logo
Czwartek, 29 października 2020 r.
imieniny:
Angeli, Przemysława, Zenobii, Narcyza, Felicjana, Violetty – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
o. Mieczysław Kożuch SJ
Kryzysy - bez odniesienia do Boga
Pastores
 
fot. StockSnap, Girl | Pixabay (cc)


Wiadomo, że kryzysy różnie są przeżywane i przezwyciężane, także w życiu kapłańskim i zakonnym. Nie zawsze siłą napędową w ich przeżywaniu jest wiara, zaufanie Bogu i szukanie Jego woli. Zdarza się, że nie ma w nich autentycznego odniesienia do Boga. Wówczas Bóg i wartości objawione praktycznie nie stanowią żadnego punktu odniesienia i źródła pomocy w poszukiwaniu mądrych i Bożych rozwiązań w tych trudnych sytuacjach.

 
Ilustruje to analiza konkretnego przykładu wziętego z życia ks. X, który przeżył niedojrzale kryzys swego powołania, bez większego odniesienia do Boga, co doprowadziło do porzucenia kapłaństwa i do wejścia w niesakramentalny związek z kobietą. Człowiek ten otrzymał od Stwórcy bardzo wiele, miał doskonałe warunki do rozwoju, uzyskał odpowiednią formację seminaryjną, aby dojrzeć i stać się osobowością zintegrowaną. Rezultaty tego procesu nie były jednak takie, jakich słusznie można by się spodziewać. Przeżyte lata długiej formacji, wysłuchane konferencje, odbyte rekolekcje, przyjmowane sakramenty święte, dobry klimat mający pomóc alumnowi na drodze kształtowania siebie – wszystko to nie wydało dobrych owoców. Nie da się tego wytłumaczyć, eksponując jedynie wymiar moralny życia ks. X i twierdząc, że się nie modlił czy utracił wiarę. Wymiaru tego nie sposób, oczywiście, pomijać, jest on ważny, ale nie jedyny. Trzeba wyraźnie powiedzieć, że po ludzku sytuacja ta była do przewidzenia. Wynikła ona bowiem między innymi, a może głównie, z niedojrzałości emocjonalnej, która tak bardzo warunkuje odpowiedź człowieka na uprzedzającą go i darmową łaskę Bożą. Korzeni tej niedojrzałości należy szukać w historii życia ks. X. Z kolei brak odpowiedniej formacji ludzkiej, a w konsekwencji niedostatecznej formacji duchowej w seminarium, doprowadził do porzucenia drogi powołania kapłańskiego. Mimo deklaracji, że wszystko będzie podejmował i przeżywał z Bogiem i dla Niego, nie brał Go wystarczająco pod uwagę. Dlatego Bóg i wartości ewangeliczne nie stały się siłą motywacyjną jego zachowań, decyzji i wyborów.

Droga do kryzysu
 
Ks. X miał około 40 lat. Funkcje kapłańskie pełnił blisko 10 lat. Wstąpił do seminarium kilka lat po maturze. Życia kapłańskiego pragnął od dziecka. Znał wielu księży i miał z nimi bliskie kontakty; był bardzo cenionym ministrantem i lektorem. Po przemyśleniach, jak sam mówił, bez cienia wątpliwości wybrał drogę powołania kapłańskiego. Wcześniej, będąc ministrantem i lektorem, był zawsze odpowiedzialny za jakąś grupę przy kościele. Najpierw za ministrantów, potem za lektorów, wspierany zawsze – co trzeba podkreślić – przez jednego z księży, który był prefektem służby liturgicznej. Kapłan ten lubił go, zapraszał do siebie, obdarzał drobnymi podarkami, spodziewając się dyskretnie, że zostanie księdzem. Ów ksiądz był też jego spowiednikiem. X spowiadał się u niego regularnie, ale nie stale. Zawsze unikał wyznania przed nim grzechu masturbacji. Nie mógłby – jak mówił – spojrzeć księdzu prefektowi w oczy po spowiedzi z takiego grzechu.
 
X był człowiekiem bardzo utalentowanym: był muzykalny, jako lektor pięknie czytał, chętnie służył do Mszy świętej, nierzadko do dwóch. Wstępując do seminarium, miał pewność tego, co robi, znał przecież szeregi kapłańskie, wielu księży lubił, a oni wiązali z nim wielkie nadzieje. Formacja seminaryjna przeszła szybko i w zasadzie bez żadnych kłopotów. Od czasu do czasu odwiedzał go jego były prefekt. Był dla niego serdeczny, przywoził tak jak dawniej drobne upominki. We wspólnocie kleryków X był uważany za kogoś, z kim wszyscy się liczyli. Klerycy w seminarium prowadzili zespół muzyczny. X zaangażował się w pracę w zespole, co przysporzyło mu znaczenia i rozgłosu. Choć niewiele siedział nad książką, zdawał dobrze egzaminy. Przełożeni mu ufali. Łatwo uzyskiwał pozwolenia na różne wyjazdy, dlatego dość często odwiedzał swoją rodzinę. Więź ze swoim byłym księdzem prefektem trwała nadal, co więcej, ułatwiała mu wiele spraw w seminarium.
 
Jako kleryk przez cały czas seminarium tak naprawdę nie miał stałego ojca duchownego i spowiednika. Spowiadał się u przygodnych księży, a do oficjalnego duchownego seminarium chodził na miłe – jak sam stwierdza – rozmowy. Masturbacja nie zaniknęła, od czasu do czasu powtarzała się. Nie miał nigdy odwagi porozmawiać na ten bolesny dla niego temat z kimś, kogo cenił, a kto znałby go osobiście. Tak w nadziei, że sprawy się ułożą, że łaska sakramentu go przemieni, przyjął święcenia.
 
Pracował jako kapłan na dwóch placówkach. Najpierw w parafii, po czym posłano go do pełnienia ważnej misji, a później, niejako w nagrodę, został skierowany na studia specjalistyczne. Tutaj właśnie spotkał około 30-letnią kobietę, z którą postanowił złączyć swoje dalsze życie.
 
Jakie były jego pierwsze lata kapłaństwa? Patrząc od strony zewnętrznej, bardzo udane. Jak mówiono, tak oddanego parafii i młodzieży księdza nie było od lat. Porwał młodych, idealnie prowadził katechezę, stworzył zespół muzyczny w parafii i zorganizował wiele różnych grup. Przełożeni byli pełni podziwu, a współbracia kapłani zazdrościli. Nawiązywał bardzo liczne kontakty z rodzinami dzieci, które uczył.
 
Po pierwszej kolędzie relacje z wieloma osobami stały się bardziej intensywne. Poznał bliżej ich warunki życia, wzruszyły go przeżywane przez nie trudności. Nawiązał serdeczne relacje z pewną rozwiedzioną kobietą, której dziecko chodziło na prowadzone przez niego katechezy. Stał się dla niego jak ojciec. Kontakty te doprowadziły go do złamania celibatu z matką tego dziecka. Czując się winny, zerwał z nią, ale zaczął podobne relacje z inną kobietą, której sytuacja była jeszcze trudniejsza. Miała kilkoro dzieci, a mąż jej był poza granicami Polski.
 
Próbował odchodzić, zrywać znajomości, ale nie dawało to trwałych rezultatów. Na zewnątrz wszystko było idealnie. W swym wnętrzu czuł się jednak człowiekiem fałszywym. Swego stanu był świadomy, ale zarazem odczuwał bezsilność, by podjąć trwałą decyzję. Zmiana miejsca, promocja zawodowa, nowa misja, z perspektywą studiów specjalistycznych uspokoiły go i odsunęły wiele okazji do dawnych grzechów. Jego praca na nowej placówce była także bardzo przykładna. Tu również okazał się nieprzeciętną osobowością. W dowód uznania wysłano go więc na studia specjalistyczne.
 
Studia rozpoczął z wielkim zapałem i nadziejami. Będąc osobą bardzo zdolną do nawiązywania kontaktów, stał się powiernikiem (jakby kierownikiem duchowym) wielu osób. Przyjmował swoje koleżanki, rzadziej kolegów, na rozmowy osobiste, które bardzo lubił. Pomoc ta zajmowała mu wiele czasu, ale przynosiła sporo satysfakcji. Same studia jednak nie szły mu dobrze. Czuł się jakby stary, zmęczony. Wszyscy inni zaczęli wydawać mu się młodsi i zdolniejsi od niego. Źle wypadał na zajęciach. Sytuacja ta coraz bardziej go męczyła. Czuł się wykorzystywany przez ludzi, którzy tak chętnie korzystali z jego pomocy. Zaczął częściej spotykać się z jedną dziewczyną, której towarzyszył duchowo od kilku miesięcy. Ona go rozumiała, akceptowała bezwarunkowo i cieszyła się jego kapłaństwem. Niczego nie żądała, ale zawsze była dla niego pełna zrozumienia i dobroci.
 
Ich kontakty coraz bardziej się zacieśniły, doszło do pocałunków, pieszczot, wreszcie do stosunków seksualnych. W pewnym momencie ks. X miał dosyć takiego podwójnego życia i zdecydował się na porzucenie studiów, kapłaństwa i na zamieszkanie z kobietą. Wtedy dopiero nawiązał szczery kontakt z przełożonym, któremu wyjawił swoje kłopoty, a także plany przerwania studiów i pozostawienia kapłaństwa. Zachęcony przez niego podjął próbę naprawdę szczerej rozmowy, wejścia w pewien proces rozeznania, który na tym etapie właściwie wiele zmienić już raczej nie mógł.
 
Bardzo zdziwiło ks. X, że gdy mieszkał z tą kobietą, nie miał ochoty na współżycie. Gdy natomiast studiował, myślał bardzo często o kontaktach seksualnych z nią. Obserwacja ta jeszcze bardziej popychała go do tego, by odejść z kapłaństwa, gdyż uważał się za niezdolnego do zachowania celibatu. Opuścił więc kapłaństwo i zamieszkał na stałe z kobietą. Nikt nie rozumiał tego, co się stało. X był przecież – jak mówiono – tak wspaniałym kapłanem.
 
Jak tę sytuację rozumieć?
 
Co, po ludzku biorąc, doprowadziło ks. X do kryzysu? Elementów, które złożyły się na tę sytuację, jest wiele. Podkreślić jednak wypada szczególnie aspekt formacji ludzkiej, gdyż uwidacznia się on już od pierwszych lat szkolnych i nie został podjęty w ramach formacji seminaryjnej. 
 
Warto przyjrzeć się zachowaniom ks. X, aby dostrzec w nich niektóre głębokie, umykające świadomości i kontroli, elementy osobowości.
 
Najpierw wypada wspomnieć o trzech czynnikach, które należy zawsze uwzględniać w rozważaniu kryzysów i różnego typu zawahań. Czynniki te są zasadnicze w dochodzeniu do dojrzałości zarówno duchowej, jak i ludzkiej. Sposób ich przeżywania jest niejako miarą tejże dojrzałości. Chodzi tu o czynnik relacji, stosunek do pracy i powierzanych zadań oraz stosunek do wyznawanych wartości. W naszym wypadku są to wartości objawione, związane z powołaniem kapłańskim w Kościele katolickim. Rzeczywistości te przenikają się i wzajemnie warunkują, stanowią o jakości całej osobowości. Kryzys najczęściej dotyka i jest przeżywany właśnie na tych trzech płaszczyznach.
 
W życiu ks. X przed wstąpieniem do seminarium, w trakcie formacji i po święceniach są obecne i stale powtarzają się pewne elementy:
 
1. Od najmłodszych lat miał tendencję do bycia pierwszym. W swoim życiu, zwłaszcza w wypełnianiu obowiązków, właściwie nie doświadczył większych porażek.
 
2. Był bardzo skryty. Nie miał nikogo, przed kim byłby całkowicie otwarty, bez maski. Dbanie o swój idealny obraz stało się jego niejako drugą naturą.
 
3. Posługując się teorią potrzeb psychicznych, można by stwierdzić, że tak przed wstąpieniem do seminarium, jak w życiu i w pracy kapłańskiej kierował się bardzo silną potrzebą popisu. Potrzeba ta stawia w centrum człowieka, a nie jego religijne powołanie. Jej charakter jest rozbieżny w stosunku do wybranych wartości, do ideałów powołaniowych, takich jak bezinteresowna służba, pomoc, autentyczne przeżywanie samotności itd. Praca apostolska ks. X, jego relacje z innymi były naznaczone w sposób bardzo wyraźny tą potrzebą. Nie był jej świadomy, choć to ona warunkowała jego zachowania. Co więcej, był subiektywnie przekonany, że wykonywane przez niego prace i podejmowana służba były motywowane jedynie szczerą i czystą intencją niesienia pomocy innym. Natomiast grzechów, które mu się zdarzały, nie łączył nigdy ze wspomnianą dynamiką uczuciową.
 
4. Drugi, widoczny w jego zachowaniach, problem ma swoje korzenie również w bardzo silnej potrzebie, którą można by nazwać szukaniem akceptacji i psychicznego ciepła, a której charakter także jest rozbieżny w stosunku do powołania i wartości ewangelicznych.
 
5. Relacje z młodzieżą, z rodzinami, a szczególnie te mające charakter indywidualny, były pełne dynamizmu i poświęcenia. Apostolat dostarczał mu wielu okazji do bezwiednego wchodzenia w różnorakie kontakty, które zaspakajały obydwie z wyżej wspomnianych potrzeb psychicznych. Tak jedna, jak druga ze swej natury koncentrowały go głównie na sobie samym.
 
Wydaje się, że potrzeba popisu łączyła się u niego z silnym kompleksem niższości, z ubogim odczuwaniem i ocenianiem siebie, natomiast potrzeba doznawania opieki i oparcia, która popychała go do szukania bliskości, była sprzeczna z wcześniej wybranym życiem w celibacie. Głód tak przeżywanej bliskości nie współgrał i nie mógł współgrać z jego powołaniem do celibatu i odciągał go od zdrowego przeżywania samotności, prowadząc do grzechu i rodząc w nim silne poczucie winy. Ks. X nie był tego świadomy, nie szukał więc możliwości głębokiego poznania siebie i zaradzania temu od strony przyczynowej, co dotkliwie męczyło go i rozbijało. W jego pracy, w działaniu liczyło się głównie kreowanie obrazu siebie w oczach innych, bezwiedne szukanie samozadowolenia, co również w sposób nieuświadomiony stało się dla niego pierwszorzędnym celem. Pozornie był pełen poświęcenia i pracował tylko dla innych, a w rzeczywistości przede wszystkim szukał siebie.
 
Okres studiów postawił ks. X w niełatwych realiach. Wprowadził go w trudne do przeżycia sytuacje. Twarde biurko i krzesło, naukowe teksty, samotność itd. były dla niego trudne do zaakceptowania. Relacje, jakie tutaj miał przeżywać, różniły się jakościowo od tych, jakie miał jako duszpasterz z dziećmi i ich rodzicami. Kontakty duszpasterskie ze studentami, kolegami, a zwłaszcza koleżankami, były dla niego formą ucieczki od monotonnej rzeczywistości studiów i tak na dobrą sprawę były nie tyle pomocą innym, ile szukaniem dowartościowania i akceptacji na płaszczyźnie emocjonalnej.
 
Ten czas kryzysu był dla niego czasem łaski, której jednak nie rozpoznał i dlatego nie wykorzystał. Nie mógł z tego daru skorzystać, gdyż nie był przyzwyczajony do patrzenia na życie, jako na coś, co go kwestionuje, może się nie udać, w każdym bądź razie jest trudne i wymaga ustawicznego zmagania się. Kierowały nim głównie jego potrzeby psychiczne, których nie znał i w konsekwencji nie mógł kontrolować, wykorzystując do zdobywania potrzebnej wiedzy.
 
Ks. X opuścił kapłaństwo, gdy przestało go ono gratyfikować uczuciowo, a więc dawać mu przyjemność i zadowolenie z tego, kim jest i co robi. Znalazł dowartościowanie u kobiety – w jej obecności poczuł się szczęśliwy i znowu nabrał pewności siebie. Decydując się na wspólne życie z nią, jeszcze raz był motywowany przez silną potrzebę akceptacji i bycia dowartościowanym.
 
Dla X w trudnym momencie kryzysu nie liczyły się wartości, ideały i podjęte zobowiązania. Odniesienie do Boga i słowo Mu dane w Kościele nie zostały tu właściwie wzięte pod uwagę. Liczyły się tylko jego ból, cierpienie, samotność i chęć, by zaspokoić swoje potrzeby psychiczne. Ideały przestały mieć moc i siłę motywacyjną i wpływać na jego życie i decyzje. Ks. X przeżywa swój kryzys tylko po ludzku, tylko w wymiarze psychicznym, a nie duchowym, naprawdę jakby bez Boga. Jest duże prawdopodobieństwo, że w przyszłości, jeśli wybranka jego życia nie będzie zaspakajać jego potrzeb, tak jak on tego oczekuje, znowu zacznie przeżywać swoje kryzysy i będzie próbował je przezwyciężać w podobny sposób, jak powyżej, a więc rezygnując, szukając znowu połowicznych rozwiązań i nowych kontaktów, by czuć się kochanym i wartościowym. Stałość ich związku wcale nie jest zagwarantowana. Związek ten może zakończyć się podobnie jak poprzednie, a więc rozstaniem i szukaniem znowu kogoś, kto pokocha, uzna, doceni. Kryzys niezrozumiany i źle przeżyty prowadzi w konsekwencji do nowych kryzysów, które będą się pogłębiać i frustrować człowieka coraz bardziej.
 
Problemy nie rozwiązują się same. Czas chronometryczny nie jest równoznaczny z dojrzewaniem osobowym. Dlatego takie ważne jest dogłębne poznanie siebie. Bez rozumienia siebie człowiek jest skazany na bezwiedne powtarzanie swoich niedojrzałych zachowań.
 
Ks. X, nie zdając sobie sprawy z prawdziwych przyczyn swego kryzysu, przez wiele lat żył podwójnym życiem, w którym szukał siebie, a nie Boga. Czuł, że coś nie jest w porządku, ale bał się zatrzymać, zapytać o to, co przeżywa. Podejmował próby zmiany, ale bez dogłębnego zrozumienia swojej sytuacji. Próba nawracania przybierała formę chwilowych zrywów, ulotnych decyzji, które były rozbijane siłą sfery uczuciowej. Działo się tak nie dlatego, że miał złą wolę, ale dlatego, że nie zawsze wiedział i nie próbował zrozumieć, co naprawdę w nim się działo i jakie prawdziwe przyczyny leżały u podstaw przeżywanych przez niego problemów.
 
Dla X początkiem wielkiego czasu łaski i okazją do dojścia do dojrzałości były studia. Odejście od gratyfikującego na poziomie uczuciowym apostolstwa wprowadziło go w kryzys. Odczuwał to w sposób bolesny jako zakwestionowanie całej swojej osoby. Czuł się wręcz nie-sobą. Ten brak, pewnego rodzaju głód, popychał go do bezwiednego i bezkrytycznego poświęcania czasu głównie koleżankom, a potem do oparcia się na kobiecie, która zaspokoiła niejako doskonale to, czego mu jako księdzu-studentowi zaczęło brakować. Kobieta doceniła go, zaakceptowała, niczego nie żądała, szanowała jego kapłaństwo. Dała mu więc poczucie wartości i upragnionego psychicznego ciepła. Uczuciową reakcją, mającą pozór racjonalnej decyzji, było zamieszkanie z nią. Ks. X wydawało się, że jest to jedyne sensowne i racjonalne rozwiązanie. Tymczasem było to rozwiązanie pozorne i fałszywe, nie wpierw na poziomie moralnym, ale w wymiarze dojrzałości ludzkiej i duchowej. Było ono bezwiednie przygotowywane przez minione lata.
 
W przeżywaniu tego kryzysu zabrakło, mówiąc najogólniej, dwóch rzeczy: szczerości wobec siebie i ojców duchownych. Z tego powodu X przeżywał bardzo słabą relację do Boga i do świata wartości, na jakich opiera się życie kapłańskie i konsekrowane.
 
Podstawowym wymogiem życia w szczerości jest autentyczne pragnienie zrozumienia siebie i zaistniałej sytuacji oraz determinacja, by wejść w proces wewnętrznej przemiany. Nierzadko znalezienie sił do podjęcia się tego zadania graniczy z cudem. Dynamika przyjemności, rozumianej najszerzej, do której prowadzą energie natury, bierze górę nad autentycznym rozeznaniem przeżywanych dylematów.
 
Każdy kryzys, zakwestionowanie tego, co było, domaga się odpowiedniego zrozumienia i dogłębnej oceny. Kryzys powołania nie może nigdy pominąć świata wartości ewangelicznych, zobowiązań, jakie ksiądz podejmuje wobec Kościoła, ale także musi odnieść się do świata motywacji, który nie zawsze współbrzmi z wybranymi świadomie ideałami. Jest to proces trudny, czasochłonny. Należy do niego koniecznie włączyć kogoś, komu całkowicie się ufa i kto jest w stanie zrozumieć przeżywaną dynamikę tak w wymiarze antropologicznym, jak duchowym. Wielkim błędem jest pozostanie w takich sytuacjach samemu, gdyż wtedy łatwo poddawać się temu, co dyktują uczucia. To one – jak mówi się potocznie – odbierają człowiekowi rozum. Wielką łaską jest dar odwagi oraz spotkanie dojrzałego i kompetentnego człowieka, który stałby się towarzyszem osoby przeżywającej trudny okres.
 
Jak widać, wielkie znaczenie ma tutaj dogłębne poznanie siebie, także na poziomie sfery afektywnej, by móc ją z pomocą łaski Bożej kontrolować i podporządkowywać celowi, do realizacji którego powołał człowieka Bóg. Wiadomo, że poznać, zrozumieć nie oznacza automatycznie tym żyć. Innym, podstawowym aspektem przeżywania kryzysu jest wymiar wiary, modlitwy i łaski, który pomaga żyć na co dzień odkrytymi prawdami, jakkolwiek byłyby one wymagające.
 
Nie można odnaleźć własnej tożsamości bez odwołania się do świata wartości, a więc do Boga, który je ustanowił. I odwrotnie, świat wartości konstytuuje tożsamość człowieka, szczególnie księdza, osoby konsekrowanej. Odejście od świata wartości, jakie leżą u podstaw powołania, praktycznie równa się zejściu z jego ścieżki i jest szukaniem rozwiązań poza Bogiem. Wtedy człowiek wchodzi na drogę wartości natury, będąc przekonanym, że odnalazł prawdziwą drogę swojego życia. Jest to oczywiście fałsz tak w wymiarze ludzkim, jak duchowym. W takim świecie, opartym o ideologię hedonizmu, żyje się niekiedy latami; aż do cierpienia, które nierzadko pokaże fałsz, jakim dana osoba bezwiednie się karmiła. W powołaniu jednak można z różnych powodów tylko pozostać, ale nie wytrwać. Wytrwanie w powołaniu oznacza odnalezienie siebie jako człowieka, który dojrzewa, stając się darem dla innych i dla Boga.
 
Mieczysław Kożuch SJ  
Pastores 51(2)2011
 
Zobacz także
ks. Marek Dziewiecki
Pragnienie szczęścia jest tak intensywne, że człowiek nie musi być nieszczęśliwy, żeby czuł się nieszczęśliwy; wystarczy, że nie jest szczęśliwy. Radość to jedyny sposób istnienia, który sprawia, że człowiek ma ochotę żyć. Nie jest jednak łatwo być szczęśliwym, gdyż człowiek potrafi czynić to, co go od szczęścia oddala... 
 
Jolanta Tęcza-Ćwierz
Temat samobójstwa jest pytaniem o życie i śmierć, o sens życia i śmierci, o drogę człowieka przez życie. Człowiek rzadko zastanawia się nad sensem swej egzystencji. Tempo życia zmusza nas do nieustannego pośpiechu. Nie mamy czasu snuć refleksji na egzystencjalne tematy. Dopiero śmierć bliskiej nam osoby, chwila rozczarowań i niepowodzeń życiowych lub proces starzenia się skłaniają nas do zastanowienia nad sensem życia, zabieganiem o dobra doczesne, staraniami o doskonalenie siebie. Śmierć jawi się jako najbardziej przerażająca pustka...
 
Rafał Sulikowski
Nie ma żadnych przeszkód teologicznych, aby uznać Chrystusa za króla, ponieważ czy to uznajemy czy nie, On i tak nim jest. Mogę nie uznawać istnienia czegoś niewidzialnego, np. prądu albo innych galaktyk, a one i tak istnieją. Czy wierzę mocniej czy słabiej, nic to nie zmienia poza tym, że wierząc mocniej jestem bardziej zintegrowanym człowiekiem...
 
 
___________________
 
 reklama