logo
Niedziela, 27 września 2020 r.
imieniny:
Damiana, Mirabeli, Wincentego, Stanisława – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Dariusz Michalski SJ
Zniechęcenie - jedyna przegrana!
Szum z Nieba
 
fot. Biel Morro | Unsplash (cc)


Gdy wyobrażamy sobie pierwotny stan szczęścia, który był udziałem Adama i Ewy w raju, myślimy zazwyczaj o czymś na kształt sielanki – zero pracy i wysiłku, zero jakiegokolwiek trudu. Bo trud kojarzy nam się z czymś przykrym. A skoro raj, to na pewno pełna laba. Nie uświadamiamy sobie, że taka wizja raju jest nieprawdziwa.

 

Człowiek został bowiem stworzony, jak mówi o tym Księga Rodzaju, aby panował nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi (por. Rdz 1,26). Ten, kto na co dzień pracuje przy zwierzętach czy przy uprawie ziemi – wie, jak wiele wymaga to trudu. Trzeba się ciężko napracować! Wie o tym nawet ten, kto zajmował się zwykłymi roślinami pokojowymi, które więdną na przekór wszelkim wysiłkom…

 

Pierwotne powołanie człowieka

 

Księga Rodzaju mówi wyraźnie, że pierwsi ludzie uprawiali ogród Eden, który został im podarowany: „Pan Bóg wziął zatem człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał” (Rdz 2,15). Co to znaczy? Ludzie w raju pracowali! A jednak gdy myślimy o raju, to z jakiegoś powodu odrzucamy tę ideę. Widocznie jest nam do czegoś potrzebna wizja raju na wzór beztroskiej sielanki. Tak czy inaczej, możemy powiedzieć, że Stwórca powołał człowieka do... przekraczania siebie. Miało się to dokonywać przez troskę o to, co zostało mu powierzone. Każdy z nas, będąc synem Adama lub córką Ewy, został powołany do podejmowania trudu i wysiłku na wzór pierwszych rodziców. Idąc jeszcze dalej – ku samym początkom – widzimy Boga, który stwarza świat i wkłada w to ogromny wysiłek! Poczułem to pewnego razu, gdy potrzebowałem przywieźć do domu trochę piasku z plaży. Gdy nasypałem go do reklamówki i podniosłem, poczułem się zaskoczony jego ciężarem. A gdy spojrzałem na plażę, która ciągnęła się po horyzont, to... przekroczyło moje wyobrażenie, ile ta plaża może ważyć!

 

Trud i poczucie szczęścia

 

Powróćmy jednak do Adama i Ewy. Niektórzy teologowie wysuwają tezę, że w raju człowiek pracował i trudził się. W ten sposób wypełniał zlecone mu przez Boga powołanie. Ponieważ nie popełnił jeszcze grzechu – podejmowany wysiłek nie był dla niego żadną przykrością! Wręcz przeciwnie, był radością i okazją do spotkania ze Stwórcą. Człowiek w raju odnajdywał się w naturalny sposób w podejmowaniu różnych odpowiedzialności i prac. Nie stanowiły one dla niego brzemienia, tak jak ma to miejsce dziś. Człowiek nie miał wtedy odruchu buntu wobec obowiązków i zadań. Czuł się szczęśliwy, mogąc pracować i trudzić się. Idąc za tą myślą, możemy wyobrazić sobie, co działo się z Adamem lub Ewą, gdy np. skaleczyli się, przeskakując przez przewrócone drzewo. Czy odczuwali wtedy ból? Tak! Odczuwali ból, ale on nie wprowadzał dysharmonii w ich relacji do Boga! Nie przeszkadzał im nadal cieszyć się rajem.

 

W planie Bożym człowiek od początku został wyposażony w zdolność do przekraczania siebie. Dotyczyło to czterech obszarów: świata zewnętrznego, kontaktu z Bogiem, drugim człowiekiem i z samym sobą. W sferze społecznej i relacyjnej oznaczało to zdolność do komunikacji z innymi. Dla Adama była to zdolność rozmawiania z Bogiem, z Ewą i z samym sobą, ale także zdolność słuchania i otwierania się na świat drugiej osoby. W Księdze Rodzaju czytamy: „Bóg [ludziom] błogosławił, mówiąc do nich…” (Rdz 1,28). Bóg mówi, a człowiek jest zdolny Go usłyszeć. Jest zdolny zobaczyć, doświadczyć, poznać coś, co pochodzi nie tylko z jego wnętrza, nie tylko ze świata stworzonego, ale coś, co pochodzi bezpośrednio od samego Stwórcy.

 

Od samego początku człowiek dysponuje więc zdolnościami do wykraczania poza siebie i do korzystania z nich na dwa sposoby: przez panowanie nad stworzonym światem oraz przez przekraczanie kręgu własnego tylko świata. Obie postawy wymagają od człowieka trudu, który na początku wpisywał się naturalnie w poczucie szczęścia.

 

Acedia – specyficzne lenistwo

 

Jednym ze skutków grzechu pierworodnego stało się przekonanie, że trud i wysiłek kłóci się ze stanem szczęścia. Żyjemy w czasach, gdzie próbuje się maksymalnie ułatwić wiele codziennych czynności. Zamiast schodów – windy. Zamiast pokonywania odległości pieszo – samochód. Zamiast ręcznego prania – pralka automatyczna. Korzystamy z wielu udogodnień, które często obracają się przeciwko nam. Lekarze alarmują o nasileniu się chorób wynikających z siedzącego stylu życia! W ułatwianiu sobie życia nie ma nic złego dopóty, dopóki nie pragniemy ułatwić sobie wszystkiego. Dopóki nie chcemy całkowicie wyzbyć się każdego wysiłku. Gdy tak się dzieje – nasza dusza może zacząć chorować na acedię.

 

Katechizm Kościoła Katolickiego tłumaczy ten tajemniczy termin jako lenistwo duchowe lub ospałość (por. KKK 1866). Trzeba przypomnieć, że jest to jeden z siedmiu grzechów głównych – czyli taki, za którym kroczy cała horda innych, pomniejszych. Gdy poddajemy się grzechowi głównemu, tym samym wpuszczamy do środka te mniejsze, które są z nim związane. „Kupujemy” lenistwo w pakiecie z: rozżaleniem, smutkiem, wygodnictwem, hedonizmem itd. Lista jest bardzo długa. Ojcowie pustyni postrzegali acedię jako skutek działania demona południa – przebywając na pustyni, największej ospałości doświadczali właśnie w południowej porze dnia. Gdy żar lał się z nieba, ogarniało ich lenistwo. Ospałość budziła przemożną chęć odpoczynku, a zarazem niechęć do podejmowania wyznaczonych prac. Acedia polega właśnie na tym, że nam się nie chce. W szczególności czujemy niechęć do robienia tego, co do nas należy. Acedia nie jest absolutnym lenistwem. Ktoś, kto na nią cierpi, będzie gotów wykonywać niektóre prace i obowiązki – ale wyłącznie te, które sprawiają mu przyjemność. Wystarczy jednak, że pojawi się choćby cień niechęci względem jakiejś pracy, a wtedy dotknięty acedią od razu ją odrzuci jako zbyt ciężką – choć w rzeczywistości jest możliwa do spełnienia. Istotą tego grzechu jest więc uleganie złudzeniu, że dana praca przerasta nasze siły.

 

Pewnego razu zgłosił się do mnie student, który miał poważne problemy z dokończeniem pisania pracy magisterskiej. Od kilku miesięcy nie udało mu się wyjść poza pierwszy rozdział. Stanął w miejscu. Ilekroć zabierał się do pisania – tylekroć ulegał wyobrażeniu ogromnych problemów i przeciwności, jakie momentalnie podpowiadała mu wyobraźnia. Widział trudności niemożliwe do pokonania! A gdy skupiał się na nich, czuł się tak zniechęcony, że natychmiast odrzucał myśl o napisaniu choćby jednego akapitu. Taki stan doprowadził go do całkowitego zniechęcenia sobą i kompletnej blokady w kontynuacji pracy. Na dodatek, aby zrekompensować sobie przykre uczucie rozczarowania – uciekał w wielogodzinne stawianie pasjansa w komputerze, co jeszcze bardziej pogłębiało jego żal do siebie.

 

Prawdziwa radość z podejmowania wyzwań

Zwycięzcy to przegrani, którzy powstali i spróbowali o jeden raz więcej (Dennis DeYoung)

 

Katechizm Kościoła Katolickiego precyzuje: „Znużenie lub lenistwo duchowe posuwa się do odrzucenia radości pochodzącej od Boga i do odrazy wobec dobra Bożego” (KKK 2094). Co to znaczy? Dokładnie to, że człowiek poddający się acedii – pozbawia się radości płynącej ze współpracy z Bogiem. A jednocześnie szuka radości, ale w oderwaniu od Boga. Dobrze wiemy, że nic nie może zastąpić prawdziwej radości płynącej z wypełnienia swoich zobowiązań. Jest to poczucie autentycznej satysfakcji! Coś znacznie głębszego niż poczucie przyjemności płynące z używania lub z konsumpcji dóbr. Jako ludzie jesteśmy powołani do wyznaczania sobie celów, które przybliżają nas do Boga, i do osiągania ich, bo „Miłość to wybór drogi miłości i wierność wyborowi” – jak to trafnie określił św. Augustyn. Przychodzi mi na myśl historia amerykańskiej pływaczki Florence Chadwick, która w 1952 r. jako pierwsza kobieta spróbowała przepłynąć wpław kanał Catalina. Musiała zmagać się z przenikliwym zimnem, mgłą, rekinami, które kilkakrotnie były przeganiane przez jej matkę i ekipę płynącą w towarzyszącej łodzi. Pierwsza próba była nieudana. Chadwick zrezygnowała z powodu drętwienia w lodowatej wodzie. A także dlatego, że z powodu gęstej mgły nie widziała, jak daleko jest od upragnionego brzegu. Po piętnastu godzinach i pięćdziesięciu pięciu minutach, mimo dopingu ze strony trenera i matki, zrezygnowała. Podupadła na duchu i prawie się załamała, gdy okazało się, że do brzegu zabrakło jej tylko... pół mili (ok. 800 metrów)! Dwa miesiące później Chadwick podjęła drugą próbę. Warunki były podobne jak za pierwszym razem. Ale w tym wypadku pływaczka nie straciła wiary. Jako pierwsza kobieta na świecie pokonała szczęśliwie kanał Catalina i spełniła swoje marzenie. Ta historia pokazuje, że każdy z nas ma do przepłynięcia swój kanał Catalina. Ma do pokonania największego wroga, czyli... siebie samego.

 

Prosta zasada dla wielkich celów

 

No dobrze, ale co mamy robić, gdy w pewnym momencie dążenia do celu czujemy się wypaleni i niezdolni do dalszej pracy? Rozwiązanie jest niezwykle proste. Polega na wyznaczeniu sobie słusznej miary codziennej pracy. Rozmawiając ze wspomnianym studentem, poprosiłem go, aby wyznaczył sobie jakiś określony czas, który mógłby poświęcić na codzienne pisanie pracy magisterskiej. Niezależnie od tego, ile stron, de facto, uda mu się tego dnia napisać. Obrał sobie jako realną miarę jedną godzinę dziennie. Zaproponowałem mu, żeby trzymał się tego każdego dnia – niezależnie od postępów pracy (lub ich braku). Po trzech miesiącach okazało się, że... praca została dokończona.

 

Na czym polegała pułapka złego? Zły duch przyjął taktykę zniechęcania go i jednocześnie wyolbrzymiania przeciwności. Przy każdej próbie pisania pokazywał mu, że podjęcie wyznaczonego zadania przekracza jego możliwości. Duchowa choroba acedii nie zaczyna się nagle. Powstaje poprzez stopniowe rezygnowanie z podejmowania codziennych trudów i obowiązków. Dusza, choć może zabrzmi to nieładnie, przypomina mięśnie. Jeśli codziennie podejmujemy ćwiczenia fizyczne – nasze mięśnie są w coraz lepszej formie. Jednak gdy przestajemy je ćwiczyć, czasem wystarczą nawet dwa tygodnie, aby utraciły swoją podstawową sprawność do działania. Podobnie jest z duszą. Musimy ją ćwiczyć codziennie. Nie chodzi tu o żaden woluntaryzm czy ambicjonalne postawy duchowych osiłków. Nie chodzi o wyciskanie z siebie ostatnich potów i jęczenie przez zaciśnięte zęby: „Dzień bez bólu to dzień stracony!”. Nie! Chodzi jedynie o własną miarę wysiłku i trudu (czasem fizycznego, a czasem duchowego, a najczęściej jednego i drugiego), która jest konieczna do tego, aby nasz duch się umacniał i rozwijał. Można w kilka dni stracić wewnętrzną dyscyplinę i doprowadzić się do bezładu – do stanu, w którym nic nam się nie chce. Jednak aby powrócić do poprzedniej kondycji, potrzeba znacznie więcej czasu i wysiłku.

 

Każdy z nas może wyznaczyć sobie tzw. plan minimum. Tak, tak, nie pomyliłem się! Plan minimum, nie maksimum. Taki, poniżej którego nie zgadzamy się zejść. Właśnie taki plan, choć może nie brzmi to dobrze, pozwoli nam realizować życiowe cele i zachować pokój serca. Najważniejsze nie jest jednak to, ile uda nam się wykonać. Liczy się odnalezienie własnego rytmu i utrwalenie postawy wierności na obranej drodze. Taka metoda pozwoli nam przezwyciężać zniechęcenie, które odbiera chęć do pracy. Zamiast tego, będziemy mogli uczyć się konsekwencji w doprowadzaniu rozpoczętej pracy do końca i w wypełnianiu podjętych zobowiązań osobistych, co jest cechą dojrzałej osobowości.

 

Dariusz Michalski SJ
Szum z Nieba nr 145/2017

 
Zobacz także
o. Remigiusz Recław SJ
Gdy przyglądamy się Kościołowi, zdarza się, że pada pytanie: gdzie jest w nim Bóg? Tymczasem to my często zasłaniamy Boga. W naszych miejscach pracy, w domach, we wspólnotach, gdziekolwiek jesteśmy – tam też jest Kościół. Jeśli ludzie w nas nie widzą miłości, to nie zobaczą także i Boga. Bywa, że osoby po mocnym doświadczeniu spotkania z Jezusem, także te, które stale formują się duchowo, ulegają pokusie myślenia, że są mądrzejsze, bardziej wyrobione, dojrzalsze niż pozostali. 
 
Ks. Piotr Mazurkiewicz
Opowiadano mi kiedyś anegdotę o pewnym bardzo ważnym człowieku, który wędrował z jednego bankietu na drugi, zaliczając w ten sposób, z poczucia obowiązku, kilka imprez w ciągu wieczoru. Pewnego dnia zauważono go siedzącego w kącie salonu ze wzrokiem utkwionym w trzymany w ręku kalendarzyk. "Sprawdza Pan - zagadnął go ktoś - dokąd Pan teraz musi iść?". "Nie - brzmiała odpowiedź. - Sprawdzam, gdzie ja właściwie jestem".
 
o. Jerzy Zieliński OCD
W Bogu nie ma stagnacji. Ani życie doczesne, ani tym bardziej czyściec i niebo nie są doświadczaniem jakiegoś zawieszenia i bezruchu. Jezus mówi o swym Ojcu, że jest tym, który działa (J 5, 17). Całe dzieło miłosierdzia, obejmujące również stan czyśćca, ukierunkowane jest na rozwój. Ma na celu taką dojrzałość człowieka, która umożliwi mu wejście w pełnię relacji z Bogiem.
 
 
 
___________________
 
 reklama