logo
Sobota, 24 lipca 2021 r.
imieniny:
Kingi, Krystyny, Michaliny – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Karolina Krawczyk
Wzięłam rozwód... z szatanem
Czas Serca
 


Na jednych rekolekcjach, w których uczestniczyłam w 2001 roku, poznałam mojego obecnego męża Maćka. Z perspektywy czasu widzę, że Pan Bóg dał mi Maćka, jeszcze zanim uświadomiłam sobie, że jestem zniewolona. Sama nie dałabym rady przez to wszystko przejść.

Promienny uśmiech, błyszcząca na palcu obrączka, na szyi krzyżyk. Siedzimy w jednej z krakowskich kawiarni, pachnie parzoną herbatą. Ja zaś nie mogę się nadziwić. Przypominam sobie Dorotę. Nie dalej jak rok temu czasem towarzyszyłam jej na Eucharystii, która i dla mnie była dosyć trudnym doświadczeniem – Dorota traciła świadomość, słaniała się, a już za każdym razem od momentu Przeistoczenia nie było z nią w ogóle kontaktu. Nic nie widziała, nie słyszała. „Wracała” dopiero po zakończonej Mszy św. Sięgam pamięcią wstecz i widzę ją, kiedy na słowa modlitwy Ojcze nasz upada bezwładnie na ziemię. A wszystko to przez szatana, o którym mówi się, że nie istnieje...

Wiesz – mówi Dorota – sukcesem diabła jest to, że ludzie przestali w niego wierzyć. Ja też, gdybym nie zaczęła żyć sakramentami, to pewnie do tej pory nie wiedziałabym, że jestem opętana. Tak jest z moimi najbliższymi – oni nie przyjmują sakramentów, więc szatan siedzi cicho. Wiadomo, że w czasie egzorcyzmów odprawianych nade mną wyszło na jaw, że moi przodkowie mieli wiele wspólnego z demonami. Przecież te moje problemy nie wzięły się znikąd.

Grzech u zarania

Sytuacja w mojej rodzinie jest skomplikowana. Ja, moja mama i babcia, i jeszcze nawet wcześniejsze pokolenia, zajmowałyśmy się magią, czarami, ziołolecznictwem, bioenergoterapią... Do tej pory tam, skąd pochodzę, są takie „zwyczaje” – matki czy babcie odprawiają czary, żeby się dziecko „dobrze chowało”. Moje rodzeństwo zostało zabite w łonie matki, więc już od początku mojego życia byłam wplątana poniekąd w grzech moich rodziców... Od samego początku towarzyszyło mi zło.

Całe życie tkwiłam w takim środowisku – widziałam mamę, która zamiast wieczornego pacierza układa karty, zamiast modlitwy rozmawia z tarotem, zamiast Jezusa i Maryi pokazywała mi zioła, talizmany i uczyła, jak się tym posługiwać. Ja sama wróżyłam, a pierwsze karty stawiałam, mając 3-4 lata! Wyobrażasz to sobie? To było moje życie. Im więcej ułożeń wychodziło, tym poważniejsze rzeczy próbowałam „skonsultować”. W liceum doszły „zabawy z duchami”, mocna muzyka, do tego nie układały się relacje z moją mamą... Kiedy wywoływałam duchy, to wtedy Zły przyjmował postać tych osób, które wzywałam.

Jezus zaczął pytać

W liceum klimat demoniczny ciągle trwał. Duchy, karty, wróżby – była tego cała masa... Wywróżyłam śmierć ojca mojej koleżanki i wtedy pierwszy raz się przeraziłam. Chciałam to rzucić. W tamte wakacje spotkałam znajomą z podstawówki, a ona powiedziała mi: „Chodź ze mną, fajnie spędzimy piątek”. Zgodziłam się i poszłam. To było spotkanie diakonii modlitewnej, ludzie czytali tam Pismo Święte, modlili się. Tak wyglądał mój pierwszy krok, kiedy zaczęłam pytać o Jezusa. A w zasadzie – zamyśliła się Dorota – to On zaczął pytać o to, co dzieje się ze mną. W tamtym okresie każda rozmowa z moją mamą kończyła się jeszcze większą kłótnią. Były „szlabany”, zakaz wychodzenia na Mszę św. A że ja byłam osobą zamkniętą w sobie i nieśmiałą, więc posłusznie się do tego stosowałam.

Spotkałam w swoim życiu osoby, które zaprowadziły mnie do Kościoła. Zakochałam się w Jezusie. I wtedy zaczęły się moje problemy zdrowotne. Byłam np. na Mszy św. i traciłam przytomność. Po którymś takim wypadku postanowiłam pójść do lekarza – wyniki badań miałam dobre. Pomyślałam, że wybiorę się do psychologa, bo może to wszystko jest na tle psychiki. Wiesz, trudne dzieciństwo, stresy w szkole i tak dalej... Nic się nie zmieniało pod wpływem leczenia – opowiada dalej Dorota. – Za każdym razem, kiedy próbowałam oddawać siebie na modlitwie, to te problemy wracały – omdlenia, ataki epilepsji. Po wyjściu z kościoła czy po przerwanej modlitwie wszystko mijało, jak ręką odjął. Nie potrafiłam doprowadzić do końca żadnej modlitwy zawierzenia! Mimo to uparcie twierdziłam, że to wina choroby, której lekarze jeszcze nie wykryli. Było to dla mnie oczywiste!

 
1 2 3 4  następna
Zobacz także
Szymon Żyśko

Depresję osoby wierzącej charakteryzuje coś jeszcze. Poczucie, że Bóg się przed nami ukrył. I nie jest to bynajmniej Jego wina, ale nasza. Ukrył się, bo jesteśmy niegodni, zbyt mali, bo sami sobie tę chorobę „wyhodowaliśmy” lub jak utwierdzają nas w przekonaniu wciąż zbyt często inni w Kościele – bo to wina naszej zbyt małej wiary. Depresja staje się więc zasłużoną karą, a poczucie nieobecności Boga zadośćuczynieniem, na które się godzimy. 

 
Bartłomiej Kucharski OCD, Krzysztof Górski OCD
W życiu niektórych świętych, jak: św. o. Pio; św. Jan Maria Vianney – proboszcz z Ars; św. Teresa od Jezusa; św. Faustyna Kowalska; których diabeł nie może dosięgnąć inaczej, pojawia się w walce z nimi twarzą w twarz. Nie mogąc dosięgnąć ich inaczej, musi pokazać im swoje oblicze. Święta Maria od Jezusa Ukrzyżowanego – Mała Nic – karmelitanka, doświadcza ogromnego opętania, doświadcza piekła z woli Bożej.  

Z o. Anzelmem Frączkiem, paulinem, egzorcystą rozmawiają Bartłomiej Kucharski OCD i Krzysztof Górski OCD
 
Ks. Marian Piątkowski
Poddajemy się przygnębieniu, bo żyjemy w trudnych czasach, czarno widzimy przyszłość, nie potrafimy podjąć cierpienia, nawet małego, nieustannie narzekamy. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych młodzież powtarzała w piosence: "Źle było, źle będzie, w Polsce, zawsze i wszędzie...". Jeszcze nie tak dawno mówiliśmy: "Bylibyśmy szczęśliwi, gdyby był chleb z solą i woda, byle byśmy mieli wolność i prawdę"...
 
___________________
 
 reklama