logo
Sobota, 05 grudnia 2020 r.
imieniny:
Kryspiny, Norberta, Sabiny, Geralda – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Peter Kreeft
Wciągnięty na pokład Arki
Pastores
 


Przyszedłem na świat w kochającej, wierzącej wspólnocie; moja „Matka Kościół” była społecznością protestancką (ewangelicko-reformowaną), która, choć nie przekazała mi pełni wiary, odznaczała się silną i prawdziwą pobożnością. Wierzyłem przede wszystkim dzięki przykładowi rodziców i członków wspólnoty. Wiara moich rodziców, nauczycieli ze szkółki niedzielnej, duchownych i krewnych sprawiała, że ich życie było inne; różnica ta była wystarczająca, by zrekompensować liczne niedociągnięcia. „Miłość zakrywa wiele grzechów.”

Podejrzliwość i uprzedzenia
 
Uczono mnie tego, co C. S. Lewis nazwał „chrześcijaństwem po prostu” – zasadniczo tego, co mówi Biblia. Nikt jednak nie czyta Biblii jako anioł albo przybysz z kosmosu; wspólnota kościelna zakłada nam do czytania kolorowe okulary i stwarza ramy, horyzonty albo granice dla rozumienia tego, co czytamy. Moje okulary zostały wyprodukowane przez Holenderski Kalwiński Kościół Reformowany, a ograniczające ramy trzymały mnie z daleka od wszystkiego, co „katolickie”. Kościół katolicki traktowany był z najwyższą podejrzliwością. W latach czterdziestych i pięćdziesiątych, w których dorastałem, podejrzliwość tę prawdopodobnie odwzajemniała większość katolików. Każda ze stron podejrzewała, że większość strony przeciwnej znajduje się na pewnej drodze do piekła. Od tamtej pory ekumenizm i wzajemne zrozumienie wśród chrześcijan poczyniły zdumiewające postępy.
 
Holenderscy kalwini, jak większość konserwatywnych protestantów, szczerze wierzyli, że katolicyzm to nie tylko herezja, ale także bałwochwalstwo; że katolicy oddają cześć boską Kościołowi, papieżowi, Maryi, świętym, obrazom i Bóg wie czemu jeszcze; że Kościół dodał do słowa Bożego wiele bezsensownej „ludzkiej tradycji” (por. Mk 7,8) – mnóstwo zwyczajów i doktryn, które w oczywisty sposób kłócą się z Biblią (zastanawiałem się, jak katolicy mogą tego nie widzieć). A co najważniejsze, uważali, że katolicy wierzą w „inną Ewangelię” (2 Kor 11,4) – zupełnie inną religię, że nie wiedzą nawet, jak dostać się do nieba: zdobywają dobre uczynki jak harcerskie sprawności, starając się zapracować u Boga na niebo, zamiast ufać Jezusowi jako Zbawicielowi. Najwyraźniej nigdy nie czytali Biblii.
 
Nauczono mnie na poważnie przejmować się prawdą; do dziś brakuje mi tego w wielu katolickich kręgach.
 
Nigdy nie uczono mnie nienawidzić katolików, miałem raczej ubolewać nad nimi i ich błędami. Nauczono mnie natomiast na poważnie przejmować się prawdą; do dziś brakuje mi tego w wielu katolickich kręgach. Typowa antykatolicka kalwińska postawa polegała nie tyle na uprzedzeniu, na sądach bez dowodów, ile na sądach opartych na pozornych i fałszywych dowodach – były to raczej uczciwe pomyłki niż nieuczciwe racjonalizacje.
 
Mimo że uważałem katolicyzm za religię bardziej pogańską niż chrześcijańską, fascynowało mnie jego bogactwo i tajemniczość – wymiary, które awangardowi liturgiści starają się zdemontować od „cielęcych lat sześćdziesiątych” (kiedy Bóg widział, że Kościołowi w Ameryce brakuje prześladowań, zesłał mu liturgistów).
 
O ile pamiętam, moją pierwszą niezależną myślą o religii było pytanie zadane ojcu, który był starszym w naszej wspólnocie, a przy tym mądrym i świętym człowiekiem: „Dlaczego tylko my, kalwini, i nikt inny, posiadamy całą prawdę? Jest nas tak mało. Jak Bóg mógłby pozwolić, żeby reszta świata tkwiła w błędzie? Zwłaszcza reszta chrześcijan?”. Ojciec nie potrafił mi na to odpowiedzieć, co wprawiło mnie w zdumienie. Doszedłem zatem do wybuchowego wniosku, że prawda o Bogu jest bardziej tajemnicza – tajemnicza w sposób o wiele bardziej cudowny i niewygodny – niż wszystko, co można by w pełni zrozumieć (kalwini nie zaprzeczyliby temu, ale nie jest to prawda, której nauczają; podkreślają „suwerenność” Boga, ale nie bogactwo Jego tajemnicy). Moje przekonanie, że prawda jest zawsze nieskończenie większa od tego, co możemy pojąć, nie osłabło do dziś. Nawet nieomylne doktryny nie są pojemnikami zawierającymi całą prawdę o Bogu.
 
Bardzo wcześnie zdałem sobie także sprawę, niejasno, ale zdecydowanie, że prawda o Bogu musi być nie tylko o wiele bardziej złożona i tajemnicza, ale także o wiele prostsza niż to, czego mnie uczono. Pamiętam, jak zaskoczyłem mojego ojca tym przekonaniem (którego źródłem z pewnością była łaska Boża, a nie moja inteligencja, bo miałem wtedy, jak sądzę, osiem lat): „Tato, wszystko, czego uczymy się w naszej wspólnocie, i cała Biblia sprowadza się właściwie do jednej rzeczy, prawda? Tak naprawdę powinniśmy się martwić tylko o jedno, nie sądzisz?”. „Hm, nie, nie sądzę. Powinniśmy się martwić o wiele różnych rzeczy. O co ci chodzi?” „Chodzi mi o to, że Bóg zawsze chce od nas tylko jednego: żebyśmy pytali Go, co mamy robić, a potem to robili. To wszystko, prawda? Zamiast pytać siebie, zapytać Boga!” Ojciec, zdumiony, odpowiedział: „Wiesz, że chyba masz rację!”.
 
Ku katolickim akweduktom
 
Po ośmiu latach publicznej podstawówki rodzice dali mi wybór między dwoma liceami: publicznym i chrześcijańskim (kalwińskim). Wybrałem to drugie, chociaż oznaczało to rozstanie z dawnymi kolegami. Moja szkoła, Eastern Christian High School, prowadzona była przez siostrzaną wspólnotę – Chrześcijański Kościół Reformowany. Kiedy zadaję sobie pytanie, dlaczego podjąłem taką decyzję, nie umiem powiedzieć. Opatrzność często działa w ukryciu. Nie byłem wyjątkowo religijnym dzieckiem, a moja miłość do nowojorskiej drużyny baseballowej była o wiele gorętsza i wiązała się z mniejszym poczuciem winy niż miłość do Boga.
 
Moja miłość do nowojorskiej drużyny baseballowej wiązała się z mniejszym poczuciem winy niż miłość do Boga.
 
W szkole średniej wygrałem konkurs na wypracowanie, pisząc o „wielkim inkwizytorze” u Dostojewskiego; zinterpretowałem to opowiadanie jako antykatolickie, antyautorytarne ostrzeżenie. Kościół katolicki, podobnie jak komunizm, wydawał mi się wielkim, mrocznym, totalitarnym zagrożeniem.
 
Potem poszedłem na studia do prowadzonego przez Chrześcijański Kościół Reformowany Calvin College, który mimo małych rozmiarów i prowincjonalnego położenia (w Grand Rapids, w stanie Michigan) cieszy się wielkim wpływem, ponieważ poważnie traktuje zarówno wiarę, jak i działalność naukową. Zgłosiłem się na kurs wstępny do seminarium, bo chociaż nie uważałem, że jestem osobiście „powołany” przez Boga, by zostać duchownym, uznałem, że „nie zaszkodzi spróbować”. Byłem pod wielkim wrażeniem słów, które przeczytałem pod obrazem przedstawiającym Chrystusa na krzyżu: „Zrobiłem to dla ciebie. Co ty zrobisz dla Mnie?”.
 
Na studiach jednak szybko zakochałem się w języku angielskim, a potem w filozofii i z tego powodu dwukrotnie zmieniałem kierunek studiów. Oba te przedmioty poszerzały moje rozumienie historii cywilizacji zachodniej, a zatem również rozumienie wszystkiego, co katolickie. Pierwsze poważne wątpliwości co do moich antykatolickich poglądów zasiał we mnie kolega z akademika, przechodzący właśnie na anglikanizm: „Dlaczego protestanci nie modlą się do świętych? Nie ma nic złego w tym, że proszę cię o modlitwę, prawda? Dlaczego zatem nie mielibyśmy prosić zmarłych, skoro wierzymy, że żyją w niebie, u Boga, i że są częścią tego «mnóstwa świadków», które nas otacza (Hbr 12)?”. Było to pierwsze poważne pytanie, na które nie miałem absolutnie żadnej odpowiedzi i które mnie zaniepokoiło. Chodziłem z tym kolegą na anglikańskie liturgie i fascynowało mnie to, co i wielu innych: nie tylko piękno, ale także pełnia, trwałość i wielkość tego wszystkiego.
 
1 2 3 4  następna
Zobacz także
Ks. Mariusz Pohl
Ciekawe, że to, co w dziedzinie ekonomii – także tej praktycznej, „domowej” – jest dla nas zupełnie oczywiste, w dziedzinie duchowej, moralnej czy religijnej, sprawia nam wiele trudności. Chodzi mianowicie o planowanie. Podejmując jakąkolwiek inwestycję, nową pracę, wydatek, zadanie do wykonania czy zwykłe zakupy, wiele czasu poświęcamy na przemyślenie, kalkulację i żmudne obliczenia: starczy czy nie starczy, opłaci się czy nie? Po prostu, zmusza nas do tego samo życie.
 
O. Józef Andrzej Grzywacz CSsR
Normalnie misjonarze śpią i spożywają posiłki w domach razem z rodzinami, które ich podejmują. Dojeżdżają do wszystkich nawet najmniejszych wspólnot parafialnych na 3-5 dni, a w większych wspólnotach, pozostają ok. 8-9 dni. Jest wtedy możliwość do spowiedzi, chrztu i pierwszej komunii dorosłych...
 
Ks. Kazimierz Juszko
Wspólnota chrześcijańska po męce i śmierci Chrystusa kontynuowała przez pewien czas „chodzenie do Świątyni" oraz sprawowanie Paschy z innymi Żydami, zaczęła jednak przeżywać to święto już nie jako wspomnienie Wyjścia i oczekiwanie przyjścia Mesjasza, ale raczej jako pamiątkę tego, co wydarzyło się w Jerozolimie podczas święta Paschy oraz jako oczekiwanie ponownego przyjścia Jezusa Chrystusa...
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー