logo
Poniedziałek, 08 marca 2021 r.
imieniny:
Beaty, Juliana, Wincentego – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Józef Augustyn SJ
Bądźcie świętymi
Kwartalnik Homo Dei
 


Sam Bóg pokoju niech was całkowicie uświęca, aby nienaruszony duch wasz, dusza i ciało bez zarzutu zachowały się na przyjście Pana naszego Jezusa Chrystusa (1 Tes 5,23). W naszej zlaicyzowanej cywilizacji, w której świat urządzany jest tak, jakby Boga nie było, pojęcie świętości oraz powołanie człowieka do niej zatraciły swoje znaczenie. Człowiek współczesny ocenia siebie nie poprzez pryzmat tego, co otrzymuje do Stwórcy, ale co sam osiąga i – jak mu się wydaje – sam sobie zawdzięcza.

Realizowanie swego życia poprzez uczestnictwo w świętości Boga zostało zastąpione dzisiaj pojęciem samorealizacji, w którym akcent położony jest przede wszystkim na aktywność człowieka i jego nieograniczone prawo do dysponowania własną wolnością. Sięganie po cele, które człowiek sam sobie ustala, stało się wyznacznikiem jego wielkości i doskonałości. Już w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku Aleksander Sołżenicyn mówił do studentów na Uniwersytecie Harvarda: Pojęcie wolności zaczyna oznaczać brak wszelkich hamulców, czyli zmierza w stronę sił zła (żeby nie ograniczać niczyjej „wolności”). Zatarła się świadomość odpowiedzialności człowieka przed Bogiem i społeczeństwem. „Prawa człowieka” zostały wyniesione tak wysoko, że przyćmiły prawa społeczeństwa i niszczą to społeczeństwo. (...) Panująca ideologia, która głosi, że najważniejsze jest gromadzenie dóbr materialnych, która aż tak ceni dostatek – prowadzi do osłabienia charakteru ludzi Zachodu. (...) A korzenie tego stanu tkwią w epoce oświecenia, w racjonalistycznym humanizmie, w wyobrażeniach, że człowiek jest ośrodkiem wszystkiego, co istnieje, że nie ma nad nim Siły Wyższej. Również sami wierni dzisiaj nierzadko utożsamiają niekiedy świętość przede wszystkim z dążeniem do doskonałości moralnej, którą – jak im się zdaje – osiąga się przede wszystkim dzięki „pracy nad sobą”.

Kościół jest święty

Chociaż wszyscy należący do Kościoła są grzesznikami potrzebującymi nieustannie Bożego zmiłowania i łaski, to jednak sam Kościół jest święty, ponieważ Chrystus, Syn Boży (...) umiłował Kościół jako oblubienicę swoją, siebie samego zań wydając, aby go uświęcić[1]. Chrystus złączył też Kościół ze sobą jako ciało swoje i hojnie obdarzył darem Ducha świętego na chwałę Bożą (KK 39). Jan Paweł II w Novo millennio inuente zauważa, iż odkrycie Kościoła jako „tajemnicy”, czyli jako ludu „zjednoczonego jednością Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (św. Cyprian), musiało doprowadzić także do ponownego odkrycia jego „świętości”, pojmowanej w podstawowym znaczeniu jako przynależności do Tego, który jest w najgłębszym sensie Święty, „po trzykroć Święty”(por. Iz 6,3). Wyznać wiarę w Kościół jako święty znaczy wskazać jego oblicze Oblubienicy Chrystusa, dla której On złożył w ofierze samego siebie właśnie po to, aby ją uświęcić. Ten dar świętości – by tak rzec – obiektywnej zostaje ofiarowany każdemu ochrzczonemu.

Powyższe słowa pozwalają nam odróżnić istotę świętości Kościoła od „doskonałości moralnej” (czy może częściej jej braku…) tych, którzy go reprezentują. Utożsamienie ludzkiej doskonałości moralnej przedstawicieli Kościoła ze świętością Kościoła jako takiego jest bardzo niebezpieczne. Najmniejsze bowiem słabości katolików bywają wówczas odbierane fałszywie jako zaprzeczenie świętości samego Kościoła. Coraz bardziej modny dzisiaj slogan, także u nas w Polsce: „Chrystus «tak», Kościół «nie»”, jest nie tyle wyrazem niechęci do Kościoła jako instytucji, co przede wszystkim przejawem błędnej eklezjologii utożsamiającej jego świętość z moralną poprawnością jego reprezentantów. Błąd ten (dotyczący nie tyle samych pojęć, ile raczej praktyki życia) wpływa na codzienne zachowania i postawy „ludzi Kościoła” (pod tym pojęciem rozumiem zwłaszcza duchownych). Podświadomie skłania ich bowiem do ukrywania za wszelką cenę swoich ludzkich słabości, co sprawia, że ich kontakty z wiernymi i całe zachowanie staje się mało spontaniczne. „Kościelni ludzie” postawy te przyjmują często w najlepszej wierze: pragną bowiem, by ich ludzkie ułomności nie rzucały cienia na Kościół i jego świętość.

Nie zdają sobie jednak sprawy z tego, że jest to niedźwiedzia przysługa dla samego Kościoła. Prości wierni wyczuwają bowiem w tych postawach pewną nieszczerość i brak przejrzystości moralnej. Paradoksalnie mówiąc, słabości moralne ludzi ochrzczonych (niezależnie od tego, czy należą do hierarchii, czy też są przedmiotem jej funkcji pasterskiej – KK 39) nie tylko nie zaprzeczają świętości Kościoła, ale wręcz przeciwnie, stają się okazją do ujawniania się zbawiającej, leczącej i uświęcającej jego mocy. Skoro wszyscy w wielu rzeczach upadamy (por. Jk 3,2), ustawicznie potrzebujemy miłosierdzia Bożego i co dzień powinniśmy się modlić: Odpuść nam nasze winy (Mt 6,12) – stwierdza Sobór Watykański II (KK 39). św. Ojciec Pio często zachęcał swoich penitentów, aby nie ukrywali swoich moralnych ułomności, ale też nie koncentrowali się na nich. Do jednego z nich pisał: W życiu duchowym trzeba iść do przodu bez niepokoju, bez zniechęcenia i goryczy. Jeżeli czynisz dobro, wychwalaj Boga i dziękuj Mu. Jeżeli zdarzy ci się uczynić zło, upokorz się, podejmij postanowienie, poproś o pomoc i idź do przodu dobrą drogą.

 
1 2 3  następna
Zobacz także
ks. Tomasz Jaklewicz
Macierzyńskim gestem Maryi jest owinięcie Jezusa w pieluszki. Co ciekawe, o pieluszkach mowa jest u Łukasza aż dwukrotnie (2,7 i 14). To symbol troski o życie bezbronnego dziecka. Przewijanie dziecka jest czynnością do bólu prozaiczną. Ale opieka nad niemowlakiem wymaga takich właśnie banalnych, powtarzanych setki razy czynności. Ewangelia niczego sztucznie nie koloryzuje. Bez świętej cierpliwości ani rusz...
 
Zbigniew Stachurski
Nosiłem miano chrześcijanina – byłem ochrzczony, byłem u pierwszej komunii, bierzmowania… Zawarłem w kościele związek małżeński (jak wielu żyjących obok mnie). Uważałem, że tak trzeba, że to wystarczy. Chodziłem więc czasami do kościoła, by mieć w rodzinie tzw. "święty spokój". Nie rozumiałem w czym uczestniczę.
 
o. Grzegorz Tyma OCD, o. Paweł Porwit OCD
Każde powołanie jest niczym zakochanie, które potrzebuje czasu. Wszystko po to, aby młoda miłość nabrała wybornego smaku. Koneser szczęścia dobrze wie, że jest to długi proces powolnego dojrzewania. O tym, jak początkowe zauroczenie przerodziło się w konsekwentny wybór i o tym, że pierwotna miłość może być nie tylko na początku, opowiedzą nam młodzi małżonkowie Kasia i Piotr Jedlińscy, o. Rafał Myszkowski OCD (43 lata) oraz Henryk i Barbara Kowarscy, którzy w tym roku obchodzili 38. rocznicę ślubu.

Rozmowę prowadzą o. Grzegorz Tyma OCD i o. Paweł Porwit OCD
 
 
___________________
 
 reklama