logo
Poniedziałek, 30 listopada 2020 r.
imieniny:
Andrzeja, Maury, Ondraszka, Konstantego – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Ania
Tarot zawsze Ci podpowie... nieprawdę
materiał własny
 


 W szkole średniej ludzie zajmują się różnymi rzeczami. Jest to czas poznawania i otwarcia na wszystko, co się świeci albo wydaje dźwięki lub zwyczajnie – jest nowe i przyciąga. Mnie zaciekawiły wróżby. Zajmowałam się tarotem marsylijskim, jednym z najcięższych, jeśli chodzi o magiczne (demoniczne) możliwości. Dzieli się on na wielkie arkana 22 kart i małe arkana 56 kart. Nawet teraz przechodzą mnie ciarki - kiedy do tego wracam, muszę modlić się do Michała Archanioła, aby tamte rozkłady nie pojawiały się w mojej głowie. Kto kiedykolwiek w ten sposób rozkładał tarota i wyszedł z tego wie, o czym mówię.
 
Lecz wtedy było to dla mnie takie kobiece, budujące pewność siebie i dające władzę, szczególnie, gdy z kart tarota można było coś wyczytać dla osoby, która przychodziła do mnie po poradę. Na początku musiałam się nauczyć rozkładów, opanować znajomość symboli i powiązań między kartami. Trochę mi to zajęło, ale bardzo się starałam i dawałam całą siebie, aby dobrze położyć rozkład. Kontemplowałam karty, rozmawiałam z nimi jak z osobą. Właściwie już po kilku tygodniach czułam, że mi "wychodzi". Ludzie pytali, a ja im mówiłam, jaki jest stan rzeczy, co się wydarzy i co robić, żeby być szczęśliwym (Panie Boże, przepraszam!). Wróżyłam bez opłat. Po roku byłam już świetna, po dwóch latach rewelacyjna i właściwie zajmowałam się już tylko tym. Przychodziły do mnie moje koleżanki. "Pomagałam" im w trudnych sytuacjach życiowych, służąc radą, którą podpowiadały karty. Miałam misję i chciałam pomagać innym, nie było w tym nic złego, tyko sposób, który wybrałam był zupełnie zgubny. Moje życie składało się z kart tarota.
 
Jeszcze wtedy nie działy się żadne nadzwyczajne rzeczy. Na początku chodziłam do kościoła jak każdy, byłam lubiana, trochę zamknięta ale zawsze uśmiechnięta i miła dla ludzi. Potem kościół nie był mi jakoś potrzebny i przestałam uczestniczyć we Mszy Świętej (na długie lata, jak się okazało). Wszystko toczyło się prawie dobrze i pewnie by tak jeszcze trwało, gdyby nie spostrzeżenie mojego taty, że siedzę w domu, nigdzie nie wychodzę i coraz gorzej wyglądam. Wtedy tego nie zauważałam. Mój tata domyślił się, że źródłem problemu mogą być karty – moje jedyne zajęcie. Pewnego dnia, po przyjściu ze szkoły chciałam pokontemplować karty tarota. Sięgnęłam do szuflady, a tam nie było moich kart! Furia i rozpacz mnie ogarnęły. Za wszelką cenę musiałam ich dotknąć i trzymać w ręce, żeby poczuć się bezpiecznie. Zaczęłam krzyczeć, a potem prosić, żeby rodzice oddali mi karty, jakbym błagała o życie, stojąc pod ścianą w oczekiwaniu na egzekucję. Oni jednak nie oddali mi ich, lecz prosili, żebym z tym skończyła. W tym momencie zdałam sobie sprawę, że nie potrafię bez nich funkcjonować, że jestem uzależniona, widziałam samą siebie, co się ze mną dzieje bez nich – to nie było normalne. Podjęłam próbę wyzwolenia z nałogu, a pierwszym krokiem było zniszczenie (spalenie) kart tarota. I to był właściwie zwrot w mojej historii. Nigdy już żadnych kart ponownie nie chwyciłam i nie mam zamiaru. Jestem rodzicom za to bardzo wdzięczna, chociaż dalsza część toczyła się już poza ich wiedzą. Dzisiaj myślę, że na długo przed rozpoczęciem procesu mojego uzdrawiania ktoś musiał się za mnie modlić, żebym odzyskała światło życia, pewnie to była mama.
 
Po podjęciu decyzji odejścia od tarota, definitywnego zerwania z nim, czyli wyrzucenia wszystkich książek i jakichkolwiek rzeczy związanych z okultyzmem, poczułam z kim mam do czynienia. Zły zaczął się ujawniać wiedząc, że mnie traci. Rozpoczęła się bitwa o wyjście z okultyzmu. Wszystkie reklamy kart tarota wzbudzały we mnie niepohamowaną tęsknotę za nimi. Męczyłam się strasznie, to doświadczenie jest nie do opisania. Toczyłam wewnętrzną walkę o przeżycie, nie było we mnie radości i chęci życia. Nie potrafiłam myśleć o normalnych rzeczach. Załamywało się we mnie poczucie sensu mojego istnienia. Czasami miałam takie chwile, że próbowałam się modlić, ale niesamowicie ciężko mi to szło. Prosiłam Pana Boga, aby przywrócił mi normalny stan postrzegania świata. Wiedziałam, że to moje przeżywanie nie może mieć tylko podłoża psychicznego. Przychodziły mi do głowy dziwne obrazy, tak po prostu, bez powodu. Widziałam w myślach zdarzenia, które dotyczyły przyszłości, takie jak śmierć, choroby i nieszczęścia ludzi. To, co pojawiło się, gdy rozkładałam karty dla osoby zainteresowanej, miałam teraz bez kart i bez żadnych zapowiedzi, a wręcz wbrew mojej woli.
 
Modliłam się i czułam, że moja modlitwa jest niewystarczająca. Miałam świadomość, że nie jestem "sama". Ktoś od lat pomagał mi rozwijać mój talent wróżbiarski, a ja zwyczajnie myślałam, że te myśli i wizje pochodziły ode mnie, to znaczy z kart, które dobrze tasowałam. W mojej głowie nagle pojawiały się bluźnierstwa, których nie można było opanować. Ktoś mnie budził w nocy, czułam czyjąś złowrogą obecność w pokoju, napadały mnie myśli samobójcze, a ja zwijałam się ze strachu. Tak, jakby zły upominał się o swoje i groził, że mnie zabije. Walczyłam o normalne myślenie i przegrywałam. Życie traciło dla mnie blask. Gdy byłam w pokoju i próbowałam zasnąć, to duże, czarne robaki chodziły mi po pościeli, czasami drzwi od pokoju się wykrzywiały albo światło zapalało się samo. Często, idąc do domu, spotykałam dziwne osoby, jakichś szaleńców z obłędem w oczach. Oni mnie zaczepiali, o coś pytali, widziałam, że oni wszyscy mają coś wspólnego. Tak, jakby zły wysyłał podejrzanych ludzi, aby mi pokazać, że świat jest jego i… że nie ucieknę. Czasami w pokoju słyszałam złowrogie warczenie psa, chyba to był pies, bo tylko słyszałam, ale to i tak było wystarczająco przerażające. Koszmar bez końca. Miałam już przygotowany plan samobójstwa. Tylko… pewnego razu wrażliwa duchowo osoba zauważyła kiedyś, że jakoś się dziwnie zmieniam w moich stanach zamknięcia. Mało, kto mógł to dostrzec, bo na zewnątrz byłam normalna.
 
Miałam co robić... Im więcej się modliłam, tym bardziej byłam wyczerpana tą walką, właściwie nie mogłam się modlić. Powracały mi siły, gdy inni modlili się za mnie. Tych modlitw było dużo. Gdy człowiek jest już na tyle silny, że ma świadomość wagi problemu, musi uroczyście wyrzec się nieprawości, aby rozpocząć drogę naprawy życia. Przygotowywałam się długo do tego momentu. Obłożona licznymi modlitwami wielu znajomych, podjęłam pewnego dnia takie wewnętrzne wyrzeczenie się zła, wszelkiego okultyzmu w imię Jezusa Chrystusa. Działo to się w ciągu dnia, w moim pokoju, gdzie zawsze wróżyłam. W momencie, gdy podejmowałam uroczyście decyzję zerwania z tarotem, wtedy nagle zobaczyłam w pokoju ohydną postać podobną do wilkołaka, tyle, że nieporównywalnie brzydszą i realną. Stałam jak wryta. Pamiętam tą nienawiść w jego oczach, czegoś takiego nie widziałam u żadnego człowieka. Odruchowo zaczęłam mówić Zdrowaś Maryjo. Po chwili zniknął i już nigdy się nie pokazał. (Matka Boża jest kochana i zawsze przychodzi z pomocą. Ona jest niesamowitym uosobieniem piękna, potęgi i pokory, a Złe duchy reagują na Maryję jak szczury na widok ognia w ciemnej piwnicy).
 
 
 
1 2 3 4  następna
Zobacz także
Roman Zając
Tradycja narosła wokół Księgi Raziela przypisuje jej anielskie pochodzenie. Jej treść została rzekomo objawiona Adamowi przez anioła Raziela. Według Księgi po wygnaniu z raju zrozpaczony Adam modlił się gorąco przez trzy dni i trzy noce: „I wydarzyło się po tym, jak Adam błagał przez trzy dni, że przybył do niego anioł Raziel, ten sam, który siedział nad rzeką, która wypływa z ogrodu Edenu, i pojawił się Adamowi. Trzymał w ręku Księgę i rzekł tak do Adama: Adamie! dlaczegóż jesteś tak zagubiony? 
 
Jacek Salij OP
Rozpoznawszy początki piekła już na tej ziemi, możemy niejako empirycznie przekonać się, że prawdziwa nasza nadzieja jest tylko w Bogu, i w ten sposób uniknąć piekła wiekuistego. Ostrzeżenia przed potępieniem wiecznym będą jednak dla nas prawdą martwą i szkodliwą, jeśli nie zobaczymy, że są one słowem Bożej miłości do nas. Co to znaczy i co z tego wynika dla głoszenia tej prawdy?
 
ks. Jean-Roudolph Kars
Jestem z pochodzenia Żydem. W wieku 29 lat byłem już dość znanym pianistą. Pomimo jednak tego, że moja muzyczna kariera rozwijała się dobrze, znalazłem się wówczas w dramatycznej sytuacji osobistej. W sytuacji, która wydawała mi się zupełnie bez wyjścia. Moja siostra, która w tym czasie mieszkała w Anglii, była zaangażowana w charyzmatyczny ruch Odnowy w Duchu Świętym...
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー