logo
Sobota, 27 lutego 2021 r.
imieniny:
Gabrieli, Liwii, Leonarda, Anastazji – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
ks. Jakub Szcześniak
"Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną"
 


"Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną"

Po kilku latach pracy kapłańskiej zostałem skierowany do dużej miejskiej parafii. Już wtedy miniony rok, trudny dla mnie z wielu powodów, dał odczuć pierwsze syndromy "wypalenia się". Zauważyłem, że moja modlitwa staje się obowiązkiem, a codzienna posługa coraz bardziej naznaczona jest zmęczeniem.
Wielość obowiązków pracy katechetycznej, trwająca blisko sześć miesięcy tzw. "kolęda", warunki budującego się kościoła i plebani pogłębiały we mnie zmęczenie, także trudności w modlitwie, które szybko przerodziły się w niechęć i oziębłość. Można powiedzieć, że przeżywałem pustynię swego serca, na której doświadczałem pokus i zmagań ze złym duchem. Modlitwa Liturgią Godzin zaczęła przypominać posiłek, który spożywa się w pośpiechu.

Pierwsze co umarło w mym sercu...

Kilkuosobowa wspólnota księży była podzielona na liczne zajęcia nie pozwalające na częste spotkania i rozmowy o naszym życiu. Posiłki obiadowe nie gromadziły nas, poza niedzielą, która i tak pochłaniała resztę sił.
Zrozumiałe, że takie życie rodziło wiele napięć, które nie omijały wspólnoty kapłańskiej. Taki klimat nie sprzyjał temu, aby stawać się mocnym. Powoli coraz bardziej w sposób dla mnie niezauważalny w moim życiu zaczęły funkcjonować postawy typowe dla osób przeżywających kryzys swojej drogi, choć nigdy nie brałem pod uwagę odejścia.
Pierwsze, co umarło w mym sercu, to synowska relacja z Bogiem. Z modlitwy mojej zniknęło to wszystko, co jest intymnym doświadczeniem obcowania z Panem, ustępując miejsca formalizmowi zachowań zewnętrznych przepisów dotyczących brewiarza.
Słowo Boże zacząłem traktować utylitarnie jako narzędzie przepowiadania, które w moim odczuciu stało się miałkie i bez smaku.

Kolejne znaki kryzysu

Drugim znakiem kryzysu drogi jest serce, które sądzi bliźnich w taki sposób, aby znaleźć usprawiedliwienie dla siebie. Zacząłem oczerniać innych tak, by moja szarość wydawała się jasnością na ich tle. To negatywne postrzeganie było wyrazem mego buntu, który nie prowadził do przemiany ani tych, których dotykał, ani mnie samego.
Kolejnym, trzecim wyrazem wejścia w stan kryzysu było szukanie "swojego świata". Ze swej natury człowiek nie może żyć w próżni - potrzebuje realizacji siebie przez to, czym się zajmuje. Jeśli to, co robię nie jest tożsame z tym, kim jestem, powstaje pusta przestrzeń, która wypełnia się tym, czym faktycznie żyję - i to jest ten drugi świat.
Często nie zauważamy jak pochłaniają nas nasze nowe zainteresowania, ale widzą to inni, dlatego dobrze jest przyjrzeć się temu, jak jesteśmy odbierani przez najbliższe otoczenie. Formy ucieczki mogą być różne, jest ich zapewne tyle, ile osób przeżywających swoje "emigracje".

Dla mnie osobiście taką ucieczką stała się po prostu "nieobecność". W częstych wyjazdach do współbraci księży, przyjaciół, znajomych, znajdowałem możliwość wypowiadania swoich pretensji i żalów. Ale im głośniej się narzeka, tym gorzej się słyszy samego siebie. Częste odwiedziny paradoksalnie pogłębiały moją duchową pustkę, traciłem jednocześnie możliwość wypoczynku, modlitwy, lektury duchowej czy konstruktywnej rozmowy.
Czwartym przejawem głębokiego kryzysu jest zaniechanie kontaktu ze swoim ojcem duchownym czy stałym spowiednikiem, bądź nie podejmowanie próby znalezienia osoby, która mogłaby towarzyszyć w duchowym rozwoju. Za tym idzie zwykle odejście od regularnej praktyki sakramentu pojednania, (być może jest to powodem, że ksiądz traci sam gorliwość jako spowiednik).

Taka postawa może nawet zrodzić zupełne porzucenie praktyki sakramentu pokuty, co w konsekwencji może wprowadzić w podwójny nurt życia.
Na szczęście, za łaską Pana Jezusa, nie dotknął mnie ten problem. Myślę, że szczerość wobec mego ojca duchownego była między innymi tym, co pomogło mi pozytywnie przeżyć ten kryzys, który uważam za jeden z przełomowych momentów mojej drogi z Panem Jezusem.
Cnoty, podobnie jak wady, są jak konie w zaprzęgu - kiedy rusza jeden, pociąga następne. Miałem wrażenie, że jest to czas, w którym decyduje się kształt mojej duszy. Choć przeżywałem coś na kształt śmierci, to jednak wiedziałem, że Pan Jezus mnie nie zostawi samego. Wiedziałem, że On zna całą moją udrękę duszy i to, że On sam wyznacza czas i miejsce spotkania.

Odnalazłem siebie w Bartymeuszu

Pan Jezus przyszedł do mnie ze swoim Słowem podczas sprawowanej mszy świętej. Miałem wieczorną Eucharystię, podczas której zwykle była głoszona krótka homilia. Zdaje się, że nawet nie zajrzałem do czytań, a jeśli tak, uczyniłem to pobieżnie. W swej pysze byłem przekonany, że "coś" zawsze powiem. Nie sądziłem nawet, że to ja "coś" usłyszę.
Tego dnia przypadała ewangelia o niewidomym Bartymeuszu (Mk 10,46-52). Czytając tę perykopę, czułem, że to historia mego życia. Odnalazłem się całkowicie w postaci Bartymeusza, w jego bezradności, w jego niemocy ujrzenia Jezusa, przechodzącego obok, nie zatrzymując się ani na chwilę.

Wiedziałem, że trzeba mi głośno wołać tak jak on: "Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!"
Wiedziałem, że trzeba wiele cierpliwości, aby usłyszeć Jezusowe słowa: "Zawołajcie go".
Wiedziałem, że konieczna jest ufność wobec Pana Jezusa, by móc odpowiedzieć na Jego pełne miłości i wolności pytanie: "Co chcesz, abym ci uczynił?"
Wiedziałem także, że potrzeba tu wielkoduszności, która jest stałą postawą serca, a nie chwilowym wzruszeniem. Poczułem się zaproszony do codziennej medytacji słowa Bożego, które tak mnie dotknęło.

Lata odzierania się ze złudzeń

Wbrew mojej słabości budziłem się co dzień rano, aby rozważać tę właśnie ewangelię. To codzienne wstawanie nie było wolne od zmagania, zwłaszcza, że był to przełom jesienno-zimowy (co dla niedźwiedziej natury nie jest bez znaczenia).

Przychodziłem wcześnie rano do kościoła, siadając w ławce otulony w ciepłą kurtkę, czytałem ewangelię i... usypiałem, zawsze budząc się przed przyjściem pana kościelnego, tak, że wychodziłem niezauważony przez nikogo. Oczywiście można sobie wyobrazić moją złość na siebie samego i zupełne rozczarowanie tym faktem całkowicie "nie mistycznym".
Oto oślepiony spotkaniem z Panem, nie odnajdowałem Go w codziennej modlitwie, która była przesypianiem tej godziny w kościele. Nie zauważyłem, że to w tej właśnie godzinie On, Jezus mnie odnajdywał. Zrazu chciałem zrezygnować z tej praktyki, uważając, iż rozsądniej będzie spać w ciepłym łóżku, a nie w niewygodnej pozycji w zimnym kościele. Jednak trwając tak zauważyłem, że pomimo zimy na świecie w mojej duszy zaczyna się wiosna, której tak przecież pragnąłem.

Moja pustynia serca stawała się żyzną oazą. Wszystko budziło się do życia, zmęczenie ustąpiło miejsca chęci do posługi i modlitwy. Zacząłem się modlić tym wszystkim, czym żyłem, moją posługą, sakramentami, które sprawowałem, godziny spędzone w konfesjonale były uwielbieniem Bożego Miłosierdzia. Ucząc katechezy, widziałem już nie dokuczliwą młodzież, ale historię życia każdego z nich.

Choć nic nie zmieniło się na zewnątrz, zostali ci sami ludzie i te same okoliczności, to diametralnie zmieniło się moje widzenie świata.
By móc często czytać słowa tej ewangelii, przepisałem ją na ostatniej stronie wszystkich czterech części mojego brewiarza. Słowo Jezusa we mnie nieustannie pracowało także i wtedy, gdy byłem zajęty czymś innym. Po jakimś czasie fragment ten nie tyle znałem na pamięć, co nosiłem je w moim sercu. Czułem jak Słowo Boże pokonuje we mnie przeróżne opory, jak pozwala mi żyć na nowo. Okazało się, że modlitwa nie jest czymś trudnym, jest tak naturalna jak oddychanie. Modliłem się wszędzie, w szkole na przerwach, idąc na kolędę powtarzałem słowa tej ewangelii. Mówiąc obrazowo, przeżywałem to wszystko, co Bartymeusz. I tak siedziałem z nim przy drodze, oczekując na litość, z nim nasłuchiwałem przyjścia Pana, z nim głośno wołałem: "ulituj się!", z nim po omacku podchodziłem do Jezusa. I z nim przejrzałem.

Trwało to dwa lata. Dwa lata zmagań, odzierania siebie ze złudzeń. Lata upokorzeń i miłosierdzia od Pana Jezusa. Dwa lata, w których doświadczyłem jak słowo Jezusa jest leczące. To Jezus sam wyznaczył mi spotkanie między piątą a szóstą rano, to On przychodził do mnie w swoim Słowie, to On w Duchu Świętym dokonywał tego, czego ja sam uczynić nie potrafiłem.

Dość powiedzieć, że od tamtego wydarzenia zacząłem inaczej żyć. Sakramenty święte, a zwłaszcza Eucharystia oraz Słowo Boże stało się dla mnie treścią życia. Jestem pewien miłości Pana. Jeśli nawet nie zawsze chodzimy w Jego obecności, nie zawsze odczuwamy Jego bliskości, to zawsze On jest w mojej obecności, blisko mnie.
To świadectwo chciałbym zakończyć modlitwą do Ducha Świętego, która zrodziła się w mym sercu na samym początku tych spotkań ewangelicznych:

Duchu Święty, Przyjacielu mej duszy.
Ty znasz moje zniewolenie.
Ty widzisz moją bezradność.
Uczyń we mnie to, co ja sam uczynić nie potrafię.
Ty jesteś moim Uświęcicielem, moją mocą i siłą,
o Boże, Duchu Święty.
Zaradź mojej nędzy.
Tobie powierzam to wszystko.
Daj mi siły, abym wystarczająco pracował z Twoją łaską.
Sprawiaj nieustannie to, abym był zawsze Twoją świątynią.
Amen.

ks. Jakub Szcześniak
- kapłan archidiecezji warszawskiej, ojciec duchowny w WSD  absolwent Szkoły Wychowawców Seminariów Duchownych Diecezjalnych i Zakonnych przy Centrum Formacji Duchowej w Krakowie.

 
Zobacz także
s.M.Donata Koska OSC Cap.
W lutym br. minęła 60. rocznica powrotu Sióstr Kapucynek z wygnania do klasztoru w Przasnyszu. Siostry Kapucynki deportowane w kwietniu 1941 r. do obozu koncentracyjnego w Działdowie, po kilku miesiącach zostały w cudowny sposób ocalone. Niemcy w brutalny sposób „załadowali” Siostry w ciężarówkę i niespodziewanie wyrzucili w rowie w okolicach Augustowa i pozostawili je w lesie. To cudowne uwolnienie Siostry przypisują wstawiennictwu bł. s. M. Teresy Kowalskiej, zmarłej w Działdowie...
 
Ks. Wojciech Rzeszowski
Kapłaństwo jest wielkim i nieocenionym darem, który został jednak złożony w „glinianych naczyniach” kruchej ludzkiej natury. Z jednej strony rodzi to zachwyt nad tajemnicą powołania i wdzięczność za hojność Dawcy, z drugiej obawę i drżenie o los świętego depozytu. Kiedy uświadamiamy sobie, w jak nowym, coraz bardziej otwartym i pluralistycznym, a jednocześnie duchowo zagubionym świecie mamy to powołanie realizować, budzi się uzasadniony niepokój...
 
o. Bogdan Kocańda OFMConv.
Życie pod jednym dachem z osobą opętaną przez siły demoniczne nie należy do łatwych. Szybkie zmiany nastrojów, manifestacje demoniczne, które niszczą harmonię życia domowego, a przede wszystkim ciągły lęk o to, co za minutę się stanie – to nieustannie towarzyszy domownikom. Jak sobie z tym wszystkim poradzić?
 
 
___________________
 
 reklama