logo
Sobota, 05 grudnia 2020 r.
imieniny:
Kryspiny, Norberta, Sabiny, Geralda – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
S. Tatiana Ugaynova
Czuję się szczęśliwą zakonnicą
 


Czuję się szczęśliwą zakonnicą

Nazywam się Tatiana Ugaynova. Mam 44 lata. Pochodzę z Syberii. Urodziłam się w Krasnojarskim Kraju, w bardzo małej wiosce, jako dziewiąte dziecko w katolickiej rodzinie. Najcenniejsze, co wyniosłam z domu, to postawa gościnności moich rodziców. Każdemu, kto jechał lub przechodził obok naszego domu otwierano drzwi, dzielono się chlebem i ciepłem. Trzeba pamiętać, że to były lata sześćdziesiąte, kiedy samochodów u nas nie było, a ludzie jeździli konno lub chodzili pieszo. Zrozumie to ten, kto wie, jak wielkie odległości dzielą u nas osiedla ludzkie i jak wielkie mrozy panują podczas długiej zimy. Każdy mógł chwilę odpocząć u moich rodziców.

Tato zostawił mi testament

Tato (a później bracia) często mówił: ten człowiek nie ma gdzie mieszkać, nie ma rodziców, musimy być dla niego rodziną. Tato zawsze wymagał od nas, dzieci, abyśmy zauważali tych, którzy potrzebują pomocy, szczególnie samotnych i starszych. Stało się to naszym obowiązkiem serca. Taki był jego testament, który nam zostawił, kiedy umierał. Miałam wtedy trzynaście lat. Do wspomnień z dzieciństwa chcę dodać, że dobrze pamiętam, iż symbolem naszej wioski był krzyż. Większość mieszkańców była narodowości latgalskiej. Byli to zesłańcy i przesiedleńcy z terenów dzisiejszej Łotwy. Ja też jestem Latgalką. Pamiętam też, że jeden z moich dziadków był Polakiem. Co było dalej w moim życiu? Po śmierci taty moje życie zmieniło się. Zamieszkałam z jednym z moich braci w większej wiosce. Później wyjechałam do miasta Aczynska, aby dalej się uczyć.

Ktoś jednak może zapytać, jakie miejsce w tym czasie w moim życiu zajmował Pan Bóg? Do mojej osobistej relacji z Bogiem było jeszcze bardzo daleko. Zobaczywszy świat nie tylko z okna chaty, dostrzegłam różnicę pomiędzy tajgą, w której była moja rodzinna wioska, a tak zwaną cywilizacją. Cywilizacja Związku Radzieckiego i szkoła, którą podjęłam, proponowały ateizm. Świadomie poszłam za jego głosem. Mówił on, że człowiek sam jest twórcą swego szczęścia, że nasz kraj już wyprzedził wszystkie pozostałe pod wieloma względami, że już niedługo będziemy żyli w raju, który nazywa się komunizm. Tato uczył mnie sprawiedliwości, komuniści też. To mi odpowiadało. Jednak z czasem przekonałam się, że chociaż tato uczył mnie ufać drugiemu człowiekowi, to jednak świat wokół mnie często kłamał.

Wcześnie wstąpiłam do partii

Skończyłam technikum handlowe w Aczynsku. Później wysłano mnie do Krasnojarska, do pracy w szkole handlowej. Kilka lat pracowałam jako nauczyciel zawodu i wychowawczyni. Oprócz tego brałam aktywny udział w życiu partii komunistycznej i studenckiej organizacji komsomolskiej. Wieczorami dokształcałam się w różnych szkołach. Wśród nich wystarczy, że wymienię Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu, Fakultet Naukowego Ateizmu oraz inne szkoły komsomołu. Czułam, że mogę się zrealizować jako działaczka i organizatorka. Bardzo wcześnie wstąpiłam do partii i szybko zostałam wybrana sekretarzem komsomolskiej organizacji studentów, później zaś sekretarzem partyjnej organizacji nauczycieli. Byłam bardzo gorliwa, co inni często wykorzystywali. Dobrze pamiętałam naukę ojca o sprawiedliwości i uczciwości. Starałam się ją zachowywać również w mojej działalności partyjnej. Dużo z tego powodu wycierpiałam. W partii trzeba było myśleć i mówić tak, jak to było z góry przekazane - ja tego nie potrafiłam. Z partii jeszcze wtedy nie odeszłam, jednakże rozpoczęłam inną pracę, również społeczną - jako Przewodnicząca Związku Zawodowego Studentów. W tym czasie patrzyłam już inaczej na świat. Zrozumiałam, że wszystko to, co czyniłam, jak żyłam, nie ma wartości, że tak żyć nie można. Wtedy też wystąpiłam z partii.

Co było dalej? Dalej było wielkie pytanie o sens życia człowieka. Jeśli nie ma go w tym, czym żyłam, to gdzie jest? Poszukiwania pochłonęły wiele mojego czasu i energii. Szukałam sensu wszędzie: w przyjaźniach, niekończących się imprezach, astrologii, magii, wróżbiarstwie... W momencie, kiedy te pozorne wartości życiowe rozpadły się, poczułam się odrzucona przez świat, rodzinę i przyjaciół. Wraz z odrzuceniem przyszła rozpacz, beznadziejność, a nawet brak chęci życia. Nie miałam żadnych marzeń ani pragnień. Właśnie wtedy nagle zaczęłam odczuwać blisko mnie obecność drugiej osoby. Jednakże nie był to tylko człowiek. Ciągle widziałam koło siebie pięknego mężczyznę, który patrzył na mnie wzrokiem, od którego nie można było się odwrócić. Wzrok ten był jednocześnie smutny, łagodny i niezwykle troskliwy. Wyraźnie mówił, że czegoś chce ode mnie. Moją pierwszą myślą było, że zwariowałam. Widzenia te trwały aż do momentu, kiedy ostatecznie zdecydowałam się zacząć wszystko od początku. Pewnego razu miałam sen, bardzo dziwny sen. Zobaczyłam w nim pierwszy raz w życiu Ojca Świętego. Papież odprawiał Mszę świętą. Nigdy wcześniej nie widziałam Jana Pawła II, nie wiedziałam, jak wygląda ani dokładnie, kim jest. Nie mogłam też nic wiedzieć o Mszy świętej. To, co zobaczyłam we śnie bardzo mnie poruszyło i zaniepokoiło. Po kilku dniach oglądając wiadomości telewizyjne zobaczyłam Ojca Świętego, którego wcześniej widziałam we śnie i pierwszy raz usłyszałam słowo "Msza święta".

Niedługo potem, czytając lokalną gazetę, zobaczyłam ogłoszenie, że członkowie Kościoła rzymsko-katolickiego zapraszają na Mszę św. do pałacu kultury. Zdecydowałam się pójść. Udało mi się namówić jeszcze jedną moją siostrę i jedną kobietę z naszej wioski. Ubrałyśmy się tak jak do teatru i udałyśmy się do pałacu kultury. Weszłyśmy do sali, patrzymy, nie ma ludzi. Ucieszyłyśmy się, że będziemy mogły wybrać lepsze miejsca, żeby lepiej widzieć i słyszeć tę sztukę. Rozejrzałam się po sali, było tam może dziesięć, może kilkanaście osób, prawie same babcie. Zapytałam: "gdzie są ci katolicy?". Wtedy mi odpowiedziano, że to właśnie oni. Oburzyłam się trochę. Czemu ich tak mało i dlaczego nie ma jeszcze przedstawienia, które nazywają Mszą św.? Otrzymałam odpowiedź, że chyba coś się księdzu i siostrom przytrafiło w drodze. Zaintrygowało mnie określenie siostry zakonne. Kto to taki? Co to za zjawisko, z jakiego świata? Nie mogłam uwierzyć, że w cywilizowanym świecie uchowały się jeszcze jakieś zakonnice. Myślałam, że chyba wzięli je z muzeum i że będą miały ponad sto lat. Memu zdumieniu nie było końca, gdy zobaczyłam je na własne oczy. Jedna była w moim wieku, a druga jeszcze młodsza. W rozmowie z tymi odważnymi ludźmi pierwszy raz spotkałam się z Panem Jezusem. Jednakże Jego obecność w ofierze Mszy św., komunii świętej, Słowie Bożym i we wspólnocie tej garstki wiernych była dla mnie jeszcze tajemnicą.

Odkryłam powołanie i jestem szczęśliwa

Od tego czasu moje życie zmieniło się, skierowało się ku Bogu i Kościołowi. Jestem przekonana, że Pan Bóg osobiście troszczy się o wszystkich ludzi, wiem jednak, że czasami posyła również świadków swej miłości. Dla mnie były nimi siostry zakonne. Dzisiaj sama jestem siostrą zakonną. Należę do Zgromadzenia Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa. Dlaczego?

Wiele spraw złożyło się na tę decyzję. Pierwszą była prośba jednej z sióstr, abym wzięła do siebie na jakiś czas siostrę pracującą W Krasnojarsku, która będąc ze mną, mogłaby uczyć się języka rosyjskiego. Po pewnym czasie dołączyła do niej druga siostra. W tym czasie siostry, na prośbę biskupa, przeprowadziły się do naszego miasta. Przez pewien okres mieszkały u mnie. Później kupiły mały dom. Ponieważ nie znały miasta i ludzi, poprosiły, abym na początek pomieszkała z nimi. Tak minął rok. Tak wyszło, że to nie ja wstąpiłam do Adoratorek, ale one przyszły do mnie.

Drugą, myślę, że najważniejszą przyczyną, dzięki której odnalazłam moją drogę do Boga, było doświadczenie cierpienia, które dotknęło mnie osobiście. W tym okresie, kiedy zaczęłam chodzić do kościoła, moją rodzinę spotkało ogromne cierpienie. Zabito moją siostrzenicę i jej męża w ich własnym mieszkaniu, na oczach jedenastomiesięcznego dziecka. Tak się złożyło, że ja jako pierwsza z rodziny weszłam do ich mieszkania. Podczas gdy patrzyłam na martwe ciała leżące we krwi, pojawiły się znowu te same pytania: Dlaczego człowiek się rodzi? Dlaczego żyje? Gdzie jest sens tego wszystkiego? Pierwszym odruchem była myśl, że mam zostać matką dla tego dziecka. Rzeczywiście, chociaż tylko na pół roku, Pan Bóg pozwolił mi doświadczyć najpiękniejszego daru, jakim dla kobiety jest macierzyństwo. Później odebrano mi tego chłopca. Było to dla mnie bardzo trudne, chyba najtrudniejsze jak dotąd, przeżycie.

Te bolesne doświadczenia nie skończyły się. Po pewnym czasie, kiedy już byłam w zgromadzeniu, otrzymałam wiadomość, że jeden z dziadków tego chłopca odebrał sobie życie. Mówił, że już nie ma po co żyć. Następnie w sposób brutalny zabito moją przyjaciółkę. To wszystko, co się zdarzało w rodzinach bliskich mi osób, bardzo mnie dotykało. Stawiałam sobie pytanie: Gdzie jest Bóg w tych sytuacjach? Jeżeli jest, dlaczego pozwala na takie brutalne rzeczy, że nawet dzieci nagle zostają same? Co mam robić w tej sytuacji? Jak wytłumaczyć to sobie i tym, którzy właśnie mnie wprost o to pytają, mówiąc, jaki jest ten twój Bóg, skoro na to wszystko pozwala? Musiałam znaleźć odpowiedź na te trudne pytania. Szukanie odpowiedzi było trudne i zajęło mi prawie dwa lata postulatu, dwa lata nowicjatu i dwa lata pracy na Syberii. Właśnie tam najczęściej mnie pytano o to, dlaczego ja, po takich wydarzeniach, nadal chcę być siostrą zakonną - Adoratorką Krwi Chrystusa?

Szukać odpowiedzi nie potrafiłam sama. Ciągle szukałam pomocy, męczyłam swoimi pytaniami moje współsiostry i kapłanów. Żadna z ich odpowiedzi nie mogła mnie zadowolić, dopóki sam Bóg nie dotknął mojego serca, dopóki nie pokazał mi samego siebie w tych moich bliskich, którzy zostali zabici, w tych dzieciach, które zostały bez matki i ojca, dopóki nie dotknęła mnie osobiście moc Jego Krwi i uwolniła od skutków zła, w których żyłam przez wiele lat. Pokochać charyzmat Zgromadzenia Adoratorek Krwi pomógł mi, chyba sam nie wiedząc o tym, ks. Włodzimierz Cyran z Częstochowy, który w trudnościach zawsze zwracał się do mocy Krwi Chrystusa i zawsze ufał jej sile. Nauczył mnie tego i czuję się szczęśliwą zakonnicą i pragnę nadal służyć Panu Bogu w tym zgromadzeniu, pomagając Chrystusowi głosić moc Jego Krwi całemu światu i każdemu człowiekowi.

Pozdrawiam wszystkich, kto będzie czytał moje świadectwo, które napisałam w dużym skrócie.

S. Tatiana Ugaynova
ur. w Krasnojarsku w Rosji, siostra zakonna ze zgromadzenia Adoratorek Krwi Chrystusa, juniorystka.

 
Zobacz także
o. Andrzej Zębik OFMCap
Błogosławiony Anioł z Acri urodził się 19 października 1669 roku w Acri (Cosenza) jako syn Franciszka Falcone i Diany Errico. Na chrzcie świętym nadano mu imiona Łukasz Antoni. Po śmierci ojca jego wychowaniem i wykształceniem zajął się brat jego matki, ks. Domenico Errico. Sądził, że po ukończeniu szkół Łukasz będzie podporą dla matki.
 
O. Wiesław Dawidowski OSA
Artykuł został usunięty, ponieważ redakcja Tygodnika Powszechnego zakończyła współpracę ze wszystkimi serwisami internetowymi, także z naszym.

Zapraszamy do czytania innych ciekawych artykułów w naszej czytelni.
 
Agata Pawłowska
Ściśnięta w gęstej ciżbie, popychana tu i ówdzie, stała nieruchomo, wpatrując się z napięciem w pięknego, młodego mężczyznę. Zdjął on swe odzienie i rzucił ojcu pod nogi, pozostając w samej włosienicy. Gawiedź pukała się w czoło, mrucząc: „Szaleniec!” lub śmiała się, pokazując go sobie palcami. Poruszona, wstrząśnięta do głębi duszy, patrząc na Franciszka wiedziała, co ma robić. Pan ją wzywał!
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー