logo
Wtorek, 04 sierpnia 2020 r.
imieniny:

Jana, Dominiki, Dominika, Protazego – wyślij kartkę

Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Marek Michalak
Chciałem robić coś fajnego
Don Bosco
 


Rozmowa z Markiem Michalakiem – Rzecznikiem Praw Dziecka, Kanclerzem Międzynarodowej Kapituły Orderu Uśmiechu i Kawalerem Orderu Uśmiechu, inicjatorem i współzałożycielem Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Chorych SERCE
 
 Skąd Pana zainteresowanie dziećmi chorymi i pomysł Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Chorych SERCE?
 
Stowarzyszenie było pomysłem młodzieży. Mieliśmy wtedy po 16-17 lat i chcielibyśmy robić „coś fajnego”. To nie była organizacja, ale grupa zapaleńców, którzy zdobyli adresy dzieci niepełnosprawnych i odwiedzali je. Po prostu spotykaliśmy się z nimi, jak kolega z kolegą. Zabieraliśmy je do teatru, do kina, na podwórko. To były czasy, gdy o niepełnosprawności się nie mówiło. Temat był wstydliwy, tych ludzi się nie pokazywało, a jeśli pojedyncze osoby znajdowały się na ulicy, to ludzie szeroko otwierali oczy. Kiedy w 1987 r. zrobiliśmy na świdnickim Rynku na Dzień Dziecka pierwszą imprezę dla dzieci niepełnosprawnych i pojawiło się prawie 40 wózków inwalidzkich, to ludzie zatrzymywali się, dziwiąc się skąd wzięli się tacy ludzie. Reakcja wówczas była taka, jakby państwo Gucwińscy przyjechali ze swoimi podopiecznymi. To był moment pokazania, że tacy ludzie w ogóle są, że też potrzebują uczestniczyć w życiu miasta i tym kulturalnym, i tym społecznym.
 
Ale skąd zainteresowanie akurat chorymi dziećmi?
 
Kiedy byłem w VIII klasie szkoły podstawowej, znalazłem się w Centrum Zdrowia Dziecka jako pacjent i tam poznałem wspaniałego człowieka – ks. prof. Józefa Gniewniaka, który przychodził i rozdawał nam cukierki, (dostawał je z darów ze Szwecji). Nadźwigał się tych toreb, ale nam rozweselał słodyczami życie. Oczywiście spowiadał, udzielał komunii, rozmawiał – taki przyjaciel na oddziale. Starszy pan – miał już wtedy prawie 90 lat. Zaprzyjaźniliśmy się, utrzymywaliśmy kontakt listowny i kiedyś żartem zaproponował: „Jest was parę osób z Dolnego Śląska, które ze mną trzymają, może byście założyli fanklub księdza Gniewniaka?” Pomyślałem, że może fanklub niekoniecznie, ale robić coś podobnego, to byłoby „coś”. Nie mieliśmy dostępu do cukierków z darów, nie mogliśmy spowiadać, ale mogliśmy dać siebie. No i tak się zaczęło. Uzyskaliśmy adresy pierwszych dzieci, a później to już jeden polecał drugiego. To były bardzo trudne czasy ze względu na to, że dzieci niepełnosprawne w ogóle nie wychodziły z domów. Dotarliśmy na przykład do 14-letniej wtedy Marty, która tylko raz w dzieciństwie opuściła swoje mieszkanie. Marta nie była osobą, która siedziała i czekała na pomoc. Kiedy odwiedziliśmy ją pierwszy raz z Adrianną – moją obecną żoną – to powiedziała nam, że nie potrzebuje tu żadnej „pomocy społecznej”. Musieliśmy ją długo przekonywać, że chcemy tylko z nią posiedzieć i pogadać, tak najnormalniej w świecie. Potem umówiła się z nami na następne spotkanie i tak trwa to ponad 20 lat. Teraz nie ma już oporów pokazywać się publicznie. Dla nas to było ogromne zaskoczenie, kiedy pojawiła się na wózku podczas naszego ślubu w świdnickiej katedrze. Dla niej wielkim wyzwaniem było w ogóle wyjść z domu. Zawsze ją namawiałem: „Spróbuj zacząć chodzić o kulach, mogłabyś próbować...” A ona niezmiennie odpowiadała: „Umówmy się, ty się urodziłeś, nauczyłeś chodzić i dla ciebie to jest normalne. Ja się urodziłam, nie nauczyłam się chodzić i dla mnie to też jest normalne, więc zostawmy ten temat”. No i trzeba było uszanować, że Marta nie chce chodzić.
 
Rodzice was wspierali w tych poczynaniach?
 
Najpierw rodzice patrzyli na to, jak na kolejny pomysł małolatów – niegroźny, szybko minie. Nie sprzeciwiali się, później ogromnie wspierali. Za to spotykaliśmy się z tzw. działaczami, jedynie słusznymi w tamtych czasach, którzy twierdzili, że młodzież to powinna się tylko uczyć, a na takie ważne sprawy, jak pomoc dzieciom, to oni mają patent. Nawet „przypięliśmy się” do jednej organizacji na pół roku, ale na szczęście uznali, że jesteśmy niepotrzebni i nas „rozwiązali”. Jesteśmy im za to ogromnie wdzięczni, bo gdybyśmy zostali to pewnie nauczylibyśmy się ich podejścia do pracy, a tak przekonaliśmy się, że pomaganie ma jednak wyglądać nieco inaczej.
 
A jak ma wyglądać?
 
Na patrzeniu przez pryzmat drugiego, a nie siebie. Na tym, żeby przede wszystkim wiedzieć, czego ten drugi człowiek oczekuje.
 
Chce czy potrzebuje?
 
Potrzebuje. Ale to nie ma być też tak, że my wiemy lepiej. Dam przykład. Większość instytucji robi paczki na św. Mikołaja. I dobrze, bo dzieci się cieszą. W SERCU robimy to trochę inaczej. Nasi podopieczni piszą listy i w tych listach przedstawiają swoje marzenia. Realne. Dorośli natomiast znajdują dla każdego dziecka jedną osobę bądź instytucję, która to marzenie spełnia. Dzieci dostają różne paczki, każda jest inaczej zapakowana, robiona przez kogo innego. Obserwuję, jak ich marzenia z czasem się zmieniają. Zaczynało się od podkoszulków, ciepłych butów na zimę, kurtki, piórnika – to się jeszcze oczywiście pojawia, ale także już klocki lego, mp3, hulajnoga. Na szczęście to nie jest nieosiągalne, bo wypracowaliśmy już cały sztab tych świętych mikołajów, ludzi, którzy czekają od końca października, a jak się nie odezwiemy to sami dzwonią do Stowarzyszenia, pytając czego w tym roku potrzeba. Zazwyczaj są to zamożni ludzie, którzy wiedzą, że świat nie kończy się tylko na pieniądzach.
 
 
 
1 2  następna
Zobacz także
Salwator
Z Bogną Gałecką koordynatorem programu profilaktyczno-edukacyjnego "Bądź wolny" i wolontariuszem Dominikańskiego Centrum Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach w Polsce działającego przy klasztorze oo. Dominikanów w Krakowie rozmawia Grzegorz Sztok.
 
Salwator

Ludzie przychodzą do kościoła z jakiegoś powodu. Jest to w pewnej mierze powód religijny, a nie tylko zwyczaj, jak skłonni jesteśmy nieraz twierdzić. Jest jakieś religijne pociąganie. Kiedy ktoś zjawia się w kościele, nawet jeśli z mniej pogłębionych powodów, to jednak mówi: „Jestem!”. Co my, jako duszpasterze, w Środę Popielcową i w Wielką Sobotę z tymi ludźmi zrobimy?

 

O fenomenie licznego udziału w liturgii Środy Popielcowej i wielkopostnym nawróceniu z o. Krzysztofem Wonsem, dyrektorem Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, rozmawia ks. Jarosław Czyżewski

 
ks. Aleksander Posacki SJ
Fotografie rentgenowskie sprzed uzdrowienia i po nim wydają się być niewiarygodne. Widać wyraźnie zniekształcone kości i zdeformowane kształty, którym - wydawałoby się - nic nie może przywrócić pierwotnej, naturalnej harmonii. A jednak moc Boga jest nieskończona, a Jego miłość niewyrażalna. Oczywistość potwierdzona zmysłami ustępuje temu, co jest pozornie niemożliwe...
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー