logo
Czwartek, 29 października 2020 r.
imieniny:
Angeli, Przemysława, Zenobii, Narcyza, Felicjana, Violetty – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
ks. Tomasz Jaklewicz
Otwórz Mu
Gość Niedzielny
 


Uwierzyć oznacza wybrać Jezusa jako światło dla swojego życia. Uznać w Nim nauczyciela. Zostaliśmy ochrzczeni jako dzieci. Czy jako dojrzali ludzie powiedzieliśmy świadomie osobiście TAK Chrystusowi i Jego Kościołowi?

 
„Oto stoję u drzwi i kołaczę” (Ap 3,20)
 
Nie każde zakochanie staje się dojrzałą miłością. Na pewnym etapie znajomości, bliskości, chodzenia ze sobą pojawia się pytanie, czy chcemy razem iść przez życie. Konieczna jest więc decyzja. Z tym wielu ludzi ma dziś problem. Jeśli jednak zdecydują się, dają sobie słowo. Głośno, publicznie, podczas ślubu. „Chcę, byś ty był moim mężem/była moją żoną, na dobre i na złe, aż do śmierci”. 
Z wiarą jest podobnie. Ona również wymaga decyzji. Trzeba dać słowo, postawić na Boga, uznać Chrystusa za Zbawcę, Mistrza, Przewodnika, zadeklarować: „chcę iść z Tobą przez życie, na dobre i na złe, aż do śmierci”. W początkach chrześcijaństwa, kiedy chrzczono głównie dorosłych, Kościół przed udzieleniem sakramentu chrztu publicznie pytał kandydatów o ich decyzję. Dziś, gdy chrzcimy dzieci, ta decyzja powinna pojawić się w którymś momencie dorosłego życia. I powiedzmy sobie szczerze, gdzieś to się rozmywa, brakuje tego momentu. Niby idziemy za Jezusem, ale tak nie do końca. Niby jesteśmy katolikami, ale jakby co, to zobaczymy. Oczywiście przyjmowanie kolejnych sakramentów jest jakimś wyrazem decyzji pójścia za Chrystusem. Ale idąc do Pierwszej Komunii Świętej czy do bierzmowania, jesteśmy nadal dziećmi, trudno więc mówić o dojrzałym wyborze. Ewangelizacja ochrzczonych polega więc właśnie na zaproszeniu chrześcijan do świadomej decyzji: „Tak, Jezu, chcę iść z Tobą przez życie, poddaję się Twojemu prowadzeniu”. Więc zastanów się, czy warto czytać ten tekst dalej. Ostrzegam, to może być niebezpieczne. 

 
Podłączenie
 do Bożej elektrowni

 
Nieraz najbardziej banalne przykłady przemawiają do wyobraźni. Więc spróbujmy. Każde urządzenie elektryczne musi być podłączone do prądu. Inaczej nawet najdroższy czy najbardziej skomplikowany sprzęt nie zadziała. Nieraz odnosimy wrażenie, że nasza wiara jakby „nie działa” w codziennym życiu. Jest jak lodówka niepodłączona do prądu, służy najwyżej jako mebel, regał na książki czy bieliznę, ale nie spełnia właściwego zadania. Nasz problem polega właśnie na tym, że nie podłączyliśmy się do Bożego zasilania. Wiara to jest właśnie ów „kabel” łączący nas z Jezusem, niewyczerpanym źródłem energii.
 
Tą energią jest Boża miłość, która, jeśli tak wolno powiedzieć, wybuchała w Chrystusie, w Jego krzyżu i zmartwychwstaniu. To jest ów „reaktor”, w którym uwolniła się olbrzymia siła, moc zbawienia. Sam Benedykt XVI przyrównał kiedyś to, co stało się na krzyżu, do reakcji rozszczepienia atomu. Mówił, że to jakby głęboki wybuch dobra zwyciężającego zło, który wywołuje łańcuch przemian, stopniowo odmieniających świat. Przemoc, której doświadczył Jezus, została przemieniona w miłość, życie w śmierć. Zostałeś więc już odkupiony, zbawiony, ocalony. Wystarczy teraz tylko przyjąć ten dar. Podłączyć swoje żarówki do tej „elektrowni”, wtedy twoje życie zaświeci, zajaśnieje. 
W święta Bożego Narodzenia tyle migających lampek, gwiazdek, choinek. Pięknie, ale jednocześnie w tylu ludzkich sercach ciemno i zimno. Potrzebujemy Bożego światła. Bez niego święta będą pustą ramą bez obrazu, urodzinami bez solenizanta. Przecież to bez sensu! 
Jest jeszcze jeden przykład, wprawdzie często przytaczany, ale przyznam, że wciąż do mnie przemawia. To opowieść o linoskoczku, który rozwiesił linę wysoko między domami. Ludzie się zbiegli, podziwiali śmiałka, gdy przechodził po linie ponad ich głowami. W pewnym momencie linoskoczek zawołał do zebranych: „Czy wierzycie, że mogę wziąć taczkę i przejechać po linie na drugą stronę?”. „Wierzymy”. I tak się stało. „Czy wierzycie, że mogę napełnić ją teraz piachem i zrobić tak samo?”. „Wierzymy”. I tak się stało. „A czy wierzycie, że mogę wziąć do tej taczki człowieka i przewieźć go bezpiecznie na drugą stronę?”. „Wierzymy” – zawołali ochoczo. „To poproszę, może pana, żeby wsiadł do taczki...”. „Oj, dlaczego ja?”. Wierzymy teoretycznie, czy wsiadamy do tej taczki? 


Wierzę, ale zaradź
memu niedowiarstwu!

 
Pan Jezus nie mówił, że musimy mieć koniecznie „wielką wiarę”. Mówił, że gdyby nasza wiara była jak ziarnko gorczycy, to moglibyśmy przenosić góry. Mała wiara, ale w Boga, który może wszystko. Dodajmy, może wszystko… w moim życiu! Kiedyś przyszedł do Jezusa ojciec z synem cierpiącym od dzieciństwa na jakiś rodzaj demonicznego zniewolenia. Opowiedział historię cierpień swojego syna, którą zakończył prośbą do Pana: „Jeśli możesz, zlituj się nad nami i pomóż nam!”. Jezus zauważył w postawie ojca wahanie. Dlatego odpowiedział: „Jeśli możesz? Wszystko możliwe jest dla tego, kto wierzy”. 
Boże, skąd my to znamy? Czyż nie jesteśmy dokładnie tacy sami? Tyle modlitw, tyle pielgrzymek do różnych miejsc i nic. Bóg jakby milczał. Więc asekurujemy się: „jeśli możesz”. Od wiary w Boga (w to, że On jest) do wiary Bogu, czyli wiary w to, że On może coś zmienić w moim życiu, droga bywa daleka. Recytujemy: „wierzę w Boga Ojca wszechmogącego…”. Ale co to znaczy? Tak w ogóle wszechmogącego? Czy mogącego wszystko w moim życiu? Owszem, On może wszystko, ale jeśli ty Mu na to pozwolisz. Za bardzo bowiem szanuje twoją wolność. Dlatego przy każdym cudzie Jezusa pojawia się kwestia wiary.
 
1 2  następna
Zobacz także
ks. Dariusz Dogondke
Ewangelie ukazują uczniów Jezusa jako wspólnotę osób wezwanych szczególnym powołaniem do wstępowania w Jego ślady. Taki typ duchowego podążania za Jezusem nazywamy zazwyczaj "naśladowaniem Chrystusa", a słowa "pójdź za Mną", które Jezus skierował do dwunastu apostołów, odnosimy nie tylko do nich samych, lecz również do nas – ludzi uważających się, podobnie jak pierwsi uczniowie, za ich adresatów.
 
Wojciech Werhun SJ
Każdy z nas w głębi serca pragnie, by nawiązać z Bogiem bliską i mocną więź, by nauczyć się Go zauważać w codzienności. Intuicyjnie wyczuwamy, że istnieje jakiś ostateczny cel, do którego zmierzamy, prawdziwe szczęście, szczera radość i życie w pełni, którego nie zapewni nam nic z rzeczy stworzonych. Zaczynamy szukać Boga. I właśnie wtedy pojawia się pytanie: Jak rozpoznać Pana? Skąd wiadomo, że to On?
 
o. Bernard Sawicki OSB
Rozważając pojęcia miary, wartości i ilości szukamy ich istoty – wspólnego mianownika, punktu wyjścia, który pozwoliłby na ich wyraźne zdefiniowanie i zarazem rozróżnienie. Mniej lub bardziej świadomie odczuwamy pokrewieństwo tych terminów. Jest nim w pewnym sensie pojęcie miary. Tak wartość, jak ilość i wielkość są kategoriami mierzenia, policzalności. Wiemy jednak, że mają też znaczenie ponad tę kategorię wykraczające.
 
 
___________________
 
 reklama