nas od prostego doświadczenia myśli i uczuć. Doświadczamy natomiast reaktywnych komentarzy na ich temat. Zdolność do przyjmowania z wyciszeniem wszystkiego, co pojawia się i znika w świadomości, stopniowo (bardzo stopniowo) będzie zajmować miejsce tego głęboko zakorzenionego schematu reagowania na doświadczenia wewnętrznym komentarzem.

Życie reaktywne jest wzmacniane przez nagłe napady gadania, gadania, gadania do siebie o życiu i miłości, i o tym, jak wszyscy powinni się zachowywać i na kogo głosować. Ten jazgotliwy gwar sprawia, że nasza uwaga koncentruje się i identyfikuje z obiektami, które pojawiają się w naszym umyśle. Regularnie ćwicząc, z upływem czasu, na który nie mamy wpływu, nasza praktyka kontemplacji zacznie się zmieniać. Gdy nasza praktyka się pogłębia, myśli i uczucia nadal przychodzą i odchodzą, ale zmienia się nasz stosunek do nich.

Wnioski
Praktyka kontemplacji ucisza hałas, który trwa w naszej głowie, i pozwala rozwijać się wewnętrznej ciszy. Ta powiększająca się w nas wewnętrzna cisza jest szeroką i żyzną deltą, która obejmuje błoto, trzciny i sitowie wszelkiego dźwięku, czy to zachwycającego, czy destrukcyjnego.

Jednak na początku praktyka kontemplacji może wydawać się nam irytująco niezdarna; na początku będziemy reagować na wszystko, co jest w środku i na zewnątrz. Chociaż cisza wewnętrzna nas pociąga, kiedy zwracamy się do wewnątrz, napotykamy silny przeciwny wiatr rozproszeń.

Charakterystyczną, dominującą tendencją jest utożsamianie się z tymi myślami - uważamy, że tymi myślami i uczuciami jesteśmy. Myśli najwyraźniej są na tyle poważną przeszkodą w osiągnięciu pokoju, że angażują nas i wciągają. Jednak stopniowo nasza praktyka kontemplacji zaczyna się zakorzeniać.

Uczymy się, że praktyka, jak to ujmuje autor Obłoku niewiedzy, będzie nam "tarczą i włócznią", skutecznie chroniąc nas przed pułapkami rozproszeń. Stopniowo dowiadujemy się, że nie jesteśmy owymi przychodzącymi i odchodzącymi myślami i uczuciami, jak nie jesteśmy przychodzącą i odchodzącą pogodą. Możemy preferować pewien typ pogody, ale tą pogodą nie jesteśmy. Kiedy słowo modlitwy staje się naszą drugą naturą, staje się czymś więcej niż tarczą, włócznią czy miejscem schronienia - staje się nieustannie płynącą wewnętrzną przestrzenią, w której "żyjemy, poruszamy się i jesteśmy" (Dz 17,28).

Dlatego nie musimy uciekać od okoliczności naszego życia czy od naszych myśli i uczuć (chociaż wolno nam tak uczynić, jeśli zdrowy rozsądek tak podpowiada). Myśli i uczucia dla tego rozległego przepływu są przepuszczalne; one także ukazują ciszę, której poszukujemy. Jednak na wczesnych etapach praktyki tego prostego faktu nie dostrzegamy.

Hałaśliwy komentarz na temat naszych myśli i uczuć, na temat życia w ogóle stwarza poczucie tamowania tego przepływu, jak również wewnętrzne uczucie mocnego, reaktywnego napięcia i niepokoju. Praktyka kontemplacji stopniowo rozluźnia to napięcie, ukazując życie jako świetlisty przepływ. Nawet myśli i uczucia, które wcześniej były najbardziej rozpraszającymi przeszkodami dla spokoju wewnętrznego, teraz jawią się jako jego narzędzia.

Rozproszenie jest związane z tym teatralnym komentarzem, a nie ze zwykłą obecnością lub nieobecnością myśli i uczuć. Bez względu na to, czy musimy jeszcze korzystać z jasno sprecyzowanego słowa modlitwy, czy nie, nasza praktyka kontemplacji jest po prostu świetlistym bezmiarem. Tym, co ogląda ten płynący bezmiar, jest również świetlisty bezmiar. Próg naszej własnej głębi wiodącej ku głębi Chrystusa jest jednocześnie progiem głębi Chrystusa wiodącej ku naszej głębi. Jeden próg, jedne drzwi.

Przechodzimy przez te drzwi, jednak są one właśnie tą pełnią, która czyni nasze poszukiwanie niepotrzebnym. Tajemnica Boga, którego szukamy, krąży przez nas i w nas w stale poruszającym się spoczynku. Chrystus objawia Boga zarówno jako drzwi, jak i wejście, zarówno jako szukającego, jak i szukanego. Pomimo tylu naszych prób i usiłowań poradzenia sobie z zagadkami i drzwiami ciszy praktyka kontemplacji nie udzieli daru kontemplacji, tak jak najbardziej wytrawny żeglarz nie może zmusić wiatru, by powiał.

Jednak bez umiejętności żeglowania podróż morska byłaby lekkomyślnością. Kontemplatyk, którego umiejętności są wyćwiczone podczas burz i trudności tej drogi, odkrywa radość z tego, że chociaż nigdy nie jesteśmy w stanie pojąć Boga - On mimo to nie czyni nic innego, jak tylko łaskawie nas obdarza, ugruntowuje i obejmuje. Taka jest natura Bożej prostoty.

 Re: Modlitwa powinna być przyjemnością, a jest trudna.
Autor: kard. Luis Tagle (---.nyc.res.rr.com)
Data:   2017-01-11 22:46

To są warunki dobrej modlitwy
kard. Luis Tagle

Modlitwa w Duchu wymaga od nas przede wszystkim pragnienia spotkania Boga. Możemy być hojni na modlitwie jedynie wówczas, gdy gorąco pragniemy spotkać się z Bogiem.
Zacznijmy zatem od modlitwy o owo głębokie pragnienie widzenia Boga, wiedząc, że już ono samo jest owocem Ducha. To dobry początek; jak pisze święty Paweł, "nie umiemy się modlić tak, jak trzeba" (Rz 8, 26). To Duch wprowadza nas w modlitwę i budzi w nas jej głębokie pragnienie.
Teolog Wilkie Au opowiada historię o uczniu, który prosił mistrza, by go nauczył się modlić. Mistrz zaprowadził ucznia na płytki brzeg rzeki i zanurzył głowę chłopca w wodzie. (Prawdopodobnie uczeń pomyślał sobie, że jest to jedna z technik skupiania uwagi, używanych podczas zajęć szkolnych). Mistrz trzymał głowę ucznia pod wodą tak długo, dopóki nie zaczął się wyrywać; dopiero wtedy go puścił. Chłopiec był zdumiony: prosił przecież mistrza o to, by go nauczył się modlić, a nie o to, by próbował go zabić.
Wówczas mistrz udzielił mu pierwszej lekcji modlitwy. Rzekł mu: "Jeśli twoje pragnienie modlitwy nie będzie tak proste i jednoznaczne, jak twoje pragnienie powietrza, nie nauczysz się modlić". Dlatego, ucząc się modlitwy, powinniśmy najpierw nauczyć się z całego serca pragnąć spotkania z Bogiem.
Ludzie, którzy bardzo angażują się w posługę, zawsze znajdują sobie wymówki zwalniające ich z modlitwy. My, księża, jesteśmy często tak zajęci, że nie wiem, jak wielu z nas ma jeszcze ochotę się modlić. Obowiązki duszpasterskie nie pozostawiają nam nieraz zbyt wiele czasu na pozostawanie w samotności. Ogromnie złości mnie, gdy ludzie znajdują czas, by iść do supermarketu, do teatru, kina czy restauracji, a nie znajdują dość czasu na kontemplację.

Czemu potrafią znaleźć czas na te powszednie rozrywki i zajęcia, a wymawiają się od modlitwy?
Być może brak im nie tyle czasu, ile raczej chęci. Tak jest w przypadku wielu z nas. Dzieje się tak w rodzinach; podobnie jest też z młodzieżą, która znajduje czas na wiele zajęć z wyjątkiem kultu i modlitwy. Powinniśmy zatem modlić się, by dar Ducha Świętego doprowadził nas do modlitwy. Bez tego daru nasze wysiłki będą sporadyczne, rutynowe i krótkotrwałe. Modlitwa zależy od intensywności obecnego w każdym z nas pragnienia spotkania Boga, pragnienia, które rozpala w nas Duch, stabilizując nasze życie modlitwy.
Drugim warunkiem modlitwy jest pokora. Bez pokory nie poznamy Ducha. Wspomniałem już, że pokora to postawa, w której pozwalamy Bogu być Bogiem. Pokora wymaga od nas, byśmy zrezygnowali z naszego dążenia do panowania nad wszystkim. Ci z nas - wyświęceni i niewyświęceni - którzy sprawują posługi duszpasterskie, przyzwyczajeni są do komenderowania. Potrafimy znakomicie planować, zarządzać, administrować i realizować własne wizje; jesteśmy zawsze gotowi do zmieniania świata.
Przychodzi jednak czas, gdy musimy puścić stery i pozwolić Bogu być Bogiem. Sekret polega na tym, by umieć poddać się powiewom Ducha. Rozumiana w ten sposób pokora nie jest biernością, lecz gotowością do działania w harmonii z Bogiem, oddania się do dyspozycji Bogu, służenia Mu. Nie powinno nas zatem dziwić, że ludzie pokorni potrafią niekiedy działać z ogromną determinacją, okazując wielką siłę woli.
W pokorze powinniśmy zatem starać się na modlitwie dążyć do transparencji, do stawania przed Panem takimi, jakimi jesteśmy. Gdy modląc się, oczekujemy przyjścia Ducha, odsłońmy nasze prawdziwe "ja", nasze zranienia, zmęczenie, ból i troski. Zrezygnujmy z "ja", którym chcielibyśmy być, z pseudojaźni, którą sobie skonstruowaliśmy. Mamy przecież spotkać się z Duchem Prawdy; módlmy się więc o dar przejrzystości w obliczu Boga.
Na modlitwie potrzeba nam też oczywiście dyscypliny ciszy. Starajmy się nie o tę groźną ciszę, która zapada pomiędzy ludźmi nieodzywającymi się do siebie z gniewu. Z doświadczeń rekolekcyjnych wiem, że czasem narzucenie ludziom ciszy jest dość łatwe, gdyż w swym codziennym życiu często unikają kontaktów z bliźnimi, do których są wrogo nastawieni. Cisza nie jest dla nich zatem niczym nowym; jest to jednak najbardziej hałaśliwy rodzaj ciszy, nie ten, którym żywi się modlitwa i który wypełnia modlitwę.
Cisza jest gotowością oczekiwania, wsłuchiwania się w powiew nadchodzącego Ducha. Ludzie karmiący się prawdziwą ciszą stają się bardziej wrażliwi na innych i ich potrzeby. Stają się "sercem" wspólnoty. Bez ciszy nie zdołamy poczuć poruszeń Ducha w naszych sercach, w sercach innych ludzi i w zgiełku świata. Kto nauczy się ciszy na modlitwie, będzie umiał skutecznie rozeznać i odczytać działanie Ducha w historii Kościoła, świata, a także w swym własnym życiu.

* * *

Modlitwa tworzy wspólnotę. Prawdziwa wspólnota trwa na modlitwie. Modlitwa jest szkołą życia wspólnotowego. Poprzez modlitwę w Duchu nawiązujemy kontakt z naszym prawdziwym "ja", otwierając się na większą od nas Tajemnicę. Modlitwa to sposób trwania w harmonii z Bogiem i życia zgodnie z Bożą wolą. Owocem modlitwy jest człowiek, który kocha. Nieporządek, jaki widzimy w świecie, bierze się z rozpaczliwego wysiłku odrzucania prawdy.
Wypracowaliśmy wyrafinowane metody maskowania zła i wytwarzania wirtualnej rzeczywistości, która staje się normą prawdy. Nieomal wszystkie aspekty naszego życia cechuje niedostatek odpowiedzialności, nie ma w nim bowiem tajemnicy, przed którą bylibyśmy odpowiedzialni. Owocem tego braku jest pycha, lęk, nietolerancja i strach. Jeśli ludzie na całym świecie ponownie odkryją modlitwę i wezmą ją sobie do serca, zdobędą potężne narzędzie budowania ogólnoświatowej wspólnoty.
Chcę zakończyć ten rozdział o wspólnej modlitwie opowieścią o moim spotkaniu z pewną kobietą z naszej parafii w Cavite w diecezji Imus. Przyszła na moje spotkanie z żonami i dziećmi Filipińczyków pracujących poza granicami kraju. Jej mąż pracował na statku, który eksplodował i zatonął w Norwegii na początku roku 2004. Jego ciała nigdy nie odnaleziono. Powiedziała mi: "Czasem mówię Bogu, że wiem, że mój mąż jest gdzieś cały i zdrowy; może dotarł na jakąś wyspę. Kiedyś go odnajdą. Są jednak dni, gdy coś we mnie prosi Boga, by wybaczył mojemu mężowi i dał mu wieczny spoczynek". Gdy to mówiła, widziałem, jak jej serce miota się pomiędzy zaprzeczeniem i pogodzeniem się z losem.
"Klękam przed Najświętszym Sakramentem - mówiła dalej kobieta - lecz nie mogę wydobyć z siebie słowa. Często nie wiem, co powiedzieć. Nie wiem, o co mam się modlić. Łapię się na tym, że płaczę przed Panem. Myślę, że łzy to najlepsza rzecz, jaką mogę dać Bogu. Ufam, że Bóg zatroszczy się o moje dzieci i da mi siłę, bym mogła je wychować".
Zmuszając się do uśmiechu i powstrzymując się, by nie wybuchnąć płaczem, spytała mnie: "Myśli ksiądz, że się modlę?". "Tak - odpowiedziałem - właśnie nauczyła mnie pani, jak się modlić".

 Re: Modlitwa powinna być przyjemnością, a jest trudna.
Autor: ^^^^^^^^^^^~~~~~~ (---.17-3.cable.virginm.net)
Data:   2017-01-13 02:33

Na wszystkie: To nie jest modlitwa.
Tytułowe: dlaczego?

 Re: Modlitwa powinna być przyjemnością, a jest trudna.
Autor: Jerzy50 (---.kamiennagora.vectranet.pl)
Data:   2017-01-13 11:52

Dla mnie prawdziwa modlitwa to trwanie na kolanach przed Panem i kontemplowanie Jego obecności. To serce powinno łączyć się z Bogiem, a nie usta. Jeśli kochasz Boga, serce wyrazi to w najdoskonalszy sposób. Po cóż wyrzucać z siebie potok słów, skoro Bóg zna ich treść, zanim wypłyną z Twoich ust? Trwaj w niemej modlitwie, pozwól Panu być z Tobą i o reszcie nie myśl. Szczęść Boże.

 Re: Modlitwa powinna być przyjemnością, a jest trudna.
Autor: 1268 (62.244.154.---)
Data:   2017-01-13 16:05

Wojtek, nie jesteś sam w swoim podejściu, przeczytaj uważnie i wyciągnij wnioski:

Jedną z przyczyn, dla których poszło mu ze mną tak łatwo, był fakt, że nie wiedząc o tym, już od dawna starałem się za wszelką cenę uwolnić od wiary. Przyczyna tych starań warta jest odnotowania. Zwykły bład techniczny - wciąż jeszcze wierzę, że był to błąd popełniony uczciwie - sprawił, że praktyki religijne stały się dla mnie ciężarem nie do zniesienia. A oto jak do tego doszło. W dzieciństwie jak każdy dowiedziałem się, że należy nie tylko odmawiać modlitwy, ale także myśleć o tym, co się mówi. Gdy zatem w Betsen zacząłem brać wiarę poważnie, starałem się wprowadzić tę zasadę w czyn. Z początku wydawało mi się to łatwe. Szybko jednak doszło do głosu fałszywe sumienie [...]. Kiedy tylko osiągałem "Amen", coś szeptało mi: "Dobrze, ale czy na pewno myślałeś o tym, o czym mówiłeś?". A potem jeszcze subtelniej: "Czy myślałeś o tym tak dobrze jak poprzedniego wieczoru?". Odpowiedź na te pytania z nieznanych przyczyn prawie zawsze brzmiała: nie. "a więc dobrze - mówił głos - czy nie lepiej zatem spróbować jeszcze raz?" Byłem posłuszny, nie mając przy tym żadnej pewności, czy za drugim razem pójdzie mi lepiej. Zareagowałem na te dręczące mnie pytania w sposób najgłupszy z możliwych. Ustanowiłem sobie prawo. Żadne zdanie z wypowiedzianych na modlitwie nie zdawało egzaminu, o ile nie towarzyszyło mu, jak to nazywałem, "uświadomieni", czyli odpowiednio żywe wyobrażenie i odczucie. Co wieczór starałem się tylko za pomocą woli osiągnąć coś, czego sama wola nigdy nie jest w stanie osiągnąć, a co było tak źle zdefiniowane, że nigdy nie miałem absolutnej pewności, czy to coś zaistniało, czy nie. A nawet wtedy gdy rzeczywiście dochodziło do "uświadomienia", jego wartość duchowa była bardzo niewielka. Gdyby tylko ktoś przeczytał mi wtedy starą przestrogę Waltera Hiltona, że na modlitwie nie możemy starać się osiągnąć "sztuką" tego, czego Bóg nie daje! Nikt jednak tego nie uczynił, i tak, co wieczór, nieprzytomnie śpiący i niemal zrozpaczony starałem się wywoływać w sobie upragnione "uświadomienia". Cała rzecz groziła koniecznością nieprzerwanej retrospekcji. Zacząłem, rzecz jasna, modlić się o dobre "uświadomienia". Ale czy ta wstępna modlitwa sama była dostatecznie "uświadomiona"? Na szczęście miałem dość rozumu, by odrzucić przynajmniej to ostatnie pytanie, inaczej byłoby mi równie trudno zaczynać i kończyć modlitwę. Jak wyraźnie wraca to wszystko w mej pamięci!Zimne linoleum, zegar wybijający kwadranse, szybko uciekająca noc i beznadziejne, przyprawiające o mdłości zmęczenie. Od tego właśnie ciężaru pragnąłem z całego serca uwolnić moją duszę i ciało. Doprowadził mnie on stopniowo do takiego stanu, że wspomnienie o wieczornych mękach potrafiło zatruć całe popołudnie i drżałem na myśl o pójściu do łóżka, jakbym cierpiał na nieuleczalną bezsenność. Gdyby trwało to nieco dłużej, byłbym na dobrej drodze, by naprawdę postradać zmysły."
ZASKOCZONY RADOŚCIĄ C.S.Lewis.

Potem ten człowiek napisał genialną książkę "O modlitwie. Listy do Malkolma"
Poszukaj :)

 Re: Modlitwa powinna być przyjemnością, a jest trudna.
Autor: wyszywaczek wredny (---.net.pulawy.pl)
Data:   2017-01-13 19:32

Ja przepraszam, ale CZY modlitwa POWINNA być przyjemnością, a jeśli tak, to dlaczego i kto tak twierdzi?

PS: nie jestem w stanie przeczytać i zrozumieć odpowiedzi dłuższej niż 5 zdań. Nie bardzo złożonych. Nawet jak pisał je kardynał.

 Odpowiedz na tę wiadomość
 Twoje imię:
 Adres e-mail:
 Temat: