logo
Środa, 19 stycznia 2022 r.
imieniny:
Erwiny, Henryka, Mariusza, Wulstana  – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Jadwiga Karuk-Maziarska
Czy Bóg dał mi talent?
materiał własny
 


Wszyscy znamy przypowieść Pana Jezusa "O talentach". Dostaliśmy nawet gotową receptę jak powinniśmy je rozwijać, troszczyć się o nie, żeby zasłużyć na nagrodę, pochwałę, a więc żeby "poczuć przyjemność" z faktu, że talent posiadamy. Będąc nastolatką marzyłam, że otrzymam talent, którego rozwijanie i realizowanie pozwoli mi czuć się lepszą od innych, sławną, zapewni mi życie bez losowych wybojów i zawirowań. Jednym słowem młodzieńczy egoizm.
 
Ale w ślad za tym marzeniem pojawiło się głębsze pytanie i niepewność; „Czy ja w ogóle jakiś talent otrzymałam od Boga?” Pismo św. mówi, że każdy człowiek otrzymał talent, więc wierzyłam, że ja też mam ten skarb. Tylko, gdzie mam go szukać i przede wszystkim, jak go nazwać?
 
Ruszyłam w dorosłe życie z twardym postanowieniem odkrycia „moich” talentów. Znajdowałam różne talenciki, dawały mi doraźną, chwilową satysfakcję. Byłam silna fizycznie – zaczęłam uprawiać sport, miałam ładny głos – śpiewałam, byłam dobrym organizatorem – organizowałam pracę, żeby ludzie mniej się w niej zmęczyli lub rozrywkę, żeby mieli okazję lżej odetchnąć. Miałam talent do robienia kariery zawodowej – awansowałam przecież coraz wyżej, realizowało się moje młodzieńcze marzenie życia na wyższym poziomie. Myślałam, że zrealizuje „mój” talent w macierzyństwie. Nie było łatwo. Dylemat matek późnych lat 70-tych – rodzina i praca. Wszystko co robiłam w swoim życiu, robiłam z „wyższych pobudek”, idealistycznych, mówiąc sobie „nic za to nie chcę”, „poradzę sobie sama”. Ludzie mi gratulowali, podziwiali, zazdrościli, „kopali dołki” – ale ja nie czułam się usatysfakcjonowana, czegoś mi ciągle było brak, coś mnie ciągle „uwierało” w środku, coś pchało mnie do innych zajęć, do innych miejsc.
 
Po wszystkich tych porywach i upływie dziesiątek lat jednego byłam pewna. Byłam pewna jakiego talentu NIE otrzymałam od Boga – talentu wytrwałości.
Zwątpiłam. Pomyślałam, że dalsze poszukiwania nie mają już sensu. Jakoś dożyję te następne dziesiątki lat w całkiem niezłym otoczeniu tego co już osiągnęłam.
 
I wtedy życie postanowiło „przyłożyć” mi za to zwątpienie w Bożą obietnicę, że każdy człowiek jest „utalentowany”. ON postanowił „udowodnić” mi, że moje decyzje, moje osiągnięcia, moje potrzeby całkiem nie są moje. Postanowił „udowodnić” mi, że to są dary od Niego, a ja powinnam to w końcu zrozumieć i docenić.
 
Poczucie bezpiecznej stabilizacji i „mój” materialny dobrobyt obróciły się tragedią przeciwko mnie. Ktoś by powiedział: wskutek splotu okoliczności, a ja mówię z powodu mojej życiowej krnąbrności i zadufania znalazłam się znowu jak „nastolatka” na początku drogi... Daleko od kraju, dzieci, rodziny, przyjaznego, znanego otoczenia – sama. Sama? Nie! Znalazłam „wroga”, którego oskarżałam o to co się stało, bo ja przecież jako człowiek nie mam takiej potęgi, żeby tworzyć tragedie w ludzkim życiu. Zarzucałam mu wszystko! Wyrzucił mnie przecież poza nawias dotychczasowego życia, ale równocześnie, uświadomiłam sobie, że nie „poradzę sobie sama”, że potrzebuję ogromnie dużo siły ducha... i, że został mi tylko ON.
 
Pokazał mi, że szukając swojego miejsca w obcym otoczeniu spotykam serdecznych, bezinteresownych ludzi, którzy mi pomagają, którzy są autentycznie wdzięczni za moją pracę, a nie tylko mnie podziwiają. W każdej z tych osób, które naprawdę lubiłam zaczynałam widzieć cząstkę siebie. I odkrycie – jeśli inni mnie lubią taką jaką jestem, bo niczym nie byłam w stanie im zaimponować, to ja też powinnam polubić to co Bóg dał mnie jako osobie.
 
Nauczył mnie, że pomagając innym owocami mojej ciężkiej pracy, można poczuć radość a nie oczekiwanie na wdzięczność większą niż uśmiech i „dziękuję”.
Dał mi tak dobry słuch, że w nieczęstych rozmowach telefonicznych z moimi dziećmi i bliskimi, nauczyłam się odróżniać w ich głosach nieśmiałe tony pozytywnych uczuć do mnie, których nie zabijała moja postawa – „nic od ciebie nie chcę”.
Dał mi tak dobry wzrok, że „widziałam”, że ktoś czymś się martwi, ma problem, potrzebuje rozmowy...
Dał mi odwagę mówić „Kocham Cię”
Dał mi talent JEGO MIŁOŚCI.
I ja ten talent z pokorą staram się pomnażać. Nie zawsze mi się udaje, ale już wiem, że mam ten skarb i nie muszę szukać nowych miejsc, żeby go odnaleźć, mam go zawsze przy sobie – w sercu.
 
Jadwiga Karuk-Maziarska
Immingham, Anglia
 
Zobacz także
ks. Andrzej Orczykowski SChr.
Dnia 10 stycznia 1964 r. podczas sprawowania Mszy Świętej o godzinie 7.00 w kościele parafialnym w Maciejowej k. Jeleniej Góry został zamordowany siekierą ks. Józef Górszczyk SP. O tej porze codziennie Mszę Świętą celebrował inny kapłan, jednak tego dnia ks. Józef przyjął polecenie swojego przełożonego: Józek, odpraw pierwszą Mszę, a ja odprawię później...
 
ks. Andrzej Orczykowski SChr.
Ponad miesiąc temu, późną nocą, kiedy wyszedłem na mój zakratowany balkon, zobaczyłem pewną postać skuloną przed drzwiami kościoła... Pomyślałem, że to może złodziej, lub jakiś lump, chcący wejść do świątyni... Z lekkim drżeniem w sercu zszedłem, aby dopaść drania. Przeszedł już mur odgradzający od ulicy, ale ja musiałem otworzyć bramkę. Kiedy zamki skrzypnęły, chłopak podniósł głowę, którą miał na ziemi... Na twarzy zobaczyłem, między brudem ziemi,że on płacze... "Co tu robisz o tej porze?" - dodałem jeszcze oburzony...
 
Ela Konderak
Pewien szlachcic z La Manczy stracił kontakt z rzeczywistością, bo przeczytał zbyt wiele powieści rycerskich. Uwierzył we wszystko, co w nich napisano, poczuł się powołany do naprawienia wszelkiego zła i na chudej szkapie, w cudaczym stroju wyruszył przywracać chwałę dawnemu rycerstwu. Świat jawił mu się jako miejsce pełne smoków i czarnoksiężników zdolnych zamieniać księżniczki w pospolite chłopki...
 
 
___________________
 
 reklama