logo
Środa, 12 sierpnia 2026 r.
imieniny:

Hilarii, Juliana, Lecha, Eupliusza – wyślij kartkę

Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 

Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Marek Michalak
Chciałem robić coś fajnego
Don Bosco
 


Rozmowa z Markiem Michalakiem – Rzecznikiem Praw Dziecka, Kanclerzem Międzynarodowej Kapituły Orderu Uśmiechu i Kawalerem Orderu Uśmiechu, inicjatorem i współzałożycielem Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Chorych SERCE
 
 Skąd Pana zainteresowanie dziećmi chorymi i pomysł Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Chorych SERCE?
 
Stowarzyszenie było pomysłem młodzieży. Mieliśmy wtedy po 16-17 lat i chcielibyśmy robić „coś fajnego”. To nie była organizacja, ale grupa zapaleńców, którzy zdobyli adresy dzieci niepełnosprawnych i odwiedzali je. Po prostu spotykaliśmy się z nimi, jak kolega z kolegą. Zabieraliśmy je do teatru, do kina, na podwórko. To były czasy, gdy o niepełnosprawności się nie mówiło. Temat był wstydliwy, tych ludzi się nie pokazywało, a jeśli pojedyncze osoby znajdowały się na ulicy, to ludzie szeroko otwierali oczy. Kiedy w 1987 r. zrobiliśmy na świdnickim Rynku na Dzień Dziecka pierwszą imprezę dla dzieci niepełnosprawnych i pojawiło się prawie 40 wózków inwalidzkich, to ludzie zatrzymywali się, dziwiąc się skąd wzięli się tacy ludzie. Reakcja wówczas była taka, jakby państwo Gucwińscy przyjechali ze swoimi podopiecznymi. To był moment pokazania, że tacy ludzie w ogóle są, że też potrzebują uczestniczyć w życiu miasta i tym kulturalnym, i tym społecznym.
 
Ale skąd zainteresowanie akurat chorymi dziećmi?
 
Kiedy byłem w VIII klasie szkoły podstawowej, znalazłem się w Centrum Zdrowia Dziecka jako pacjent i tam poznałem wspaniałego człowieka – ks. prof. Józefa Gniewniaka, który przychodził i rozdawał nam cukierki, (dostawał je z darów ze Szwecji). Nadźwigał się tych toreb, ale nam rozweselał słodyczami życie. Oczywiście spowiadał, udzielał komunii, rozmawiał – taki przyjaciel na oddziale. Starszy pan – miał już wtedy prawie 90 lat. Zaprzyjaźniliśmy się, utrzymywaliśmy kontakt listowny i kiedyś żartem zaproponował: „Jest was parę osób z Dolnego Śląska, które ze mną trzymają, może byście założyli fanklub księdza Gniewniaka?” Pomyślałem, że może fanklub niekoniecznie, ale robić coś podobnego, to byłoby „coś”. Nie mieliśmy dostępu do cukierków z darów, nie mogliśmy spowiadać, ale mogliśmy dać siebie. No i tak się zaczęło. Uzyskaliśmy adresy pierwszych dzieci, a później to już jeden polecał drugiego. To były bardzo trudne czasy ze względu na to, że dzieci niepełnosprawne w ogóle nie wychodziły z domów. Dotarliśmy na przykład do 14-letniej wtedy Marty, która tylko raz w dzieciństwie opuściła swoje mieszkanie. Marta nie była osobą, która siedziała i czekała na pomoc. Kiedy odwiedziliśmy ją pierwszy raz z Adrianną – moją obecną żoną – to powiedziała nam, że nie potrzebuje tu żadnej „pomocy społecznej”. Musieliśmy ją długo przekonywać, że chcemy tylko z nią posiedzieć i pogadać, tak najnormalniej w świecie. Potem umówiła się z nami na następne spotkanie i tak trwa to ponad 20 lat. Teraz nie ma już oporów pokazywać się publicznie. Dla nas to było ogromne zaskoczenie, kiedy pojawiła się na wózku podczas naszego ślubu w świdnickiej katedrze. Dla niej wielkim wyzwaniem było w ogóle wyjść z domu. Zawsze ją namawiałem: „Spróbuj zacząć chodzić o kulach, mogłabyś próbować...” A ona niezmiennie odpowiadała: „Umówmy się, ty się urodziłeś, nauczyłeś chodzić i dla ciebie to jest normalne. Ja się urodziłam, nie nauczyłam się chodzić i dla mnie to też jest normalne, więc zostawmy ten temat”. No i trzeba było uszanować, że Marta nie chce chodzić.
 
Rodzice was wspierali w tych poczynaniach?
 
Najpierw rodzice patrzyli na to, jak na kolejny pomysł małolatów – niegroźny, szybko minie. Nie sprzeciwiali się, później ogromnie wspierali. Za to spotykaliśmy się z tzw. działaczami, jedynie słusznymi w tamtych czasach, którzy twierdzili, że młodzież to powinna się tylko uczyć, a na takie ważne sprawy, jak pomoc dzieciom, to oni mają patent. Nawet „przypięliśmy się” do jednej organizacji na pół roku, ale na szczęście uznali, że jesteśmy niepotrzebni i nas „rozwiązali”. Jesteśmy im za to ogromnie wdzięczni, bo gdybyśmy zostali to pewnie nauczylibyśmy się ich podejścia do pracy, a tak przekonaliśmy się, że pomaganie ma jednak wyglądać nieco inaczej.
 
A jak ma wyglądać?
 
Na patrzeniu przez pryzmat drugiego, a nie siebie. Na tym, żeby przede wszystkim wiedzieć, czego ten drugi człowiek oczekuje.
 
Chce czy potrzebuje?
 
Potrzebuje. Ale to nie ma być też tak, że my wiemy lepiej. Dam przykład. Większość instytucji robi paczki na św. Mikołaja. I dobrze, bo dzieci się cieszą. W SERCU robimy to trochę inaczej. Nasi podopieczni piszą listy i w tych listach przedstawiają swoje marzenia. Realne. Dorośli natomiast znajdują dla każdego dziecka jedną osobę bądź instytucję, która to marzenie spełnia. Dzieci dostają różne paczki, każda jest inaczej zapakowana, robiona przez kogo innego. Obserwuję, jak ich marzenia z czasem się zmieniają. Zaczynało się od podkoszulków, ciepłych butów na zimę, kurtki, piórnika – to się jeszcze oczywiście pojawia, ale także już klocki lego, mp3, hulajnoga. Na szczęście to nie jest nieosiągalne, bo wypracowaliśmy już cały sztab tych świętych mikołajów, ludzi, którzy czekają od końca października, a jak się nie odezwiemy to sami dzwonią do Stowarzyszenia, pytając czego w tym roku potrzeba. Zazwyczaj są to zamożni ludzie, którzy wiedzą, że świat nie kończy się tylko na pieniądzach.
 
 
 
1 2  następna
Zobacz także
Elżbieta Belkius
Winniśmy promować miłość i piękno małżeństwa. Nie godzić się na samo nazywanie związku byle jakiego – mianem "małżeństwa". Nie możemy pozostawać obojętni wobec presji deprawacji seksualnej dzieci w szkole. Musimy być czujni na wprowadzanie prawa. 
 
O ideologii gender, jej wpływie na życie publiczne w Polsce z ks. prof. dr hab. Pawłem Bortkiewiczem TCHr rozmawia Elżbietą Belkius.
 
Elżbieta Belkius

Może się to wydać dziwne, ale ksiądz mocno przeżywa sprawowanie sakramentu pokuty. Każdy z nas zdaje sobie sprawę z tego, że penitent doskonale pamięta swoje spowiedzi, nawet te sprzed kilkudziesięciu lat. Zwłaszcza te, w których spotkał się ze zrozumieniem, bo ksiądz zajrzał w jego serce i starał się mu pomóc. Jeżeli ksiądz chce dobrze spowiadać, nie może pozostać zupełnie neutralny — musi się emocjonalnie zaangażować...

 

Do udziału w dyskusji na temat spowiedzi, która odbyła się w redakcji LISTU, zaproszono czterech doświadczonych spowiedników: Jakub Kruczek OP, Jarosław Kupczak OP, Tomasz Golonka OP, Jacek Krzysztofowicz OP. W imieniu czytelników pytania zadawali: Iwona Budziak, Katarzyna Kroczek i Piotr Dylik

 
Józef Augustyn SJ
Życie jest darem Boga już dzisiaj. Kochając Go całym sercem, całą duszą, całym umysłem i całą mocą, nie tylko dążymy do wieczności, ale tworzymy nasze życie doczesne, dzisiaj, teraz. Chrystus każe nam przyjąć życie doczesne, kochać je jako wielki Jego dar. I to nie tylko wtedy, gdy płynie ono przyjemnie, ale także wówczas – a może szczególnie wtedy – gdy naznaczone bywa trudem i cierpieniem. 
 

___________________