logo
Poniedziałek, 24 luty 2020
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
Kanał czerwony
Kanał zielony
 
 
 Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Uruk_Hai (22 l.) (---.dynamic.gprs.plus.pl)
Data:   2020-01-17 14:08

Siema, pewnie były tu "podobne" tematy, ale piszę bo szukam porady, pomocy.
Otóż sprawa ma się następująco:
Mam 22 lata, niedawno nawróciłem się, przystąpiłem do spowiedzi generalnej, wypłakałem się, zacząłem chodzić do kościoła (przez całe zycie nie chodziłem) mimo, że sprawia mi to trudność. Ogólnie w sferze duchowej teraz jest spoko, modlę się regularnie, czytam pismo Święte, ciaglę skupiam swoje myśli na Bogu.
Tylko, że oprócz wiary trzeba jakoś w tym życiu funkcjonować. Niestety moje życie jest zniszczone (w sumie go nie ma), jakoś w połowie z mojej winy, a drugiej połowy z winy rodziny, ludzi itd.
Konkretnie to zawsze byłem nieśmiały, bałem się ludzi, w podstawówce miałem tylko jednego dobrego kolegę, w gimnazjum wykorzystali moją nieśmiałość i byłem gnębiony i bity tam, a w technikum to miałem jakieś tam znajomości, ale bałem się ludzi, a najbardziej bałem się, że ktoś się dowie o tym, że byłem w gim ofiarą i wszyscy się przez to i tak by odwrócili ode mnie, więc byłem outsiderem, takim na ubuczu, tyle dobrego, że nikt mi tam nie dokuczał. Po tech wszyscy wzięli się za swoje życie, w sensie poszli na studia, do pracy, a ja ze strachu nie zrobiłem nic, od 3 lat nie robię nic, nie wychodzę praktycznie z domu, chodzę tam, aby zaocznie do szkoły policealnej, żeby przeżyć, bo mam z tego alimenty od ojca. Więc wychodzę tam raz na jakiś czas, tylko gdy muszę, do tej szkoły, kościoła, czasem do sklepu, no i czasem też pograć w piłkę lub pobiegać, ale i tak towarzyszy mi przy tym duży strach, trzesę się, gorąco mi, plątanina myśli, na dodatek muszę latać po 5 razy do ubikacji. Ogólnie to głównie z mojej winy bo nic w życiu nie robiłem, bo zawsze wszystkiego się bałem, oprócz szkoły nie wychodziłem nigdzie. Nie mam samochodu, prawa jazdy, pięniedzy to tyle, żeby zjeśc aby, mieszkam z rodziną, nawet konta w banku nie mam ani nic, nawet telefon, który mam od 5 lat, no bo przecież samo to się nie zrobi, a jak się nie wychodziło z domu no to mam, osiadłem na mieliźnie, moja winy. Lecz też mojej rodziny, ojciec alkoholik, zawsze wszystko przepijał, w domu bieda, matka niezaradna, ale też bardzo nadopiekuńcza, wszystko za mnie robiła bo ja się bałem, ale mimo pozornego interesowania się nie było żadnej miłości, żadnego przytulania, czułości, całowania, ani mówienia, że się kocha. No i też w gim zepsuli mi psychikę.
Najgorszy jest ten wstyd przed Bogiem, ludźmi i nawet przed samym sobą, że jestem takim nieudacznikiem i to ze swojej winy, a to jest po prostu, aż śmieszne i żenujące, że istnieje ktoś tak jak ja. Na dodatek wiem, że miałem możliwości w życiu, gdyby nie strach przed wszystkim to, może nawet byłbym piłkarzem, bo zawsze wyróżniałem się sprawnością i fizycznością, zresztą z nauką też wyrózniałem się, zawsze byłem inteligentny, dobrze się uczyłem, niestety te talenty, które dał mi Bóg zmarnowałem. To też boli, że zawsze wszystko to co potrafiłem było stłamszone m.in przez innych, nawet to, że byłem nieśmiały, bo gdyby nie inni, to ja potrafię być zabawny i wygadany, nawet bardzo. No cóż wszystko straciłem, i jeszcze ten poniżający widok na facebooku, gdy widzę jak Ci, którzy mnię gnębili studiują, chwalą się nowymi samochodami, dziewczynami, niektórzy nawet już ślub wzięli. Natomiast ja jedyne co przynosi mi ulgę w moim przegranym z własnej winy życiu to sen i wypłakanie się w kościele po kryjomu. O tym, że od wielu lat myślę o samobójstwie nie muszę nawet mówić, bo to jasne. Myślę, że Pan Bóg by mi to wybaczył, bo wie jaki jestem i jak żyję, choć czasami mam przebłyski, że jeszcze coś z tego przegranego życia można jeszcze zrobić tylko co? Jak ja wprost mówiąc nie umiem żyć i funkcjonować w spółeczeństwie. Jestem kompletnie zdziczały, i serio nie mam pojęcia co bym mógł zrobić, a nawet jeśli bym wiedział to czy bym potrafił, znając mnie to nie.
Czuję, że grzeszę samym faktem marnowania, danego mi przez Boga życia.
Nie mówiąc oczywiście o uzależnieniu od pornografii i samogwałtu, choć dzięki Panu Bogu, po spowiedzi już to tego nie wróciłem, nie zamierzam i nie chcę nigdy w życiu, można powiedzieć, ale boję się, że kiedyś bym do tego wrócił i koszmar powróci, bo jak widzę jakąś dziewczynę lub cokolwiek związanego z seksem to mam ochotę, ale ratuję mnie sprawianie sobie bólu, wtedy zapominam o erotyzmie. Nawet ten fakt mnie zniechęca bo jeśli nawet miałbym dalej wegetować to jeszcze ciągłe pilnowanie się jest nie do zniesienia.
Ogólnie to wiem, że ludzie cierpią nawet bardziej niż ja i ciągle sie za takich modlę. Tylko to jest właśnie ten problem, najważniejszy jest Bóg i nawrócenie, ale potem trzeba też jakoś żyć, a ja nie umiem żyć. Pewnie ktoś wspomni o psychologu i psychiatrze, ale ja bałbym sie nawet tego. Zresztą boję się mówić komuś o swoich problemach, ani w ogóle nawiązywać z kimś relacje, bo jak ktoś się dowiedziałby prawdy to by mnie strasznie wyśmiał, nawet dla mnie samego jest to śmieszne jak można być takim ofermą. O relacjach z dziewczynami już nie mówiąc, zresztą płci piękniejszej boję się najbardziej, przerażają mnie kobiety, zresztą nigdy nie miałem żadnej koleżanki, ani w ogóle z dziewczynami nigdy nie rozmawiałem. Zresztą wstydżę się też swojego wyglądu, mimo, że myślę, że jestem atrakcyjny, jeśli chodzi o twarz i ciało, bo ćwiczę od wielu lat, co mi też pomaga nie myśleć o złych rzeczach, i nie jem niezdrowych rzeczy, to mam brzydkie zęby, krzywe i w ogóle.
Podsumowując nie wiem czy się poddać z nadzieją, że Pan Bóg mi wybaczy, zresztą modlę się też o swoją śmierć, ale też nie chcę rządzić tylko, żeby działa się Jego wola, ale jaka jest Jego wola?
Wcześniej o wszystko obwiniałem Pana Boga, ale za wszystko przeprosiłem podczas spowiedzi, mam nadzieję, że mi wybaczył, wiem, że to moja wina, sam się doprowadziłem do takiego stanu. Co chwiłę myślę, żeby się zabić, od kilku miesięcy mam przygotowane miejsce i sznur i wszystko, ale jak widzicie, żyję, w sumie cieszę się, bo gdybym wtedy się zabił to nie doznałbym tego oczyszczenia na spowiedzi i uczucia czystości serca, ale co dalej, ciąglę daję sobię to wyjście, żeby się nie przejmować bo mogę się zabić w każdej chwili. Tylko, jeśli miałbym próbować coś zmienić to jak?

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Estera (---.147.97.249.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl)
Data:   2020-01-17 20:23

Chłopie, idź do lekarza, może być rodzinny, chociaż lepiej do psychiatry, i powiedz o myślach samobójczych. To łoże być depresja - choroba, którą można i trzeba leczyć.
Przydałaby Ci się też terapia DDA. Sugeruję kontakt z najbliższym ośrodkiem leczenia uzależnień, tam mają też specjalistów od współuzależnienia.
Niemoc, depresja, poczucie beznadziei i zmarnowanego życia to częsty problem osób z rodzin alkoholowych. Ale można sobie z tym poradzić. Tylko trzeba, zacząć działać.
Nie mów, że zmarnowałeś sobie życie. Twoje życie dorosłego mężczyzny i Twoje życie z Bogiem dopiero się zaczyna.
Przeszłość, nawet tę najtrudniejszą, trzeba zaakceptować i oddawać Bogu, a potem iść dalej.
Bóg Cię kocha, niezależnie od tego co robisz i jaki jesteś oraz za jakiego się uważasz. Jesteś Jego ukochanym dzieckiem i On jest z Tobą w tym wszyskim, co przeżywasz. Daj Mu Cię przytulać.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Magdalena (---.centertel.pl)
Data:   2020-01-18 11:26

Uruk_Hai,

Tak jak pisze Estera, lekarz psychiatra jest Ci bardzo potrzebny. Nie zwlekaj z wizytą. Poszukaj w internecie poradni psychologicznej lub psychiatrycznej. Może jest w twojej miejscowości lub w pobliżu miejsca zamieszkania. Zadzwoń lub napisz. Powiedz, że chciałbyś porozmawiać o swoich problemach z którymi sobie nie radzisz i szukasz szybkiej pomocy. Na pewno Ci odpowiedzą i dobrze pokierują. Może to być dla Ciebie trudne, wstydliwe ale oni są dyskretni, nie ujawnią Twoich przypadłości. Spróbuj zrobić pierwszy krok, przecież nic nie tracisz, a możesz wiele zyskać. Śmiało, nie załamuj się. Życzę odwagi. Z Bożą pomocą poradzisz sobie z wszelkimi dolegliwościami.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Ma (---.centertel.pl)
Data:   2020-01-18 17:28

Myślę, że kiedy już przezwyciężysz ten stan w którym się znajdujesz (a wierzę, że z pomocą Boga tak będzie) to wierzę, że będziesz bardzo silnym i szczęśliwym człowiekiem. Napisałeś że miałeś spowiedź generalną, pomyśl że to sam Bóg wybrał Cię abyś to zrobił, stwierdził że dasz radę. Módl się do Matki Bożej, ona naprawdę nigdy nie zostawia dzieci, polecam Ci poczytać o Nowennie Pompejańskiej, ale też przezwyciężyć strach i może poszukać jakiejś pracy, bo to bardzo wyrywa z depresyjnego stanu, sama po sobie wiem.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Alina (---.neoplus.adsl.tpnet.pl)
Data:   2020-01-18 18:45

Uruk_Hai, mam do Ciebie pytanie - czy pisałeś tu kiedyś na forum pomocy, pod innym pseudonimem? Jeśli dobrze mi się wydaje, to od października jest pewien postęp...
Chcę Ci pomóc, więc bardzo Cię proszę, odpowiedz szczerze.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Kalina (---.dynamic.chello.pl)
Data:   2020-01-18 19:17

Uruk_Hai, czy oddałeś Bogu podczas spowiedzi myśli samobójcze i poczynione przygotowania? Nie odpowiadaj na forum, odpowiedz przed sobą i Bogiem. Wyrzuć natychmiast sznur i co tam jeszcze zgromadziłeś. Niech nie stwarza pokusy.

Przy takim poziome zdołowania, myśli samobójczych wizyta u psychiatry jest niezbędna. Pan Bóg działa za pomocą ludzi. Po to daje wykształcenie medyczne osobom, które są do tego predysponowane żeby mogły pomagać potrzebującym. Ty jesteś teraz w takiej potrzebie.
"Zresztą boję się mówić komuś o swoich problemach, ani w ogóle nawiązywać z kimś relacje, bo jak ktoś się dowiedziałby prawdy to by mnie strasznie wyśmiał, nawet dla mnie samego jest to śmieszne jak można być takim ofermą."
Już powiedziałeś o swoich problemach na FPK, przełamałeś wstyd, lęk przed wyśmianiem. I bardzo dobrze. Jak widzisz, nikt Cię nie wyśmiewa i nikt nie będzie Cię wyśmiewał u lekarza. Trzeba zrobić pierwszy krok, żebyś za pomocą leków czy psychoterapii osiągnął choćby minimalną samoakceptację. To samo się nie zrobi.

Masz atuty. Jesteś wysportowany, dobrze się uczyłeś więc pewnie masz ugruntowaną wiedzę w jakiejś dziedzinie. Wykorzystaj te atuty. Spróbuj znaleźć dziedzinę sportu, która będzie wymagała systematyczności, konkretnej pory wyjścia na zajęcia. To może dać Ci jakiś początek wychodzenia do ludzi, może zdobycia uznania za osiągnięcia, choćby takie że ktoś pochwali Twoją muskulaturę. Wiedzę możesz spróbować wykorzystać na jakimś forum tematycznym. Możesz to robić anonimowo ale jest to jakaś możliwość podejmowania kontaktów z ludźmi. Aktywizuj się w domu, pomagaj bliskim z którym mieszkasz, tak żebyś czuł się potrzebny.

"...ale mimo pozornego interesowania się nie było żadnej miłości, żadnego przytulania, czułości, całowania, ani mówienia, że się kocha."
Mama pewnie była sama stłamszona emocjonalnie przez ojca alkoholika. Z pewnością Cię kochała i kocha i okazywała miłość tak, jak najlepiej potrafiła, przez codzienną troskę.

"ale też nie chcę rządzić tylko, żeby działa się Jego wola, ale jaka jest Jego wola?"

"Wydaje się, że wielką i bardzo częstą przeszkodą do odczytania woli Bożej w odniesieniu do nas samych jest brak wiary, że On rzeczywiście jest obecny w naszym życiu, że to wszystko, o czym czytamy na kartach Biblii, odnosi się realnie do nas, że prawdziwie żyjemy w centrum duchowej walki, niejako na pierwszej linii frontu. Taki swoisty letarg duchowy powoduje, że podchodzimy do Boga jako odległego, który odnośnie do nas ma jedynie bardzo ograniczone oczekiwania i pragnienia jak do kogoś na dalekich tyłach, których tocząca się wojna praktycznie zupełnie nie dotyczy i właściwie nie mają żadnego wpływu na jej wynik. Dlatego spodziewamy się, że domaga się od nas jedynie lojalności i rzetelnego wykonywania praktyk religijnych i moralnych. Zapominamy tym samym, że wojna toczy się w nas samych, w samym centrum naszego jestestwa i popadając w taki letarg, właściwie przegrywamy Bożą sprawę, bo przegrywamy prawdziwe życie." o. Włodzimierz Zatorski OSB

Przeanalizuj ten fragment, a następnie sięgnij po całość:
https://biblia.wiara.pl/doc/5478104.Odkrywanie-woli-Bozej

Brak Ci przytulenia, wyznawania miłości. Podam Ci gotowca, a dalej poszukuj sam największej i najgłębszej i niezawodnej Miłości na kartach Pisma Świętego.

https://misyjne.pl/te-cytaty-udowodnia-ci-ze-bog-cie-kocha/

Wtul się w te słowa.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Uruk_Hai (---.dynamic.gprs.plus.pl)
Data:   2020-01-18 21:47

Nie wiem Alino, czy mnie z kimś nie mylisz, ale tak, pisałem tu wcześniej pod pseudonimem pusty. Tam przytaczałem moje epizody z Szatanem, z których wielokrotnie próbowałem się wydostać, no i wyszedłem z nich. Trafiłem na dobrego księdza, który powiedział, po prostu, że żeby z tego wyjść, wystarczy chcieć i tego nie robić, bo nikt za mnie tego nie robił tylko ja sam, no i zechciałem i się udało, bo tak naprawdę wcześniej mi się nie udawało, bo nie chciałem, tworzyłem sobie z Szatana sztucznego boga. No, ale nieważne, nie pisałem nic tu o tym, bo nie chcę tego wspominać, wszystko związane z Szatanem mi odpuściło po pierwszej spowiedzi generalnej, świadomej, z nadzieją wybaczenia, w której wypłakałem to wszystko i nie zamierzam do tego wracać. Wierzę, że mi wybaczył.
Tylko właśnie, gdy ten dym wojenny opadł, bo dokonałem najważniejszego, czyli Szczerego nawrócenia. To zastałem kompletne pogorzelisko w swoim życiu. No i wiecie, tak jak już pisałem, wiara jest najważniejsza, ale żyć też jakoś trzeba. Próbuję coś robić powoli, wychodzić z domu, choćby w małych rzeczach, ale strach towarzyszy mi nieustannie. Wiem, że psychiatra, może by mi pomógł, ale nie wiem czy potrafię, księdzu nie bałem się wszystko mówić na spowiedzi bo wiedziałem, że w niej rozmawiam z Panem Jezusem, tutaj też, jestem w 100% anonimowy. No, a u psychiatry, tam trzeba rozmawiać z człowiekiem... Wiem, że dla was może się to wydawać kompletnym żałosnym ględzeniem. Tylko no ja mimo 22 lat, jestem jak mała dziewczynka potrzebująca opieki i przytulenia.
Też nie potrafię znajdywać nawet motywacji do walczenia o siebie. No bo tyle lat straciłem, oczywiście wiem, że to moja wina, ale również tego jaki jestem, gdzie się wychowałem, no i innych. Na dodatek ciągle sobie myślę, że ja musiałbym walczyć wiele lat o normalność zwykłą, czyli życie bez strachu i jakieś normalne funkcjonowanie w społeczeństwie, a inni to mają już na starcie i dla nich to jest nic. Ehh, a najgorsze jest to, że nie widzę w tym Boga, no bo sam przegrałem sobie to wszystko, a naprawa tego, o ile kiedykolwiek ona by się udała to czy to ma dla Niego jakiekolwiek znaczenie.
Jak wiecie, uwierzyć w miłość Boga, mając takich rodziców jest prawie niemożliwa, znaczy mówię Panu Bogu, że Go kocham, że jest moim ukochanym Tatusiem, tak samo Maryji, że jest moja ukochana Mamusią i żeby się mną opiekowała, ale nie wiem, czy wierze w to co mówię.
Całe życie byłem skupiony na tym, że i tak się zabije, no i wiecie teraz próbuje choćby myśleć o życiu no i straszne to jest. Bardziej boję się życia niż śmierci. Cały czas zostawiam sobie tą opcję, ale nie ze względu, że chce zgrzeszyć, tylko jako takie wyjście ewakuacyjne, jakbym nie dawał rady.
Ogólnie strasznie wstydzę się swojego życia i siebie, wiem że to dla innych jest niedorzeczna taki być i tak żyć. Trudne jest też do zniesienia, że zawsze będę sam, bo o przyjacielu nie ma mowy, nigdy nikomu bym nie zaufał, zresztą nie umiem nawiązywać relacji, nawet nie wiem jak to się robi. O dziewczynie już nie wspomnę, bo kto by chciał takie coś jak ja, żeby sie go wstydzić, zresztą po co komuś takie coś jak ja, niezaradne, bezradne, dziwne, nie do życia, także wiecie jak dziewczyny brutalnie mogą określić takie dziwadła jak ja i to nie jest nic złego, bo to po prostu prawda. Zresztą o czym tu pisać jak ja nawet boję się ludziom spojrzeć w oczy, dlatego jak coś do kogoś mówię to patrzę się w podłogę, dlatego mimo, że z wyglądu wyglądam myśle spoko, to zachowuję się jak dziwak.
No więc zostaję mi żyć tylko dla Boga, oczywiście jest to dobre, ale to, że mam całe życie przeżyc w izolacji od ludzi i odosobnieniu bez kogokolwiek jako życiowe dziwadło sprawia, że odechciewa mi się czegokolwiek. Zresztą sami wiecie przecież jak żyją ludzie w moim wieku, a ja... Wstyd

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Hanna (---.wtvk.pl)
Data:   2020-01-18 22:36

"Zresztą sami wiecie przecież jak żyją ludzie w moim wieku, a ja... Wstyd"
Moim zdaniem nie ma sensu w punkcie wyjścia porównywanie się z innymi ludźmi i gnębienie się tym. Pan Bóg widzi każdego w miłości i tabelki z porównaniami nie ma. Zatem trud porównywania sobie możesz odpuścić.

Z całą pewnością nie masz przeżyć całego życia bez ludzi i w odosobnieniu! Wiem, że jest Ci trudno, tym bardziej przyłączam się do głosów podpowiadających szukanie pomocy profesjonalnej, medycznej. O własnych siłach przestawić tak gleboko pesymistyczne spojrzenie jest rzeczą zbyt skomplikowaną. Pozwól sobie pomóc, daj szansę. Pewne rozwiązania inni już przepracowali, mają metody uczenia się bardziej przyjaznego nastawienia do świata... Sięgnij po takie możliwości, proszę

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: M. (---.play-internet.pl)
Data:   2020-01-18 22:46

"że ja musiałbym walczyć wiele lat o normalność zwykłą, czyli życie bez strachu i jakieś normalne funkcjonowanie w społeczeństwie, a inni to mają już na starcie i dla nich to jest nic."

Nie zgodzę się z Tobą. Inni mogą nie widzieć po prostu swojego zagubienia, często odkrywają je po latach. Ty masz właśnie przewagę, że szybciej odkryłeś doskwierające Ci problemy i nazwałeś je, dużo ludzi po prostu nie potrafi tego zrobić idąc przez życie i raniąc siebie i innych zupełnie nieświadomie. Bardzo dużo zauważasz, teraz powoli, punkt po punkcie ze wszystkim możesz się rozprawić.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Estera (---.147.97.249.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl)
Data:   2020-01-19 14:15

"Zresztą sami wiecie przecież jak żyją ludzie w moim wieku, a ja... Wstyd"

Tak, to wstyd, jak żyją niektórzy ludzie w Twoim wieku. Imprezy, kluby, narkotyki, alkohol w dużych ilościach, seks bez zobowiązań... totalny brak Boga. Wstyd.
Jeśli masz jakiś naukowy wzorzec, jak powinno wyglądać życie 22-latka, to podziel się nim, bo ja go nie znam.
Marudzeniem nic nie zmienisz. Działaniem, czyli np. pójściem do lekarza, możesz sporo.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Alina (---.neoplus.adsl.tpnet.pl)
Data:   2020-01-19 19:53

Uruk_Hai, dziękuję Ci za szczerą odpowiedź. Nie pomyliłam Cię z nikim innym. Obiecałam Ci wtedy modlitwę i nieraz myślałam o tym, jak się czujesz, jak żyjesz. Cieszę się, że z Bożą pomocą wyszedłeś z tego, powróciłeś do Boga. Piszesz, że nie chcesz tego wspominać, do tego wracać. Rozumiem Cię, ale pozwól, że spojrzymy na dobro, które się wydarzyło. Bardzo ważne słowa napisałeś ostatnio o swojej relacji z Bogiem: "Wierzę, że mi wybaczył". Popatrz, wtedy, kilka miesięcy temu, wydawało Ci się, że nie ma dla Ciebie szans na nawrócenie, że Bóg Ci nie wybaczy, że spowiedź nic nie da. Nie byłeś pewny czy dasz radę zmobilizować się do spowiedzi. Zobacz ile się zmieniło przez te 3 miesiące! Bóg Cię wspierał w Twoim działaniu, ale to Ty podjąłeś decyzję o spowiedzi generalnej, o definitywnym zerwaniu z tym, co było złe. Widzę w Tobie ogromny postęp! Wiem ile Cię kosztowało, żeby wyrzucić to wszystko z siebie z całą szczerością w trakcie spowiedzi. Przełamałeś się. Jestem z Ciebie dumna też dlatego, że zdecydowałeś się trochę więcej wychodzić z domu! To ma wielkie znaczenie i wiem, że jest dla Ciebie trudne, ale mimo to, walczysz o siebie. Widzisz to? Dostrzegasz ile się zmieniło?
Zobacz, Bóg Cię wyprowadza z Twoich trudności pewnymi etapami. Pierwszy etap, który był Ci bardzo potrzebny, to uporządkowanie spraw duchowych. Dałeś radę. To jest Twój fundament, na którym możesz budować. Po uporządkowaniu tej sfery, jesteś w stanie przyglądać się innym sferom swojego życia. Wcześniej nie miałeś nawet sił, by interesować się tym, co się dzieję dookoła Ciebie. Teraz widzisz, że "oprócz wiary, trzeba jakoś funkcjonować". Troszczysz się o swoje ciało. Ćwiczysz, biegasz, dobrze się odżywiasz i dostrzegasz, że fizycznie jesteś atrakcyjny. Potrzebujesz też zatroszczyć się o swoją psychikę.
Ja widzę w Tobie człowieka niezwykle wrażliwego, który został zraniony przez wiele osób. To nie jest Twoja wina! Nie bierz na siebie winy innych ludzi. To, że wycofywałeś się z życia społecznego, było naturalną reakcją. Czyniłeś to z obawy przed tym, że kolejne zranienie będzie przekraczało Twoją wytrzymałość. Niestety tak często się zdarza, że grupa rówieśnicza robi z wrażliwej osoby kozła ofiarnego, na którym się wyżywa. To okrutne, że wiedzą, że ktoś jest wrażliwy i wykorzystują to, bo wiedzą, że taka osoba się nie obroni. Takie doświadczenia rzeczywiście budują nieufność i lęk przed wchodzeniem w jakiekolwiek relacje. Ale podkreślam, to nie jest Twoja wina i to nie Ty powinieneś się wstydzić, lecz Ci, którzy Cię krzywdzili. Oni jednak "idą po trupach do celu". (Przypomina mi się w tym miejscu Psalm 73). Popatrz, oni kreują swój wizerunek w mediach społecznościowych, nieraz nadrabiają swoje niedostatki przechwałkami i butą. To, że pozornie wydają się szczęśliwi, nie oznacza, że tak jest. Tak, jak zauważa Estera, wiele młodych ludzi żyje tak, jakby Boga nie było. Nie szanują życia innych i swojego zresztą też. Ty natomiast jesteś dobry i pragniesz dobra. To nie jest powód do wstydu, lecz do dumy.
Piszesz, że "jak ktoś się dowiedziałby prawdy to by mnie strasznie wyśmiał". To nie jest prawda. Ja naprawdę nie widzę w Tobie nieudacznika, a wręcz przeciwnie - prawego człowieka, który pragnie walczyć o swoje życie. Wiem, że niekiedy ludzie bywają nieczuli i niesprawiedliwi w ocenie. Ale uwierz mi, jest wiele osób, które zrozumiałyby Ciebie i nie gardziły Tobą, jeżeli pozwoliłbyś dopuścić do siebie kogoś i nawiązał relację. Cóż, znów powtórzę, że pomoc specjalisty jest potrzebna. W psychoterapii można przepracować doznane zranienia i nauczyć się budować zdrowe relacje. Wiem, że wydaje Ci się to trudne, ale konsultacja z psychiatrą jest potrzebna. Zapewne otrzymałbyś leki, które obniżałyby Twój poziom lęku. Wtedy wychodzenie na ulicę, nawiązywanie kontaktów z ludźmi, a nawet podjęcie psychoterapii nie wydawałyby Ci się niemożliwe. Ja wiem, że Ty jesteś zdolny do tego, żeby wybrać się do lekarza, tak jak dałeś radę pójść do spowiedzi. To jest Ci bardzo, bardzo potrzebne. I proszę Cię podejmij ten krok. Jestem pewna, że psychiatra Cię zrozumie i nie wyśmieje.

Teraz kilka uwag praktycznych:
1. Kontynuuj wychodzenie z domu. To bardzo istotne.
2. Nie wiem, do jakiego rodzaju pracy się przygotowujesz. Myślę, że byłoby dla Ciebie bardzo korzystne, gdybyś spróbował podjąć chociaż dorywczą pracę w bardzo niewielkim wymiarze godzin np. kilka godzin w tygodniu. Miałbyś szansę troszkę wejść między ludzi, czymś się zająć, a jednocześnie nie byłoby to dla Ciebie zbyt obciążające.
3. Czy jest cokolwiek, co Ciebie interesuje? Spróbuj pomyśleć, co mogłoby Ci sprawiać przyjemność.
Inteligencja i zdolności są stałymi predyspozycjami. Nie zatraciłeś ich, możesz je rozwijać w każdej chwili, jeśli tylko zechcesz. Swoje talenty możesz "odkopać" i wykorzystać.
4. Jeśli nie czujesz się na siłach, żeby podjąć jakąś pracę, to może mógłbyś zaangażować się w jakąś działalność na rzecz innych osób. To dobry sposób, żeby uczyć się wchodzić w relacje z ludźmi. Może potrzeba pogadać z osobami z domu opieki, a może jest w pobliżu jakaś samotna sąsiadka, która potrzebuje pomocy i rozmowy. Pomyśl o tym.
5. Proszę Cię spróbuj umówić się na wizytę do psychiatry. Może pierwszym krokiem mogłaby być rozmowa z psychiatrą przez telefon, na infolinii, o której kiedyś Ci wspominałam.
6. Uciesz się dobrem, które się wydarza na Twoich oczach. Wychodzisz z trudności kolejnymi, małymi krokami! Jest w Tobie siła do dalszej walki o zdrowe funkcjonowanie! Pamiętaj, że Bóg jest po Twojej stronie i Cię wspiera. On Cię kocha i chce, żebyś normalnie funkcjonował, żebyś odzyskał kontrolę nad swoim życiem. Oddawaj się Maryi w opiekę, poczuj Jej ciepło, wsparcie i przytulenie. Z Jej pomocą dasz radę.

Czy mogłabym Ci jeszcze jakoś pomóc? Pisz śmiało. Chętnie pomogę, podpowiem coś, jeśli tylko będę potrafiła.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Uruk_Hai (---.dynamic.gprs.plus.pl)
Data:   2020-01-20 01:26

"Zresztą sami wiecie przecież jak żyją ludzie w moim wieku, a ja... Wstyd"

Pisząc to miałem na myśli w ogóle jakieś funkcjonowanie w tym życiu. Nie chodzi mi o jakieś imprezowanie, rozpustne życie, materializm itd. Tylko o zwykłe funkcjonowanie. No bo tak po prostu życiowo, nie mieszając w to Boga, to czym jest chłopak, mający 22 lata, który nie ma nic, a zwykłe wychodzenie z domu sprawia mu problem? Nawet nie chcę myśleć. Tak jak sobie myślałem to się u mnie wszystko zbiegło na raz dda, gnębienie w szkole, nadopiekuńcza, ale nieczuła mama, nieśmiałość itd. Przez to czuję się po prostu najgorszy, nie robię z siebie męczennika, wielu ma poważniejsze problemy i tragedie. Tyle tylko, że ja mam ten upokarzający problem, mieć możliwości, a nie umieć i w ogóle bać się spróbować.
Jest taki przykład często powtarzany, że osoba gnębiona w szkole, a potem osiąga jakiś sukces, wyprzedzając tych, którzy te osobę gnębili. Prawda jest dokładnie odwrotna, przynajmniej w moim przypadku, ludzie wygadani, nawet ci szkolni "źli" ludzie, potrafią walczyć o siebie i tak czy inaczej będą szli w górę, a ci "najgorsi" z czasów szkolnych lecą zsypem prosto w przepaść, i nie chodzi tu tylko o mnie, bo ja nawet nie próbowałem zawalczyć o siebie. Natomiast jest wiele przypadków takich i szkoda mi strasznie takich ludzi, zazwyczaj to jest tak jak u mnie, osoba biedna, z patologicznej rodziny, nieśmiała i dziwna. Wtedy oprócz mnie znaną szkolną ofiarą była jeszcze jedna osoba i jej znając życie pewnie też nic się nie powiodło i psychike ma zepsutą. No i powtarzam, że nie chodzi mi o materializm tylko o to, żeby choćby budząc się rano, normalnie żyć, a nie być złym, że nadal się żyję. Oczywiście Bóg jest najważniejszy, tylko jak sami wiecie i ja również sobie to uświadomiłem, że wiara to nie czary, że po proszę Boga i wszystko będzie dobrze, bo każdy ma wolną wolę, a jeśli mam polegać na sobie to już wiem, że będzie porażka, bo każda choćby najmniejsza decyzja sprawia mi problem.
Jeśli chodzi o psychistrę to czytałem o tym dużo w internecie i znalazłem wiele historii, że ktoś np. jest dda, ma 40 lat i mimo terapii nic mu to nie dało. Tak samo z depresją itd. Ogólnie wiele piszę, że psychiatra nic nie pomoże, tak samo terapia, a leki tylko otępiają i dają jedynie przeżyć następny dzień i nic więcej. Tego się właśnie boję, że nawet jakbym się przełamał to i tak to będzie strata czasu. Wiem, że marudzę, ale sami wiecie jak ciężko jest żyć, a dzień w dzień myśląc o śmierci i braku nadzieji to już w ogóle. Często żałuję i źle mi z tym, że urodziłem się tu gdzie się urodziłem, mając taką rodzinę jaką mam. Myślę, że nawet to wszzystko mogło by zostać tak jak jest tylko z jedną zmianą i byłbym szczęśliwy, żebym miał taką wspaniałą mamę. Pewnie ktoś pomyśli, że jeśli mama, zapewni dziecku jedzenie, spanie i przeżycie to już jest dobrze, no niby tak, ale zawsze marzeniem moim było i nadal czasami o tym myślę, żeby mieć taką mamę, że wiecie byśmy razem wszystko ze sobą robili, o wszystkim sobie mówili, ciągle się przytulali i całowali, mówili sobie kocham Cie, nawet choćby razem też chodzili do kościoła, wzajemnie byśmy się sobą opiekowali, z taką mamą myślę, że przeżyłbym wszystko i byłbym szczęśliwy nawet bedąc bity w szkole. Natomiast moja mama nic z tych rzeczy nie chciała (nie wiem czemu, wkońcu jak ktoś może tego nie chcieć?) i mi tego nie dawała. Niestety to tylko marzenia, głównie przez to też myśle, że nie jest możliwym, abym kiedykolwiek miał dziewczynę, bo dziewczyna potrzebuje męskiej ręki, a ja jestem i będę w głębi małym chłopcem potrzebującym opieki. Co też przeniosło mi się na pociąg do dziewczyn w sensie dziewczyny w moim wieku mnie nie pociągają tylko jedynie dużo starsze kobiety, myślę że dlatego tak mam bo w starszych kobietach czuję to co nie otrzymałem od mojej mamy.
O jakiejkolwiek pracy teraz nawet nie ma mowy, przynajmniej nie wyobrażam sobie, znaczy może i bym chciał, ale gdzie niby i jak, przeżyć kilka godzin w ciągłym strachu myślę, że by mnie wymęczyło. Natomiast jeśli chodzi o pomaganie to nie wiem, nigdy nie pomagałem innym jakoś, nie miałem zresztą okazji.
Jeśli chodzi o zainteresowania to oprócz sportu i słuchaniu nałogowo muzyki to nie mam żadnych zainteresowań i chęci więc....
Tak ogólnie to nie no cieszę się dobrem, myślę, że ta spowiedź była najlepszym co mnie spotkało. Choć nadal moja relacja z Bogiem jest taka nie wiadomo jaka. W sensie nie wiem czy mam się uważać za katolika? Czy mam jakąś przychylność Pana Boga? Jakoś tego nie czuję, wiem że wiara to nie uczucie, ale mimo nawrócenia w sferze duchowej nadal się nie czuję pewnie.
Być może zbyt bardzo obwiniam innych za swoje życie, szczególnie rodziców (często jak o tym myślę to czuję złość, moi rodzice wiedząc jacy są nigdy nie powinni mieć dzieci, ani w ogóle otrzymać ślub), no i też gnębicieli szkolnych, takim dosyć śmiesznym faktem jest to, że byłem wyśmiewany i poniżany nawet przez dziewczyny z klasy, więc wyobrażacie sobie jaki muszę być..., a bardzo frustrujące też jest to, że zdarzało się, że byłem też poniżany na tle religijnym i często określali mnie jako "bezbożnik" bo wiecie oni sami z dobrych, bogatych domów, co niedzielę z rodzinami w kościele, a ja... Także poniża mnie sam fakt, że we wspólnocie Kościoła jestem na równi z tymi, którzy mnie gnębili. Serio jeśli Bóg miałby po śmierci mnie z nimi zrównać to już wolałbym sobie pójść w spokoju do piekła, a oni wszyscy niech sobie idą do nieba, nie że im nie przebaczyłem, zrobiłem to, tylko nie chciałbym mieć z nimi nic wspólnego.
Podsumowując zobaczę jak to dalej będzie, ja do wszystkiego potrzebuję dużo czasu niestety.
Tak sobie myślę, że jedną funkcję pełnie dobrze w społeczeństwie mimo aspołeczności, konkretnie to inni przynajmniej mogą się na moim tle dowartościować.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Hanna (---.wtvk.pl)
Data:   2020-01-20 04:15

"Jeśli chodzi o psychiatrę to czytałem o tym dużo w internecie i znalazłem wiele historii, że ktoś np. jest dda, ma 40 lat i mimo terapii nic mu to nie dało. Tak samo z depresją itd. Ogólnie wiele piszę, że psychiatra nic nie pomoże, tak samo terapia, a leki tylko otępiają i dają jedynie przeżyć następny dzień i nic więcej."

To NIE czytaj internetów, tylko żyj w realu. Bezdyskusyjnie.
Czytasz rzeczy negatywne i Cię to fatalnie, minorowo nakręca. Pasiesz się negatywami, musi to Cię źle nastawiać. Nie buduje. Szkodzi. Sorry, ale to działanie bez sensu. Wniosek? Koniec, kropka, od dziś zakaz czytania takich rzecz. Serio.
Wiesz, że marudzisz, sam o tym piszesz... To dopiszmy z przekonaniem: Smerfom Marudom z dewizą: "i tak się nie uda" mówimy NIE. Szukamy innych towarzyszy.

Nie szukaj wymówek, że w necie napisali to a tamto.Nie żyjemy w necie. Na szczęście. I net Ci życia nie naprawi. Są - wiemy o tym - metody profesjonalne, w realu. Nie jednorazowe cuda, ale metody pracy. Zobacz, ilu ludzi pokazuje Ci drogę terapii, a Ty poniekąd szukasz dziur w całym, kwestionujesz wskazówki.
Może Cię to oburzy, nie szkodzi: sama wiara nie wystarcza w wielu trudnych sytuacjach. Trzeba działania. Mądrego, realnego. Coś z historyjki, którą pewnie znasz: gość się skarży, że tak mu źle, Bóg mu nie daje od lat wygrać na loterii. A Bóg na to: kup wreszcie los! Zrób to, co po ludzku możliwe.
Potrzebujesz pomocy? Jeśli tak, to drogę Ci wskazano. Kup los, zacznij leczyć ducha i psychikę, uczyć się siebie, budować relacje. Sporo wiesz o sobie, sporo dostrzegasz i umiesz nazwać. To są atuty, nie każdy to potrafi. Wykorzystaj to, co masz.
Od czego zacząć: Sprawdź konkretnie, gdzie jest poradnia i w jakich godzinach działa rejestracja, jaki jest numer telefonu. Krok nr 2: rejestrujesz się.

"Tak sobie myślę, że jedną funkcję pełnie dobrze w społeczeństwie mimo aspołeczności, konkretnie to inni przynajmniej mogą się na moim tle dowartościować."

Błąd. Nie będę owijać w bawełnę: dorabiasz kompletnie bzdurną ideologię. Nie ma tym sensu ani nie ma dobrego prawa, by ktokolwiek się dowartościowywał cudzym cierpieniem. Zły pomysł, szukać takich "motywacji". Nie zasłaniaj się więc, proszę, innymi i ich pozornymi korzyściami. Żadna to dobra funkcja.
Ktoś, to się dowartościowuje cudzym bólem, sam niewątpliwie wymagałby pilnego leczenia. W sferze moralnej, a może także psychicznej.
Więc nie, nie masz racji. Nie wmawiaj sobie, że Twój niewątpliwie obolały duch, uwikłany w trudy, jest dla kogoś dobrą lub cenną szansą dowartościowania się. Nie jest.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Estera (---.147.106.148.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl)
Data:   2020-01-20 09:12

Jestem DDA/DDD, po gorszych przeżyciach niż Ty. Po depresji i terapii. Mnie to pomogło. Tyle, że mnie zależało na tym, żeby wyzdrowieć. I wiedziałam, że działanie należy do mnie, że samo się nic nie, zmieni. Ty wolisz zwalac winę na okoliczności i trwać w marazmie.
Przeszłości nie zmienisz. O przyszłość możesz zawalczyć. Bez ruszenia tyłka za rok, 2, 10 będziesz w tym samym miejscu.
Terapia to praca nad sobą. Terapeuta za Ciebie nic nie zrobi, ale z jego pomocą zobaczysz, co w Twoim myśleniu i działaniu jest źle i będziesz mógł nad tym popracować. Na ile - to zależy od Ciebie.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: KK (---.dynamic.gprs.plus.pl)
Data:   2020-01-20 10:45

Idź do psychiatry, a nie czytaj o niepowodzeniach na terapii. Jestem DDA i tak samo jak Ty mam fobię społeczna. Leki nie otępiają, dobry lek aktywizuje i zmniejsza lęk, a pomocą jest jeszcze sama terapia. Ofiaruj to Panu Bogu.
Ja zanim poszłam na terapię miałam to samo, co Ty. I dopiero po 30tce zaczęłam coś robić. Nie marnuj czasu, nie ma sensu.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: jagódka (---.adsl.inetia.pl)
Data:   2020-01-20 14:05

"....takim dosyć śmiesznym faktem jest to, że byłem wyśmiewany i poniżany nawet przez dziewczyny z klasy, więc wyobrażacie sobie jaki muszę być...,"

Wyobrazam sobie jakie te dziewczyny i inni co cie wysmiewali, są biedni, chamscy. Ty natomiast rysujesz mi się jako wrazliwy, zagubiony człowiek. To oni mają problem ze swoim zachowaniem i poniżaniem drugiego, nie ty. Na początek zdaj sobie z tego sprawę, badź asertywny, staraj się. Tak jak w sporcie, sam wiesz jak jest, trzeba treningów i jest coraz lepiej. Tak i w sferze psychicznej, dowartosciowuj się i uśmiechaj się więcej. I zazywaj witamine D, teraz bardzo duzo jest niedoborów tej witaminy, zrób sobie jej poziom. I w ogole podejmij leczenie, leki nie otępiają, internet czasami tak. Leki jak sama nazwa wskazuje, leczą. Te od psychiatry zwiekszają poziom serotoniny. Daj sobie pomóc, Bóg daje też lekarzy.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Alina (---.neoplus.adsl.tpnet.pl)
Data:   2020-01-20 21:29

Dopóki nie podejmiesz leczenia, to nie będziesz miał szansy ocenić czy przynosi ono rezultaty, czy nie. Cóż, w internecie częściej piszą ci, którym się nie udało wyzdrowieć lub nie dążyli do tego niż ci, którym leki i terapia pomogły. Ci drudzy (których jest zdecydowanie więcej) po prostu najczęściej wrócili do życia i nie potrzebują już opisywać swoich perypetii, chyba, że ich historie mogą pomóc innym. Wiem, że to dla Ciebie trudne, ale proszę, zrób to, do czego wszyscy Cię zachęcamy - zapisz się na wizytę do psychiatry. To nie jest powód do wstydu.
Spotkało Cię wiele bolesnych zdarzeń ze strony rówieśników. Zdarzenia te miały miejsce u progu wchodzenia w dorosłe życie. Może to dla Ciebie nie jest pocieszająca wizja, ale Ty masz swoje życie przed sobą, a nie za sobą. Chwilami tak piszesz, jakbyś miał już całe życie za sobą i żadnych perspektyw. To nie jest prawda, lecz myślenie pod wpływem lęku. To Ty masz odtąd wpływ na swoje życie i jesteś za nie odpowiedzialny. Nie ponosisz odpowiedzialności za środowisko rodzinne, trudne warunki, grupę rówieśniczą. To oczywiste. Jesteś jednak odpowiedzialny za to, co odtąd zechcesz zrobić ze swoim życiem, na miarę swoich sił. Nie musisz wszystkiego osiągnąć natychmiast. Nikt od Ciebie tego nie wymaga. Wiele możesz osiągnąć robiąc konsekwentnie małe kroki naprzód. Ty tego pragniesz, ale lęk Cię powstrzymuje. Trzeba zatem pokonać tę przeszkodę, którą jest lęk. Samodzielna walka z lękiem jest bardzo trudna. Leki pomogą wyrównać poziom neuroprzekaźników odpowiedzialnych za wywoływanie stanów lękowych. Kolejnym etapem jest terapia, w której m.in. pracuje się nad tymi sytuacjami, w których reagujesz lękiem, by zmodyfikować nadmiernie nasiloną lękową odpowiedź organizmu na dany bodziec. To wymaga czasu, chęci i zaangażowania, ale jest warte tego wysiłku. Masz czas na wprowadzanie zmian.
Skoro w tej chwili nie widzisz możliwości, żeby podjąć pracę, to sugerowałabym żebyś podjął działalność na rzecz drugiego człowieka. Popatrz, może jednak jest okazja do pomocy, tylko po prostu jej nie dostrzegasz. A może trzeba kogoś zapytać (np. w parafii) czy może komuś potrzebna byłaby pomoc? To nie musi być wielkie działanie, ale drobna pomoc, życzliwość, zrobienie zakupów starszej osobie, wyjście z nią na spacer. Takie sytuacje uczą bycia w sytuacjach społecznych, budowania relacji. Z czasem poczujesz, że jesteś dla tej osoby ważny, że bez Ciebie byłoby jej trudniej. To może mieć dla Ciebie wymiar w pewnym sensie "terapeutyczny". Proszę Cię, spróbuj rozejrzeć się za jakąś okazją do czynienia dobra.
Relacje z rodzicami często nie wyglądają tak kolorowo, jak może się to wydawać na zewnątrz. Znam wiele osób, które z pozoru wychowywały się w "dobrej" rodzinie. Po latach przyznają, że rodzice choć niby dbali o nich i otaczali luksusem, to w gruncie rzeczy, zajęci pracą, nie zajmowali się dziećmi. Ileż tych dzieci z bogatych rodzin, doświadcza dojmującej samotności, i braku zainteresowania. A z pozoru rodzina wygląda idealnie...
Ci którzy są sprawcami przemocy (o ile nie są psychopatami), to najczęściej postępują tak, gdyż sami doświadczyli zła ze strony innych. Nie usprawiedliwia to w żaden sposób tego, że ktoś wyrządza zło drugiej osobie. Nie! Chcę tylko powiedzieć, że ci, którzy Cię skrzywdzili zapewne nie są tacy szczęśliwi, ja się z pozoru wydaje, lecz pokrywają swoje rany agresją wobec innych. Kreują swój wizerunek jako silnych i szczęśliwych, by nikt nie odkrył ich niedostatków. Nie porównuj się z nimi, bo znasz tylko tę maskę, którą założyli przed światem.
Wyśmiewanie przeważnie nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością - jak się chce psa uderzyć to się kij znajdzie. Te słowa, które Cię raniły, nie są prawdziwe. To, że powtórzyło je jak echo wiele osób z klasy, nie oznacza, że są one prawdziwe. Oznacza jedynie, że chcieli się podlizać głównym agresorom (o jakże chętnie robią to dziewczyny, które częściej niż przemoc fizyczną stosują przemoc werbalną). Nie wyciągaj daleko idących wniosków z tego, co inni o Tobie mówią (mówili).

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Uruk_Hai (---.dynamic.gprs.plus.pl)
Data:   2020-01-21 01:53

Spróbuję z tym psychiatrą, ale nawet tu poszukałem i dużo osób też tak piszę. Czy minie 10 lat czy ile to marne zmiany. Wiem, że trzeba chcieć, ale mam takie na przemian momenty, raz myślę, że dam radę wszystko się ułoży, a zaraz, żebym sobie dał siana, a nawet moje próby życia zwykłego mnie jeszcze bardziej kompromitują.
Podobno Pan Bóg daję zawsze taki krzyż jaki się zdoła unieść, ale wszystkie te moje "problemy" jakby to nazwać, to one nigdy mnie do Boga nie przybliżały, a szkolne życie to w ogóle bardziej mnie zbliżyło do Szatana niż Boga. Oczywiście nawróciłem się, ale marne to nawrócenie skoro nadal dopuszczam możliwość samobójstwa w każdej chwili. Tyle, że chodzę do kościoła itd. choć w niedzielę jak jest dużo ludzi to czuję się jakbym tam był za karę.
Piszecie, że moi gnębiciele mają problem, a nie ja. Sprawa ma się tak, że im wszystkim się dobrze wiedzię, a nawet jak nie wewnętrznie to przynajmniej na zewnątrz, a mi ani tu ani tu. No może jedna osoba, która też mi dokuczała, aż tak dobrze nie ma w życiu, bo mimo, że studiuję itd. to nie ma ręki jednej od urodzenia, co jest jeszcze bardziej upokarzające dla mnie, że też dziewczyny mnie wyśmiewały, a nawet kaleka. Zresztą jakiś czas temu napisała do mnie osoba, jedna z jedynych, które utrzymywały ze mną kontakt prawie normalny, pisząc co tam u mnie, oczywiście zablokowałem od razu te osobę bo co niby miałbym odpisać.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: kaja (---.maszyna.pl)
Data:   2020-01-21 11:39

Czytam o Tobie jakbym słuchała historii mojego męża, który nic nie robiąc ze swoim życie, po tym jak dodatkowo stracił (straciliśmy) okołoporodowo dwoje dzieci, tak głęboko popadł w depresję, że targnął się na swoje życie. Nie patrząc, że ma żonę, ma dziecko, ma rodzinę, dom, pracę, nic nie było ważne... Ważne było w jego głowie tylko to ile w życiu doświadczył zła, braku zainteresowania rodziców, alkoholizmu ojca, braku miłości matki, krzywdy od brata, itd Potem jeszcze te nieurodzone dzieci... Wiele by tu pisać ale nie chodzi o porównania. Chodzi o to, że miał do terapii, do psychiatry, do psychologów takie podejście jak Ty. Nic mu nikt nie pomoże, bo on jest beznadziejny a oni i tak się na niczym nie znają, a leków nie będzie brał bo nic mu nie pomogą tylko go otępią, itp. Skończyło się tak jak wyżej napisałam - próbą samobójczą. Dobrze, że tylko próbą, która szczęśliwie zmobilizowała go do działania bo się wystraszył sam siebie. Poszedł do psychiatry, wziął leki (przez ok 3 m-ce) i kilka razy był na psychoterapii, powinien chodzić dłużej ale nie chce a pomimo tego jest ogromna poprawa jego życia. Jest radośniejszy, cieszy się życiem, pracą, dzieckiem (tym które żyje). Pomogła psychoterapia. Tylko czy potrzeba było próby samobójczej? Nie pozwól sobie na doprowadzenie siebie do takiego stanu - proszę. Przecież to zamknięcie drogi do Zbawienia - Wiecznego Szczęścia. Dużo już zrobiłeś dobrego ze swoim życiem, działaj dalej, nie zmarnuj tego wysiłku, który włożyłeś w to by iść dobra drogą, powodzenia.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Hanna (---.wtvk.pl)
Data:   2020-01-21 12:28

Bardzo szkoda, że zablokowałeś kontakt z osobą, która wyciągnęła do Ciebie rękę. Są ludzie życzliwi, ale Ty ich odtrącasz. Sam sobie robisz krzywdę, odcinasz się i potem masz pretensje do ludzi, do świata, że Cię krzywdzi i poniża? Otóż wygląda na to, że nie dajesz ludziom szans, że to nie oni Cię krzywdzą, ale to Ty ich odrzucasz. Oni się starają, a Ty masz to w nosie.
Szkoda. Niedobrze. Więcej: głupio! Zmieńmy to.
Odblokuj jeszcze dziś, odpisz, że to zablokowanie to był zły pomysł, dziękujesz za zainteresowanie, może też, że nie jest Ci łatwo pisać, bo masz trudny czas, ale cenisz kontakt.
I podtrzymuj ten kontakt. Możesz kiedyś iść z tym kimś - nie wiem, np. na rower, na kawę, zapytać ją o coś itd.

Szukasz na siłę przeszkód.
Sorry, ale jeśli za przeproszeniem nie ruszysz szanownego tyłka, nie przyjmiesz ludzkiej życzliwości, nie zgłosisz się na terapię, to Twoje tutaj się użalanie jest bez-pro-duk-tyw-ne.
Nie można pomóc osobie, która pomoc odrzuca i szuka dziury w całym.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Alina (---.neoplus.adsl.tpnet.pl)
Data:   2020-01-21 13:05

Cieszę się, że podjąłeś decyzję o wizycie u psychiatry. Proszę, nie odkładaj tego, tylko zapisz się jak najszybciej. Dasz radę! Jesteś osobą, która jest zdolna do autorefleksji, co bardzo jest potrzebne w procesie wychodzenia na prostą.
To koledzy budują swój wizerunek tak, że się może wydawać, że im się dobrze wiedzie, a jak jest naprawdę, tego nie wiemy. Budowanie pozorów, szczęścia nie daje, natomiast przeważnie mści się, choć z opóźnieniem.
Tak jak Ci pisałam, ludzie atakują innych, żeby samemu nie stać się kozłem ofiarnym. Osoba kaleka, o której wspominasz, z lęku przed tym, żeby jej nie wyśmiewali, sama może najgłośniej dokuczać komuś innemu, żeby odwrócić uwagę od swojej osoby.
Co do krzyża, to ja myślę, że Bóg nie dał Ci krzyża, patrząc biernie ile dasz radę unieść, lecz przeciwnie, On cierpi wraz z Tobą i pomaga Ci nieść to cierpienie, które zgotowali Ci inni ludzie.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Alina (---.neoplus.adsl.tpnet.pl)
Data:   2020-01-21 13:31

Do Hanny:
Nie zgadzam się z tym, że pisanie tutaj jest bezproduktywne, nawet jeżeli nie jest się w stanie zmobilizować do działania. Nie zawsze jesteśmy w stanie natychmiast zrealizować to, co radzą nam inni. Nieraz potrzeba czasu żeby wypowiedzieć coś, przemyśleć, przyswoić rady i podjąć działanie. Pewne rzeczy trzeba wpierw poddać refleksji i być gotowym na zmianę. Autor wątku pomocy nie odrzuca.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: 38 na karku (---.7.ftth.classcom.pl)
Data:   2020-01-21 14:04

Może rekolekcje uzdrowienia wewnętrznego "Dawid"? Np. w ośrodku księży misjonarzy św. Wincentego a Paulo w Krzeszowicach koło Krakowa. Będą już w marcu. Można się zapisać chyba jeszcze.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: 38 na karku (---.7.ftth.classcom.pl)
Data:   2020-01-21 14:15

Spojrzałam na to, co pisałeś jako Pusty. Tym bardziej polecam Ci te rekolekcje, lub modlitwę wstawienniczą z udziałem kapłana o uwolnienie.
Z Bogiem.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Margaret (---.wieszowanet.pl)
Data:   2020-01-21 17:02

"Czy minie 10 lat czy ile to marne zmiany".

Jak to mówią - czas i tak minie. Jeśli się nic nie zrobi, będzie tylko gorzej. Lepsze już marne zmiany niż dno. Znam takich, którym się polepszyło. Po krótszym czasie.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Uruk_Hai (---.dynamic.gprs.plus.pl)
Data:   2020-01-21 20:15

"Nie patrząc, że ma żonę, ma dziecko, ma rodzinę, dom, pracę, nic nie było ważne..."

No zachował się strasznie egoistycznie, przykro mi, ale dobrze, że już z nim lepiej. Tylko spróbuj zrozumieć, każdy ma swój świat wewnętrzny i przeżywa na swój sposób, a szczególnie Ci z przeszłością taką. Na przykład ja no wiecie... Ale moja mama nigdy by nie pomyślała, że każdego dnia myślę o śmierci.
Zresztą jestem pewien, że próba samobójcza twojego męża nie była świadoma. No bo kto nie chce żyć? Każdy chcę żyć, tylko Ci którzy nie chcą to tak naprawdę chcą tylko kompletnie inaczej, a jeśli już nie ma szans nawet na namiastkę tego życia, którego by się chciało no to jest samobójstwo. Oczywiście trudno uznać samobójcę za osobę, która stawia Pana Boga na pierwszym miejscu, czyli tak jak powinno być, ale np. ja uważam Pana Boga za najważniejszego w moim życiu, ale niestety na moje nieszczęście i ludzi przygnieconych życiem, bycie wierzącym, nie zwalnia z życia. Wiem, że można uznać to za bezproduktywne ględzienie, doskonale o tym wiem, ale ja już taki jestem, więc wiem też, że moja osoba nie nadaję się nie tylko do życia normalnego, ale nawet do tego, aby mi ktoś pomógł to normalne życie uzyskać.

"Bardzo szkoda, że zablokowałeś kontakt z osobą, która wyciągneła do ciebie ręke"

Musiałem, bo o czym miałbym z nim niby gadać. Spytałby co w życiu robię, co osiągnąłem od lat szkolnych. Co miałbym odpowiedzieć? Nic? Bo on np. ma własną działalność z tego co wiem, życiowo ogarnięty, zręsztą jest aktywnym świadkiem Jehowy, udziela się tam i w ogóle. Przecież nikt się nade mną litować nie będzie. Nie jestem osobą atrakcyjną do utrzymywania ze mną jakichkolwiek kontaktów, może się wydawać, że tworzę sobie sztucznę przeszkody, ale wiem jacy są ludzie i wy też, więc nie mówmy, że...
Zresztą postanowiłem się z tym pogodzić, nie nadaję się do życia z ludźmi i nie chcę walczyć o jakikolwiek kontakt z ludźmi, nie że się poddaję. Tylko myślę, że lepiej dać sobie spokój z myśleniem o tym, aby mieć przyjaciela, dziewczynę, bo to niemożliwe w moim przypadku, a myślenie o tym jeszcze bardziej frustruję, więc przestaję już ględzić przynajmniej co do kontaktów z ludźmi. Szczególnie, że jest dużo podobnych tematów, gdy ktoś narzeka, że nie ma przyjaciół/drugiej połowy i patrząc na to z boku serio wydaję się to bardzo żenujące. Spróbuję się skupić, aby żyć, tylko dla Boga.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: kaja (---.maszyna.pl)
Data:   2020-01-22 10:36

Egoistyczne, nieegoistyczne

"Zresztą jestem pewien, że próba samobójcza twojego męża nie była świadoma. No bo kto nie chce żyć?" - Ty skoro planujesz od dłuższego czasu i codziennie myślisz o samobójstwie.

To choroba, to bezradność, to brak wiary w siebie, to brak samoakceptacji, to brak pomysłu na rozwiązanie problemu, to brak znajomych (bo po co ich mieć skoro nic im nie mogę dać od siebie), to wieczne pretensje do siebie o wszystko, do świata o zły los, do wszystkich i o wszystko, to brak przyjęcia pomocy od życzliwych, to brak chęci do zmiany życia, brak chęci do podjęcia psychoterapii. Dużo by tego wymieniać, tak myślał (i jeszcze torchę myśli) mój mąż, rozpoznajesz siebie? Przed moim mężem jeszcze długa droga do szczęścia ale podjął próbę zmiany i cały czas pracujemy oboje nad tym by jego życie, nasze życie, życie naszego dziecka było lepsze. Bez psychoterapii, bez przyjęcia pomocy, bez decyzji, że chce się spróbować czegoś nowego nic się nie zmieni. Ty zrobiłeś już bardzo dużo, bo np pojednałeś się z Bogiem, mój mąż od kilku miesięcy zaczął (po długiej przerwie) chodzić na mszę świętą w niedzielę, co jest wielką zmianą w jego życiu ale do sakramentów jeszcze nie przystępuje (chociaż kiedyś nie miał z tym problemu), zmienia po maleńku mechanizmy swojego działania i mam nadzieję, wróci do normalności nasze życie. Ja chodzę na spotkania z psychologiem by nauczyć się z nim żyć, by uczyć go jak żyć i to daje bardzo pozytywne efekty - psychoterapia to nie czary, to praca nad sobą z człowiekiem, który zna się na psychologii/psychiatrii, to ogromna pomoc kogoś kto podchodzi do naszych problemów jak do zadań matematycznych, które maja swoje rozwiązanie jeśli zna się zasady matematyki. Napiszę Ci kolejny raz byś dał sobie szansę i podjął psychoterapię - nie będę więcej tego powtarzać bo Ty sam musisz tę decyzję podjąć. Uważam, że jak nie spróbujesz to nie będziesz wiedział czy warto. Powodzenia! Mam ogromną nadzieję, że nie poddasz się temu co Cię męczy i zwycięży Dobro w Twoim życiu.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Alina (---.neoplus.adsl.tpnet.pl)
Data:   2020-01-22 11:48

(...) wiem też, że moja osoba nie nadaję się nie tylko do życia normalnego, ale nawet do tego, aby mi ktoś pomógł to normalne życie uzyskać"

Bardzo mi jest przykro, że tak się czujesz. Ale to nie jest prawda o Tobie. Jesteś wartościowy i możesz prowadzić normalne życie, pod warunkiem, że będziesz tego chciał. Czytając słowa, które napisałeś, mam poczucie, że odmawiasz sobie prawa do posiadania godności osobowej, która jest przecież niezbywalna! Tak nie można; myślę, że napisałeś to pod wpływem emocji, a nie że tak naprawdę myślisz.

Jeśli chodzi o kontakt z kolegą, który się do Ciebie odezwał, nie potępiam Twojej reakcji. Domyślam się, że kontakt z kolegą ze szkolnych lat, pośrednio dotyka ran, które zadali ci rówieśnicy. Nawet jeżeli ta osoba się nad Tobą nie znęcała, to łańcuch wspomnień i tak przywołuje tamte bolesne zdarzenia.
Z drugiej strony, patrząc z perspektywy tamtego kolegi, odezwał się do Ciebie być może z jak najlepszymi intencjami, a tymczasem został zablokowany. Może to być dla niego niezrozumiałe. Bo przecież on miał dobre zamiary i w przeszłości też chyba Cię nie krzywdził. Więc dlaczego został tak potraktowany?
Masz prawo nie czuć się pewnie w relacjach z innymi ludźmi, bo wiele zła doświadczyłeś, ale nie można wrzucać wszystkich "do jednego worka". Nie wszyscy ludzie są źli, czekający, żeby Ci zrobić krzywdę. Są też ludzie życzliwi, współczujący. Trzeba pozwolić ludziom, żeby choć odrobinę się do Ciebie przybliżyli. Nie znaczy to, że masz przed nimi wszystko o sobie opowiadać, ale może troszkę uchylić ten kolczasty pancerz, który chroni Cię przed światem.

"Spróbuję się skupić, aby żyć, tylko dla Boga."
Co dla Ciebie znaczy życie tylko dla Boga? Czy życie dla Boga to zamknięcie się w swoich czterech ścianach i klepanie modlitw? Przyznasz chyba, że nie o to chodzi w chrześcijaństwie. Zostałeś stworzony z miłości i do miłości. Może trudno Ci to przyjąć, bo nie do końca wiesz co to naprawdę znaczy, przez swoje trudne doświadczenia.

Chciałabym zaproponować Ci lekturę książki "Chata", której autorem jest Wiliam P. Young (klik). Myślę, że ta książka wniesie w Twoje myślenie nową perspektywę. Inaczej spojrzysz na relację z Bogiem i niezawinione cierpienie. Książka nie jest długa, ale myślę, że warta przeczytania.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: pewnaosoba (---.centertel.pl)
Data:   2020-01-22 12:19

Chociaż nie umiem to pragnę napisać Ci kilka słów otuchy.
Korzystaj z sakramentów, spowiedzi, przyjmuj z wiarą często Pana Jezusa. On Cię rozumie i będzie leczył Twoje poranione serce i uzdrawiał Twoje relacje z ludźmi. Proś Jezusa, abyś umiał przebaczyć ludziom którzy Cię zranili.
Pan Bóg pragnie działać przez ludzi. Nie wiem czy tak było, ale może to Pan Bóg postawił na Twojej drodze tą osobę, że napisała do Ciebie. Szkoda, że nie odpisałeś.
I tak samo psycholog, rozumiem, że to trudne mówić o sobie do obcej osoby, ale można się tego nauczyć. Też było to dla mnie ciężkie i nadal jest, ale najtrudniejsza jest pierwsza rozmowa.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Za moich czasów (---.neoplus.adsl.tpnet.pl)
Data:   2020-01-22 13:45

Ja bym tak stanowczo nie posyłała autora wątku w kierunku Świadka Jehowy. Chłopak ma doła, jest samotny, nie umie się w tej chwili odnaleźć w życiu. To doskonały "materiał" dla ŚJ. Oni na początku atakują miłością, więc każdy spragniony miłości, zrozumienia, łatwo wpada w ich ręce, wierząc, że tak będzie zawsze. Tymczasem to nie połączy z ludźmi tylko wprowadzi w izolację od resztki znajomych. Za chwilę będzie dużo gorzej, straci resztę wiary, którą dopiero na nowo buduje, straci resztę bliskich ludzi i nie wiadomo jak to się skończy. ŚJ nie przychodzą bezinteresownie. Można z nimi pogadać jak się jest mocnym we własnej wierze i mocnym psychicznie, inaczej człowiek się nie obroni. Taka znajomość to może być gwóźdź do trumny, a nie ratunek.

Przypomnę świadectwo Sylwii: (klik)

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Uruk_Hai (---.dynamic.gprs.plus.pl)
Data:   2020-01-23 01:47

"Dużo by tego wymieniać, tak myślał (i jeszcze torchę myśli) mój mąż, rozpoznajesz siebie?"

Może trochę, ale jednak to inne sytuację, twój mąż ma obowiązki, którymi dobrowolnie się związał. Ma Ciebie i wasze dziecko, więc w jego przypadku samobójstwo było by bardzo złe, najbardziej by wam zniszczył życie, samemu umywając od tego wszystkiego ręce, mam nadzieję, że mu już żadne tego typu głupoty o strasznych konsekwencjach nie przyjdą do głowy.
W moim przypadku akurat na szczęście mnie tu za bardzo nic nie trzyma. Mam wszystko gotowe, gdyby jednak nic mi się nie udawało nadal, ale to nie znaczy, że to zrobię. Poza tym czytałem dużo o tym i śmierć wcale nie jest taka łatwo, nawet przez najskuteczniejszą metodę, czyli powieszenie. Ryzyko nieudanego samobójstwa jest duże, natomiast konsekwencję nieudanej próby mogą być opłakane, co mnie jeszcze bardziej skłania, aby jednak tego nie próbować.

"Czytając słowa, które napisałeś, mam poczucie, że odmawiasz sobie prawa do posiadania godności osobowej, która jest przecież niezbywalna!"

Podobnie powiedział, ksiądz u którego miałem spowiedź generalną, tym właśnie mi pomógł, bo wcześniejsze spowiedzi były złe z mojej strony, ale też u księży, u których byłem to wszyscy najwięcej odnosili się do mojego wplątania się w relację z Szatanem, i różnych rzeczach, które mnie jeszcze bardziej straszyły, jeden nawet powiedział takie coś, że moje nawrócenie może trwać długie lata i przez moje ofiarowanie się Szatanowi mogę być jeszcze bardzo długo pod jego władzą, co przyniesie mi dużo cierpienia, ale żebym nie tracił nadzieji, jednak po takiej spowiedzi to nadzieję straciłem od razu po wyjściu z kościoła. Natomiast ten ksiądz, u którego miałem spowiedź generalną, jako jedyny powiedział mi w serdeczny sposób, bo po spowiedzi tłumaczył mi dosyć długo, że widząc jaką osobą jestem to Szatanem nie muszę się przejmować, natomiast największym moim przeciwnikiem jestem ja sam i nad tym abym pracował.

"Nie wszyscy ludzie są źli"

Oczywiście, ja o tym wiem znakomicie. Są dobrzy ludzie, np. wy tutaj, i w ogóle w wielu miejscach można spotkać serdecznych ludzi. Żebyście nie myśleli, że jestem jakiś z wstrętem do ludzi. Widzę przecież jacy ludzie są dobrzy pomocni, szczególnie kobiety, które jeszcze mają tą wrodzoną delikatność. Tylko właśnie o to chodzi świat jest pełny dobrych, pięknych, ludzi itd., a znając siebie to nie chcę nawet wchodzić w to i zaburzyć to wszystko swoją osobą, mniemanie o sobie mam bardzo złe. Wręcz zakodowane od dziecka, mam same złe rzeczy, i myślę, że to tak głeboko w głowie, że nawet bałbym się od nich uwolnić, a wręcz bym nie chciał ze strachu. Tak jakbym nie pozwalał sobie na nic dobrego. Nie jestem szczęśliwy tak długo, że nawet nie chcę sobie pozwolić, aby się taki stać. Dosłownie jakbym przepraszał za to, że żyję.
Takie myślenie myślę, że mi utwierdziła szkoła, a tu też taki ciekawy fakt wam podam. Konkretnie to w podstawówce nikt mi nie dokuczał mimo, że byłem zamknięty to jeździłem na zawody sportowe dużo i może dlatego po prostu miałem łatkę takiego sportowca, którego nie ma po co się czepiać, ale wtedy miałem w klasie osobę podobną do mnie i jemu właśnie dokuczali, zresztą nie oszukując się w każdej prawie klasie jest taka osoba. Ale miewałem z tą osobą lekki kontakt, szkoda mi go było, tylko że to była podstawówka, więc raczej to nie było brutalne tylko tam czasem go wyśmiali i takie tam. Tylko wiecie co, kiedyś nawet pamiętam jak dziś jak wracałem do domu ze szkoły to powiedziałem w myślach, że dziekuję że nie mam tak jak on. Myślę, że to było okropne z mojej strony, nie chciałem mieć jak on nie myśląc wcale, aby mu jakoś pomóc. Choć no pogadałem z nim czasem, dawałem mu ciągle lekcję spisywać też, zresztą jak wielu osobom, ale to raczej marna pomoc. Choć też w sumie nie byłem kompetentną osobą, aby mu pomóc w tym aby go zostawili, tak jak mówie nie było to brutalne znęcanie, ale bedąc dzieckiem to wiecie... Chłopak nawet raz w bibliotece płakał pamiętam, tylko nadal nie wiem jak mogłem tak pomyśleć, nie myśląc w ogóle o nim. W sumie może to była samospełniająca się kara, bo w gimnazjum mimo, że nadal byłem dobrym sportowcem to już nikt mnie nie szanował. Już po jakiś kilku miesiącach byłem najbardziej znanym kozłem ofiarnym w szkole. I tu, żebyście nie myśleli, że przeżywam coś co było błache. Trafiłem na ten czas, w którym wiecie co było w gimnazjach... U mnie to w szkole można powiecieć normalnie gangi jakieś były chyba, do tego papierosy, alkohol, nawet w szkole, narkotyki też bo tam palil różne zioła, pewnie seks też bo każdy praktycznie miał dziewczynę i na przewrach się obmacywali wszyscy, a Ci co najbardziej mnie gnębili to mięli nawet sprawy w sądzie o różne rzeczy, kuratorów itd., a do szkoły to przynosili w plecakach noże, takie o charakterystycznym wyglądzie chwaląc się nimi, a raz chyba nawet było coś takiego, że chłopak pistolet przyniósł do szkoły i ja w tej chwili nie żartuję. W łazienkach palarnie były i w ogóle jeden wielki burdel. Nawet kierowca autobusu przyzwalał na palenie elektrycznych papierosów, a nawet sam też palił, serio dla mnie to wszystko było normalnie jakbym w wiezięniu siedział będąc niewinny z jakimiś psycholami. Nie będę podawał przykładów jak mi się dostawało bo serio nie chcę tego wspominać. I tu nie było, tak że dało się tego uniknąć, postawić się innym, gdybym się postawił to nie zdziwiłbym się jakby mnie jeszcze tam zabili, w sumie teraz miałbym spokój, nauczyciele to samo na początku próbowałem rozmawiać z wychowawcą to ona powiedziała, żebym był bardziej otwarty to nikt się nie będzie czepiał, no po tym dałem sobie spokój, i to mi się wgrało w głowę, co by się nie działo, to nie rób bo i tak nic nie możesz. Na szczeście nie ma już gimnazjów bo to były okropne miejsca. No i też w gimnazjum powiem, że miałem taką myśl, która mi została w pamięci oprócz błagania o śmierć to poprosiłem pamiętam raz w myślach, niech będę kompletnie sam tylko niech mi już wzzyscy dadzą spokój. Szczerze mówiąc to się spełniło w technikum, tam byłem na uboczu samotny, też mi było źle. No i tak zostało do teraz. Nie wiem, nic złego nie robić, nie palić, nie pić, dobrze się uczyć, dbać o zdrowie, starać się dobrze funkcjonować, a i tak zostajesz przejechany jak walec po szmacie. A wiecie co mi też zapadło w pamięć, gdy jeszcze na początku się zaczęli mnie prześladować to odważyłem się powiedzieć "dajcie mi spokój, co wy ode mnie chcecie przecież nic wam nie zrobiłem" a wiecie co usłyszałem, "Nic po prostu jesteś, a my takich nie lubimy". Dużo czasu minęło, a ja nadal o tym dokładnie pamiętam i pewnie będę już zawsze, tak samo jak o mojej mamie, która nigdy nie była taka jaka bym chciał, aby była, zresztą bardzo często śni mi się moja mama i zazwyczaj w taki dziwaczny sposób, że jak się budzę to się dziwnie czuję, pewnie dlatego, że o niej myślę najwięcej. No bo ja tego rozumię, przecież mogłoby być tak pięknie, nawet gdybym był w tej sytuacji co teraz, ale miałbym kochającą mamę, no dobra ojciec alkoholik no i co z tego. Przecież mama miała mnie, a jak nie, to nie trzeba było mieć dzieci. No gdybym ja miał dziecko to otaczał bym je miłością tak mocno jak tylko bym potrafił, a nie... Beznadziejne to stworzenie sztucznych problemów, a teraz ja muszę płacić za czyjeś błędy, a na świat się nie pchałem, a wręcz odwrotnie. Jak tak o mamie myślę to, aż mam ochotę się znowu zbuntować przeciwko Bogu, ale spokojnie już tego nigdy nie zrobię, wiem, że Szatan i tak mi nic nie da, ale frustruję mnie to. No przecież ja byłbym dla mamy grzeczny i robiłbym co by tylko chciała, do stóp bym jej padał, no to dlaczego ona taka była zawsze? ;( 22 lata, ale nadal jestem dzieckiem, nie chcę się dołować, ale tym więcej myśle o tym wszystkim, o tym całokształcie mnie i mojego życia to chcę pójść spąć i już nigdy się nie obudzić.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: kaja (---.maszyna.pl)
Data:   2020-01-23 14:52

Możesz wyszukiwać różne podobieństwa i różnice w wielu sytuacjach, ale co Ci to da? Możesz tłumaczyć, że ktoś coś gorzej, ktoś coś lepiej pomyślał tylko co to da? Możesz spróbować terapii i wtedy powiedzieć nam czy to coś dało czy nie... Możesz dużo. Pytanie czy chcesz cokolwiek zrobić by zmienić swoje życie na lepsze? Powodzenia

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Alina (---.neoplus.adsl.tpnet.pl)
Data:   2020-01-23 22:11

Z tą wrodzoną delikatnością kobiet, to różnie bywa :) Czasem jak się obserwuje niektóre dziewczyny, to trudno dostrzec w nich tę delikatność...
Cóż nie należy popadać z jednej skrajności w drugą (ludzie są źli versus ludzie są wspaniali).
Każdy z nas ma w sobie wiele dobrych cech i nie możesz twierdzić, że Ciebie to nie dotyczy. Ty nie chcesz dopuścić do siebie myśli, że jesteś wartościowy. Od takiego myślenia uwolnić się można w trakcie terapii. Ale nawet możesz zacząć już dziś to zmieniać. Zapisuj sobie to, co zobaczysz, że jest w Tobie dobrego. Zrób sobie listę sprawności, cech charakteru, które wydają Ci się (bo może nawet nie jesteś pewny), że są Twoją zaletą. Ta lista nie musi powstać natychmiast, możesz ją mieć w zasięgu ręki i jak coś sobie uświadomisz, to zapiszesz. I nie mów, że ta kartka będzie pusta. Na początek podsunę te kilka rzeczy, które wyłaniają się z Twoich wpisów: szukający Boga, wrażliwy, wysportowany, wolny od używek, wczuwający się w innych, walczący z wadami, samoświadomy...
To tylko początek listy. Ty znasz siebie najlepiej. Spójrz na siebie uczciwie, nie umniejszaj żadnego dobra, które w Tobie jest. Lista jest otwarta. Możesz ją uzupełniać o coraz to nowe mocne strony. Popatrz na tę listę. Czy naprawdę takiego człowieka nie byłbyś zdolny pokochać? Czy sądzisz, że nikt nie zobaczy tego dobra w Tobie?

Co do sytuacji z podstawówki, to ja osobiście widzę w tym jedną rzecz - rozumiałeś ból tamtego kolegi, ale to nie Ty jesteś od rozwiązywania problemu przemocy w klasie, lecz szkoła (szkoła pewnie wiedziała, bo płakał w bibliotece). To, co ważne - to, jak rozumiem- nie uczestniczyłeś w wyśmiewaniu tamtego chłopaka. Co więcej być może sam się narażałeś na niechęć ze strony innych poprzez to, że z nim rozmawiałeś, pomagałeś mu. To przecież pewne ryzyko, żeby utrzymywać kontakty z kozłem ofiarnym. Nie bądź zbyt krytyczny wobec siebie za to,co pomyślałeś wtedy. Nikt nie chce być źle traktowany. Identyfikowałeś się z tym kolegą i czułeś, że to równie dobrze mógłbyś być Ty. Zostaw tę sprawę. Dziecko w podstawówce nie jest od rozwiązywania spraw przemocy. Nie obwiniaj się.

Wiem, że młodzież bywa okrutna. Trafiłeś wtedy w fatalne środowisko. Spotkało Cię wiele złego. Rozumiem Cię. To nigdy nie powinno się zdarzyć. Nie musisz tłumaczyć dlaczego czułeś strach przed tymi ludźmi. Oni nigdy nie powinni tak postępować. Przemoc w jakiejkolwiek formie jest niedopuszczalna. Piszesz, że nie miałeś się jak przeciwstawić. Nie mogłeś, to oczywiste - sam przeciw grupie agresorów. To, że stałeś się kozłem ofiarnym nie było Twoją winą. Wiesz dlaczego padły te słowa, że nie lubią takich jak Ty? Bo byłeś po prostu inny. Nie godziłeś się na zło, które było w otoczeniu, nie chciałeś być jak oni. Wiem, że Cię tamte słowa zabolały, ale zobacz kto je wypowiedział. Te słowa świadczą jedynie o nim, nie o Tobie. Dla osoby, która dopuszcza się różnych form zła, człowiek który tego nie pochwala (nie współuczestniczy), staje się wrogiem numer jeden, którego trzeba zdeprecjonować i zniszczyć. Przecież oni nie przyznają się, że postępują źle. To działa w myśl zasady "Kto nie jest z nami, jest przeciwko nam". Gdybyś postępował tak jak oni, pewnie miałbyś spokój. Ale Ty nie chciałeś być taki, jak oni. Poniosłeś tego bolesne konsekwencje. Choć fizycznie i psychicznie oni mieli nad Tobą przewagę, to moralnie Ty byłeś górą. No i co, przychodzą Ci do głowy kolejne Twoje dobre cechy, które mógłbyś wpisać na listę? Ja je widzę, mam nadzieję, że Ty też to zobaczysz.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Uruk_Hai (---.dynamic.gprs.plus.pl)
Data:   2020-01-25 00:49

"Możesz spróbować terapii i wtedy powiedzieć nam czy to coś dało czy nie... Możesz dużo. Pytanie czy chcesz cokolwiek zrobić by zmienić swoje życie na lepsze?"

Z psychiatrą spróbuje na pewno, tylko w najbliższych 1/2 tygodniach, bo wiecie przez tyle czasu zaniedbałem mnóstwo spraw i muszę, niektóre z nich pozałatwiać, szczerze mówiąc jak tak próbuję wchodzić w ten świat to nie jest, aż taki straszny jak mi się wydawało. Natomiast ludzie mimo, że nadal ciężko mi się ich nie bać to względnie nie zwracają na mnie uwagi. Tylko jak tak widzę ludzi, to jednak trudno mi nadal myśleć, żeby kompletnie nie zajmować się nimi, w sensie chciałbym mieć jedną osobę, taką, która najlepiej to by miała podobne problemy do moich. Oczywiście bycie sam to najmniejszy problem, ale myślę, że mając taką osobę miałbym większą motywację, no i też miałbym szansę przynajmniej spróbować nauczyć się nawiązywać relację. Tylko gdzie kogoś takiego znaleźć?

"Ty nie chcesz dopuścić do siebie myśli, że jesteś wartościowy"

No tak właśnie jest i wiem o tym. Nawet myśląc o zaletach itd. To dla mnie jest to niemożliwe. Szczerze mówiąc dla mnie uznać siebie za kogoś wartościowego to równoznaczne z zawaleniem się całego świata w mojej głowie. Od zawsze zacięcie walczę z samym sobą i nie wyobrażam tego sobie wręcz mam takie przeświadczenie to by było nawet złe.

Co do kolegi z podstawówki to nie, że jakoś się strasznie obwiniam, choć żałuję, że wtedy tak pomyślałem. Jego akurat historia, można powiedzieć jest z happy endem, bo teraz jako dorosły mieszka w Anglii z dziewczyną więc pewnie u niego spoko.

Co do mnie i tych, którzy mi nie dawali spokoju. To najbardziej mnie frustruję to, że im się wiedzie dobrze i to, że oni są katolikami. Tyle dobrego, że oni mieszkają daleko i raczej w kościele do którego chodzę się nie spotkamy, bo gdyby tak się stało to pewnie wyszedłbym z niego i już nigdy nie wrócił. Wiem, że do kościoła się chodzi dla Boga, ale ten mój obraz Boga jest taki jaki jest, no i tyle. Także czuję ciąglę i z tym właśnie mam największy problem, który męczy mnie ciągle i co z nim zrobić bo to mnie skutecznie odgradza od Boga i sprawia, że ciągle czuję się źle. Konkretnie to uczucie takiej niesprawiedliwości i nie chodzi tu tylko i wyłącznie o mnie, ale też o innych. Przez tą niesprawiedliwość, czuję bardzo często taką złość i bezradność, taką samą czułem przed nawróceniem i to właśnie one mnie popychały do przeklinania Boga, paktów z Szatanem. Teraz tego nie robię mimo, że czuję ciągle pokusę, aby do tego wrócić to wiem, że to i tak by mi ulgi nie przyniosło bo wcześniej gdy to robiłem to i tak było gorzej. No więc teraz nie robię z tym nic i to ciągle we mnie narasta, czuję się nie pogodzony z Bogiem, oraz ze sobą i światem (choć to skurat można zrozumieć). Nie oczekiwałem, że po nawróceniu ma być super, ale czy katolik no np. wy czujecie takie coś? Taki wewnętrzny nieustanny pożar i niewypowiedziana złość?

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Kalina (---.dynamic.chello.pl)
Data:   2020-01-25 14:53

"Przez tą niesprawiedliwość, czuję bardzo często taką złość i bezradność, taką samą czułem przed nawróceniem..."

Spróbujmy to uporządkować duchowo.
Nawrócenie to nie jest jednorazowa deklaracja wiary. Nawracane to jest droga z Bogiem do końca życia. Nawracanie to każdy dzień, w którym budujemy coraz głębszą więź z Bogiem. Pierwszym krokiem, w tej drodze, którego dokonałeś, jest Sakrament pokuty i pojednania. Pojednania z Bogiem, bliźnim i samym sobą.

"...Tyle dobrego, że oni mieszkają daleko i raczej w kościele do którego chodzę się nie spotkamy, bo gdyby tak się stało to pewnie wyszedłbym z niego i już nigdy nie wrócił..."

"9 Kto twierdzi, że żyje w światłości,
a nienawidzi brata swego,
dotąd jeszcze jest w ciemności.
10 Kto miłuje swego brata,
ten trwa w światłości
i nie może się potknąć.
11 Kto zaś swojego brata nienawidzi,
żyje w ciemności
i działa w ciemności,
i nie wie, dokąd dąży,
ponieważ ciemności dotknęły ślepotą jego oczy."
(1 J 2, 9-11)

Myślę, że to bardzo ważny w Twojej sytuacji fragment Słowa Bożego.
Psychiatra, psycholog, jak najbardziej ale bez pragnienia prawdziwego i głębokiego nawracania, bez odwołania się do uzdrowieńczej mocy Boga, medycy będą mieli ograniczone pole działania. Analizując to co dotychczas napisałeś, Twój ból ma swoje źródło w zranieniach, których doświadczyłeś w rodzinie i wśród znajomych.
To wszystko już się dokonało, nikt tego nie cofnie, tego nie wymażesz ze swojego życia. W Tobie z pomocą Boga, lekarza, ludzi Ci życzliwych, jest siła by oddać Bożemu miłosierdziu to co było raniące, bolesne w przeszłości. Rozdrapywanie starych ran, tę raną wciąż jątrzy. A chyba chodzi o to, by się zagoiła. Zamknięcie tej przeszłości będzie pierwszym krokiem do uzdrawiania.
1 "niedawno nawróciłem się, przystąpiłem do spowiedzi generalnej, wypłakałem się, zacząłem chodzić do kościoła (przez całe zycie nie chodziłem) mimo, że sprawia mi to trudność. Ogólnie w sferze duchowej teraz jest spoko, modlę się regularnie, czytam pismo Święte, ciaglę skupiam swoje myśli na Bogu."
2 "Co do mnie i tych, którzy mi nie dawali spokoju. To najbardziej mnie frustruję to, że im się wiedzie dobrze i to, że oni są katolikami."

Zestaw te swoje dwie wypowiedzi. Dostąpiłeś od Boga łaski nawracania. Dlaczego odmawiasz tej łaski tym, którzy w przeszłości Cię krzywdzili? To było kilka, kilkanaście lat wstecz. Spójrz jaką dobrą drogę do Boga Ty przeszedłeś , długa droga przed Tobą. Ci znajomi też już nie są tymi samymi nastolatkami, którzy Ci dokuczali, dla nich droga nawracania też jest otwarta. Nie wiesz tego co dzieje się w ich duszach. Może oddali zło, które Tobie wyrządzali Bożemu miłosierdziu, dostąpili rozgrzeszenia. Mimo grzesznej przeszłości, mają prawo być w Kościele jako wspólnota i przychodzić do dowolnego kościoła.
Każdy z nas pracuje na własne zbawienie. Ty pracuj na swoje. Zatwardziałe trwanie w gniewie, brak przebaczenia to duża przeszkoda wzrastania w wierze.
To może być trudny i żmudny proces, emocje mogą się buntować na dawne wspomnienia. To wybaczenie dotyczy zarówno znajomych jak i najbliższej rodziny. Mimo poczucia własnej krzywdy, brak przebaczenia jest grzechem.
Sam dla siebie, we własnym sumieniu zbadaj jak się ma jeden z warunków ważnej spowiedzi- postanowienie poprawy. Twoje emocje mogą Ci jeszcze na to nie pozwalać ale czy jest przynajmniej deklaracja sumienia. Oddawaj Bogu podczas spowiedzi temat braku przebaczenia, proś o światło jak pokonać ten trud. Bądź cierpliwy i trwaj w nadziei, że przebaczenie nastąpi, tylko pragnij tego. To Twój balsam na rany.

" czuję się nie pogodzony z Bogiem, oraz ze sobą i światem (choć to skurat można zrozumieć). Nie oczekiwałem, że po nawróceniu ma być super, ale czy katolik no np. wy czujecie takie coś? Taki wewnętrzny nieustanny pożar i niewypowiedziana złość?"
Po powrocie do Boga uwrażliwiamy się na to co w nas, w świecie. Grzeszne czyny, nieprawości nasze i tego co wokół nas wychodzą jak krople oliwy na powierzchnię wody. To może się ujawniać w "pożarze" Ale to świadczy o braku odpoczynku w Bogu, od Boga pochodzi tylko dobro.

"28 Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. 29 Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych" (Mt 11, 28-29)

Bóg jest cierpliwy, kochający, wie o Twoich złościach, niepogodzeniach, zna Ciebie lepiej niż Ty sam siebie znasz- Psalm 139
Czytaj Ewangelie, ucz się z nich przebaczania. Czytaj np. Listy św. Pawła. Zapoznaj się ze Słowem Bożym na dziś:https://niezbednik.niedziela.pl/liturgia/2020-01-25
Taka droga jak św. Pawła jest otwarta dla Ciebie i dla wszystkich, którzy Cię kochali nie taką miłością jakiej pragniesz, którzy byli Twoimi prześladowcami.
Czytaj Księgę Mądrości Syracha, dużo drogowskazów, czytaj List Św. Jana-list miłości.

"W moim przypadku akurat na szczęście mnie tu za bardzo nic nie trzyma. Mam wszystko gotowe, gdyby jednak nic mi się nie udawało nadal"
Możesz ofiarować swój trud, cierpienie, doznawane przykrości, sukcesy i porażki w intencji bliźnich. Wiesz jak cierpienie smakuje, zjednocz się modlitwą z innymi cierpiącymi czy to fizycznie czy duchowo. A cierpiących, póki taki świat istnieje nie zabraknie. Niech więc taka modlitwa stanie się Twoim "trzymaniem"

https://www.youtube.com/watch?v=R3uqWhd_TdA
Piękna modlitwa.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Alina (---.neoplus.adsl.tpnet.pl)
Data:   2020-01-25 17:36

Bardzo mocno chciałabym podkreślić, że uczucia nie podlegają ocenie moralnej. Nie ma emocji "dobrych" i "złych". Mogą być przyjemne lub nie, ale nigdy nie są złe. Złość nie jest grzechem. Pojawia się w sposób naturalny i towarzyszy w różnych sytuacjach każdemu człowiekowi. Tłumienie emocji nie jest właściwą techniką, ani celem, do którego należałoby dążyć.
Jednym ze sposobów radzenia sobie z emocjami, które są dla nas nieprzyjemne jest wypowiadanie ich lub zapisywanie. Sprzyja to wygaszaniu emocji, zmniejsza ich intensywność. Także najlepiej by było, żebyś uświadomił sobie jaka emocja Ci w danym momencie Ci towarzyszy, zauważył ją i zapisał. Zobaczysz, że dużo szybciej ten stan emocjonalny przeminie.
Spróbuj, proszę, zastosować te wskazówki, o których Ci pisałam.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Kalina (212.180.232.---)
Data:   2020-01-25 22:55

@Alina,
jeżeli Twoja wypowiedź o złości jako grzechu, dotyczy tego co napisałam. Proszę przeczytaj uważnie
"Zatwardziałe trwanie w gniewie, brak przebaczenia to duża przeszkoda wzrastania w wierze.
Mimo poczucia własnej krzywdy, brak przebaczenia jest grzechem." BRAK PRZEBACZENIA

Nie oceniam też w żaden sposób (dobre/ złe)emocji założyciela wątku. Napisałam, że emocje mogą utrudniać proces przebaczania, nie ma ani słowa o ich tłumieniu.Wręcz przeciwnie, uświadamiam, że to może potrwać.
Bóg nie jest w tej sytuacji dodatkiem do działania psychologa/psychiatry. Jeżeli wierzymy w Boga miłującego i wszechmocnego to w uzdrawianiu z tak bolesnych zranień Jego działamie jest pierwszoplanowe, tak, jak we wszystkim dla człowieka wierzącego.

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Uruk_Hai (---.dynamic.gprs.plus.pl)
Data:   2020-01-27 22:22

Zdarzyło mi się ostatnio znowu "narozrabiać" z Szatanem niestety. Miałem już do tego nigdy nie wracać, ale cóż w chwilach słabości stało się. Od razu po tym żałowałem, moja wina, ale nie będę się tym zadręczał bo już to przeżywałem wcześniej i zadręczanie w moim przypadku od razu by mi przyniosło zniechęnie. Wczoraj wyznałem to na spowiedzi, ten brak przebaczenia także. Ksiądz zmówił nade mną modlitwę, wyrzekłem sie na niej Szatana, więc myślę, że jest dobrze. Tylko tyle, że tej nocy miałem straszne koszmary, nie wiem czy to ma jakiś związek, ale nie ważne, mam nadzieję, że już będę mógł spokojnie spać. Wiem teraz, że sama deklaracja "nie będę do tego wracać" nie wystarczy i to, że do tego właśnie mnie popycha to trzymanie urazy do innych, postanowiłem, że przebaczam, choć nie wiem czy to już się stało czy nadal będę w sobie wracać do tego, bo zapomnąć o tym wszystkim się nie da.
Mam też taką prośbę, czy jest tu jakaś osoba, która ma/miała "podobne" problemy do moich lub taka, która takich problemów nie ma, ale której mógłbym się czasem wyżalić, jak i ona, jeśli by chciała mogła by się ze mną podzielić problemami. Potrzebuję kogoś takiego, więc jeśli byłaby taka osoba i wyraża szczerą chęć to bym serdecznie prosił. Więc jeśli moderacja pozwoli to zostawiam tu swój e-mail : (...)

---
Nie, nie godzę się na publikację adresu. Powód: Twoje dobro.

z-ca moderatora

 Re: Beznadzieja. Jeśli coś zmienić to jak?
Autor: Alina (---.neoplus.adsl.tpnet.pl)
Data:   2020-01-28 17:14

Uruk_Hai, pamiętaj, że przebaczenie jest procesem. Dobrze, że chcesz wybaczyć, ale to nie oznacza, że nie będą wracały tamte doświadczenia. Będą. Przebaczenie nie wymazuje pamięci i nie powoduje wygaszenia emocji. Jeśli będą się w Tobie pojawiały emocje żalu czy złości, pozwól im być i nie obwiniaj się z tego powodu. Ważne jest tylko Twoje nastawienie woli - czy pragniesz zemsty, czy chcesz przebaczyć tym, którzy Cię skrzywdzili.

Dobrze, że zamknąłeś sprawę "narozrabiania z szatanem" w spowiedzi. Po raz kolejny zobaczyłeś, że zdominował Cię lęk.Teraz czas na podjęcie konkretnego działania. Może to zmobilizuje Cię do szybszego podjęcia leczenia.

Poszukujesz chyba troszkę drogi na skróty, chcąc znaleźć wirtualnego przyjaciela. Żadna korespondencja nie zastąpi prawdziwych relacji w realnym świecie. Owszem może dać Ci to ułudę bezpieczeństwa, ale nie sprawi, że podejmiesz konkretne kroki. Powinieneś działać w realu, a kontakt przez internet, o ile Ci pomaga, może być jedynie wsparciem w tym działaniu. Niczym więcej. Możesz nadal przecież dzielić się czym zechcesz tu, na Forum Pomocy.

 Odpowiedz na tę wiadomość
 Twoje imię:
 Adres e-mail:
 Temat:
 Przepisz kod z obrazka: